Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pistacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pistacje. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 lutego 2018

Pączki z pistacjami

Dzieje się dzisiaj, oj dzieje... 
Po pierwsze, jedna z grup cukierniczych miała dzisiaj egzaminy końcowe, a między nimi znajdowała się moja współlokatorka. Mimo widocznego zdenerwowania zakrawającego momentami na panikę, poszło jej dobrze - zdała. Dokładnych wyników jeszcze nie znam, ogłoszą je dopiero późnym wieczorem. Najważniejsze jednak, że wszyscy zaliczyli i wydawali się zadowoleni. Oczywiście, nie mogłam odmówić sobie przyjemności obejrzenia wyników ich całodziennej pracy - i mówię Wam, były imponujące (a przynajmniej większość z nich). Trzypiętrowe torty wypełnione najróżniejszymi musami, nadziewane czekoladki, ciasto duńskie i francuskie w kilku wydaniach, desery, słynne duńskie kransekage, ciasta ucierane i klasyki (według duńskich standardów jest ich osiemnaście, na egzamin końcowy losuje się jeden z nich, a są to - między innymi - francuska tarta cytrynowa, creme brulee, panna cotta, tort szwardzwaldzki, Othello, Georgina i parę innych niezłych kwiatków). Objadłam się za wszystkie czasy, ale naprawdę niemożliwością jest oprzeć się takim wspaniałościom.

Tymczasem w Polsce mamy dzisiaj Tłusty Czwartek. Objedliście się pączkami po same uszy...? Ja nie zjadłam ani jednego... Nie mam dostępu do kuchni, w której mogłabym szaleć z garnkiem pełnym gorącego tłuszczu, ale przygotowałam się na zapas. W miniony weekend nasmażyłam jednych z najlepszych pączków, jakie jadłam. Wyszły lepiej, niż się spodziewałam: puszyste, delikatne ciasto o cytrynowej nucie, a do tego rozpływający się w ustach krem z pistacji i ricotty. Połączenie zwalające z nóg, mówię Wam!
I tak, wiem, że dzisiaj już za późno, żeby się za smażenie pączków zabierać, ale zapiszcie sobie ten przepis - przyda się za rok. A może postawicie świat na głowie, i zrobicie pączki w najbliższy weekend...? Ja, szczerze mówiąc, bardzo poważnie rozważam taką ewentualność...

A po inne tłustoczwartkowe smakołyki koniecznie zajrzyjcie do Mopsika i Ani.

Pączki cytrynowo-pistacjowe


Składniki:
(na 16 sztuk)
  • 550 g mąki pszennej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 70 g cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 2 łyżki likieru cytrynowego
  • skórka otarta z 1 cytryny
krem:
  • 250 g serka ricotta
  • 140 g kremu pistacjowego
lukier:
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1-2 łyżki gorącej wody
dodatkowo:
  • 20 g pistacji bez łupinek
  • 1,5 l oleju do smażenia
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać połowę mleka. Odstawić na 10-15 minut w ciepłe miejsce.
W tym czasie masło rozpuścić, przestudzić.

Do zaczynu dodać pozostałe mleko i cukier, jajka oraz żółtka. Zagnieść. Dodać masło, sól, likier i skórkę cytrynową, wyrobić gładkie, dość luźne ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około 1 godzinę.

Po tym czasie odrywać kawałki ciasta o wadze około 70 g, formować z nich kulki, układać na oprószonym mąką blacie, zachowując odstępy. Zostawić do napuszenia na 25-40 minut.

W tym czasie rozgrzać olej do temperatury 175 st. C. Smażyć pączki na rozgrzanym oleju, przez około 90 sekund z każdej strony. Odkładać na papierowy ręcznik.

Serek utrzeć z kremem pistacjowym na puszysty krem. Nadziewać nim całkowicie ostudzone pączki.

Z wody, soku z cytryny i cukru pudru utrzeć lukier. Polać nim pączki, posypać posiekanymi pistacjami. Odstawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!


Tak sobie myślę, że chociaż nie zjadłam ani jednego pączka, to i tak szczęście będzie mi sprzyjać. W końcu tyle słodkiego, które w siebie dzisiaj wcisnęłam, nie może przejść bez echa!

czwartek, 30 listopada 2017

Brunkager, czyli brązowe ciasteczka pachnące świętami

Za każdym razem, gdy zaczynam szkołę, bardzo denerwuję się na myśl o nowej współlokatorce. Jestem już w tym wieku, że mam swoje przyzwyczajenia i dziwactwa, z których ciężko mi zrezygnować, chociaż wiem, że mogą być denerwujące. C. już dawno przywykł (a jeśli nie, to dobrze ten fakt przede mną ukrywa), a reszta świata... No właśnie - ze mną nie mieszka. A tu nagle nie dość, że mam dzielić pokoik trzy na dwa i pół metra z maleńką łazienką, to jeszcze z kimś zupełnie nieznanym - czyli, mówiąc wprost, może to być dosłownie każdy. No... Dziewczyna. Tudzież kobieta. W internacie nadal obowiązuje podział płci; chociaż toalety na korytarzach są unisex.
Każdorazowo wyobrażam sobie najgorsze - młode, rozwydrzone i niewychowane. Za pierwszym razem miałam niewyobrażalne szczęście, i moja przyszła niedoszła współlokatorka nigdy się nie pojawiła. Drugim razem przypadła mi miła dziewiętnastolatka, dość spokojna i przyjemna w obyciu, ale z którą nie miałam wielu tematów do rozmów. Tym razem... Może być zupełnie inaczej.
Już sam fakt, że ma na imię Josephine, powinien był mnie uspokoić (od dawna bowiem wiem, że jeśli w moim życiu pojawi się córeczka, tak właśnie zostanie nazwana). Jose jest bardzo żywiołowa i energiczna, ciągle uśmiechnięta i bardzo otwarta. Nasz pierwszy wspólny wieczór (i pół nocy też, jeśli mam być zupełnie szczera) przegadałyśmy nie wiedząc, kiedy uciekły nam te wszystkie godziny. Z pewnością pomogła butelka wina, którą wypiłyśmy do kolacji, ale muszę przyznać, że dogadałyśmy się wyśmienicie. I chyba pierwszy raz jestem zadowolona z przymusu mieszkania z kimś zupełnie obcym...
Okazuje się, że takie niespodzianki mogą być zaskakująco pozytywne.

Obie z Jose jesteśmy totalnie zakręcone na punkcie Bożego Narodzenia; po południu jedziemy kupić wieniec, który powiesimy na drzwiach pokoju, a po weekendowym pobycie w domu podejrzewam, że nasz pokój będzie przypominał hipermarket pięć minut przed pierwszą gwiazdką. Skarpety z reniferami mamy obie...
A żeby i Was choć trochę wprowadzić w ten świąteczny nastrój (w końcu to już niemal grudzień, najwyższa więc pora!), mam dla Was przepis na duńskie pierniczki.
Z naszymi polskimi niewiele mają wspólnego; są cieniutkie i chrupkie, ze sporą ilością migdałów i pistacji. Muszę przyznać, że skradły moje serce zaraz po przeprowadzce do Danii; są niesamowicie aromatyczne i... Takie inne. Pyszne! W dodatku robi się je bardzo łatwo i szybko, a pachną - zniewalająco! Czy można chcieć czegoś więcej...?
Ten przepis znalazłam w Julebag og knas, Familie Journal nr 49/2015, i już dawno miałam chęć, żeby go wypróbować. Jakoś nie zdołałam wcześniej... I teraz bardzo tego żałuję.

Brunkager z pistacjami i migdałami


Składniki:
(na około 135 ciasteczek)
  • 125 g masła
  • 60 g melasy
  • 125 g cukru
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonych goździków
  • 30 g słupków migdałowych
  • 30 g pistacji bez łupinek
  • 1 łyżeczka potażu
  • 1 łyżeczka wody
  • 250 g mąki pszennej

Masło, melasę i cukier umieścić w garnuszku. Podgrzewać aż do rozpuszczenia, często mieszając. Nie gotować.
Gdy cukier się rozpuści, dodać cynamon i goździki, słupki migdałowe i grubo posiekane pistacje. Wymieszać, odstawić do ostudzenia.
Potaż rozpuścić w wodzie, dodać do masy. Na końcu dodać mąkę, wymieszać.

Ciasto podzielić na pół, z każdej części uformować wałeczek o grubości 3,5-4 cm. Zawinąć je w folię spożywczą, schłodzić w lodówce przez noc.

Następnego dnia pokroić ciasto na plasterki grubości 1 mm, układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 175 st. C. przez 7 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Rzutem na taśmę dodaję ostatni przepis do akcji Ani:

piątek, 3 listopada 2017

Opowieść o Czerwonym Rycerzu. I tarta obłędnie czekoladowa

Młoda Piekareczka, jak niemal co dzień, na długo przed świtem ruszyła w daleką podróż do pracy. Jej rączy, mechaniczny rumak, nieodłączny i wierny towarzysz, tym razem jednak zaniemógł. Stanął uparcie w miejscu najmniej odpowiednim, zapierając się wszystkimi czterema kołami. Bezsilna, zaciskając zęby, próbowała wszystkiego - ułagodzić bestię, przekonać, zmusić podstępem, aż wreszcie - o zgrozo! - przemocą. Nic nie podziałało - rumak jak stanął, tak stał.
W międzyczasie z pomocą przyszedł inny podróżny, będący - wnioskując z wielkości wozu - w równie co ona dalekiej, podróży.
Ów nieznany jej mężczyzna, mimo szczerych chęci, nie zdołał przekonać rumaka do dalszej jazdy, jednak siłą własnych mięśni pomógł sprowadzić go na pobocze, aby nie tarasował drogi innym, ewidentnie o tak wczesnej porze rozdrażnionym, podróżnym. Pożegnał się z uśmiechem i życzył powodzenia.
Piekareczka, zmuszona przez okrutne okoliczności, zdecydowała się na kroki drastyczne - obudzenie Małżonka. Ten, zdecydowanie niezadowolony z takiego obrotu sprawy, wskazał  jednak jedyną w takiej sytuacji możliwość - wezwanie na pomoc Czerwonego Rycerza. Ten zjawił się już po półgodzinie, w czerwonej zbroi z odblaskowymi paskami. Popatrzył, pomyślał, postukał gdzie trzeba, nakarmił rumaka odrobiną prądu, po czym ten, radośnie parskając, ruszył, jakby nic się nie stało. Piekareczka, uradowana do granic możliwości, pożegnała swego Czerwonego Rycerza z uśmiechem wiedząc, że prędzej czy później spotkają się znowu...

Wystąpili:
rumak - prawie nowy samochód;
Czerwony Rycerz - pracownik pomocy drogowej;
Małżonek - C.;
Piekareczka - ja we własnej osobie.

Wypadałoby nadmienić, że na moje potrzeby Falck (duńska pomoc drogowa) trzyma chyba specjalnego pracownika, bo za każdym razem przyjeżdża do mnie ten sam pan, który nawet już nie kręci głową z politowaniem dla mojej niewiedzy...
A jeden z kolegów z pracy, przejeżdżając tuż obok mojego rozkraczonego auta, nawet pomyślał, jakie to przykre...

Po tak ekscytującym początku dnia, na uspokojenie zdecydowanie przyda się kawałek mocno czekoladowej tarty.
Przepis znalazłam w magazynie Spis bedre, nr 9/2017 i wiedziałam, że go sobie nie odpuszczę. Lekko migdałowy, cudownie kruchy spód, czekoladowy ganache, który wręcz zniewala intensywnością, a do tego pieczone w cukrze muscovado, lekko karmelowe śliwki i figi. Określenie niebo na talerzu to zdecydowanie za mało, żeby oddać ten cudowny smak. Mimo, że nie da się jej zjeść zbyt dużo na raz, gdyż czekoladowe wypełnienie jest konkretne i syte, nie mogłam oprzeć się dokładce.
Idealne dla czekoholików, szczególnie na początku listopada, gdy za oknami tylko szaruga i deszcz.

Tarta czekoladowa z pieczonymi śliwkami i figami


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 26 cm)

ciasto kruche:
  • 100 g zimnego masła
  • 60 g cukru
  • ziarenka z 1/2 laski wanilii
  • 1/8 łyżeczki soli
  • 25 g mielonych migdałów
  • 25 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 160 g mąki pszennej
  • 1 jajko

ganache:
  • 250 g ciemnej czekolady (58%)
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżka miodu
  • 1/4 łyżeczki soli

pieczone śliwki i figi:
  • 3 świeże figi
  • 5 śliwek
  • 50 g ciemnego cukru muscovado

dodatkowo:
  • 15 g niesolonych pistacji, bez łupinek

Masło, cukier, wanilię, sól, migdały i mąki umieścić w malakserze. Zmiksować. Dodać jajko, połączyć.
Ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy, wyłożyć nim formę i schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać suchym grochem lub kamykami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zdjąć obciążenie i papier.

Dopiekać jeszcze 15 minut w 180 st. C.
Ostudzić.

Śmietanę, miód i sól umieścić w garnuszku, zagotować.
W tym czasie posiekać czekoladę. Zalać czekoladę wrzącą kremówką, wymieszać do jej całkowtego rozpuszczenia. Przelać ganache do formy, schłodzić w lodówce przez minimum 3 godziny.

Figi pokroić w ćwiartki, śliwki na połowy, usunąć pestki. Ułożyć owoce w formie, równomiernie posypać cukrem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić.

Owoce ułożyć na zastygniętym ganache, polać powstałym podczas pieczenia sosem. Posypać posiekanymi pistacjami, podawać.

Smacznego!


Jako, że przepis znalazłam w duńskiej gazecie, a wypełnianie ciast gęstym, czekoladowym kremem to zdecydowanie coś, co Duńczycy wręcz uwielbiają, dodaję go do akcji Ani

wtorek, 18 kwietnia 2017

Powielkanocny śnieg i wieniec drożdżowy. Truskawkowo-pistacjowy

Nie uwierzycie, na co właśnie patrzę. Tak naprawdę, sama w to nie wierzę. Śnieg.
Siedzę na kanapie, nogi opatuliłam wełnianym kocem, bo w końcu mamy już prawie koniec kwietnia, za nami kilka prawdziwie wiosennych dni i jakoś tak głupio palić w kominku. A od rana dzisiaj chłodno i pochmurnie; na spacer z psami włożyłam czapkę i rękawiczki, zupełnie się tego nie wstydząc. Szukając natchnienia w żywopłocie za oknem, spostrzegłam najpierw pojedyncze i nieśmiałe, a po chwili otwarcie już sypiące, białe płatki. Wpatrywałam się w nie z lekko i niezbyt mądrze rozchylonymi ustami, nie wierząc własnym oczom. Przecież mamy już wiosnę!
Proszę, powiedzcie, że to tylko zły sen...

Pamiętam Wielkanoc, podczas której w Lany Poniedziałek ubrałam się w granatową, letnią sukienkę (żeby po pięciu minutach wrócić do domu kompletnie przemoczona i z bielizną, kiedyś białą, teraz w gustownym odcieniu chabrowym); dzisiaj, po zimie, której tak naprawdę nie było, obserwuję prószący leniwie śnieg.
Świat staje na głowie.
A posty piszą się niemal same.

Przed i w trakcie Świąt miałam prawdziwie urwanie głowy. Zupełnie nie ogarnęłam się z przepisami, życzenia składałam na ostatnią chwilę. Dlatego dzisiaj jeszcze pokażę Wam ciasto, które stworzyłam z myślą o Wielkanocy, ale które równie wspaniale sprawdzi się w roli smakołyku na czerwcowy piknik, kiedy truskawki są najsmaczniejsze.
Zamiast puszystej, dorodnej baby stworzyłam równie efektowny, drożdżowy wieniec. Kiedy po długich poszukiwaniach kremu pistacjowego odkryłam, że mogę go kupić w markecie w mojej mieścinie, zaopatrzyłam się (na zapas) w kilka słoiczków, i teraz namiętnie dodaję go do wszystkiego. Drożdżowemu też się dostało.
Ciasto wyszło mięciutkie i przyjemnie przyjemnie maślane, a nadzienie ze słodkiego kremu i całkiem już smacznych truskawek pasuje tutaj idealnie. Słodka, cukrowa skorupka i chrupiące kawałki orzeszków tylko dodają mu atrakcyjności.
Wygląda ślicznie, a smakuje jeszcze lepiej.
Nie czekajcie na kolejną Wielkanoc, żeby wypróbować ten przepis.

Drożdżowy wieniec z kremem pistacjowym i truskawkami


Składniki:
(na tortownicę z kominem o średnicy 26 cm)
  • 375 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 40 g cukru
  • 40 g masła

nadzienie:
  • 150 g serka kremowego
  • 100 g kremu pistacjowego
  • 230 g truskawek

dodatkowo:
  • 20 g niesolonych pistacji bez łupinek
  • 2 łyżki cukru perłowego
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka

Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać 1 łyżeczkę cukru, wlać połowę mleka i odstawić na 15 minut.
W tym czasie rozpuścić masło, przestudzić.

Do wyrośniętego zaczynu dodać pozostały cukier oraz mleko, wbić jajko. Zagnieść ciasto. Dodać masło, wyrobić gładkie ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia na 60-90 minut. 

Serek wymieszać z kremem pistacjowym na gładką masę.
Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki. Pokroić w plasterki.
Po tym czasie ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Rozwałkować na oprószonym mąką blacie na prostokąt o długości 40 cm. Posmarować kremem, równomiernie rozłożyć truskawki. Zwinąć ciasno wzdłuż dłuższego boku, następnie rozciąć wzdłuż ostrym noże. Zawinąć ze sobą oba końce.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Przełożyć ciasto do formy, łącząc końce.
Odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.

Wyrośnięte ciasto posmarować roztrzepanym z mlekiem jajkiem, posypać posiekanymi pistacjami i cukrem perłowym.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


A jutro zabierają mnie na kurs czekoladowo-glazurowy. Cieszę się ogromnie! Czekolada to mój konik, ale w kwestii glazur lustrzanych muszę się jeszcze dużo nauczyć... 
A egzamin już za rok!

sobota, 15 kwietnia 2017

Zielona pascha. Pistacjowa

Wielkanoc w tym roku ucieka mi między palcami. Owszem, na gałązce w kuchni powiesiłam kolorowe jajka, a w wazonie stoją, lekko już przywiędłe, żonkile. W lodówce czeka kilka kawałków zielonej paschy, a ja mam wrażenie, że to wszystko dzieje się obok mnie. Od środy pracuję, jeżdżę i śpię. Ach, no i od czasu do czasu coś przegryzę, bo inaczej padłabym gdzieś po drodze. Końca Świąt wyczekuję niczym urodzinowych prezentów; jestem zmęczona i bardzo, ale to bardzo chciałabym się wyspać.

Ten nieco depresyjny wstęp ma być moim usprawiedliwieniem. Mam jednak nadzieję, że jeszcze nie jest za późno, żeby życzyć Wam wspaniałych, rodzinnych i pogodnych Świąt Wielkiej Nocy. Żeby jutrzejsze śniadanie było wyjątkowe i niezakłócone troskami i nieprzyjemnościami. I żeby baby, mazurki i serniki smakowały Wam jak nigdy.

Wesołych Świąt!

Ja tymczasem przekazuję Wam przepis na zieloną paschę.
Odkąd odkryłam, że w lokalnym markecie mają pastę pistacjową, kupuję namiętnie słoiczek za słoiczkiem i wtykam ją, gdzie tylko się da. A że paschę po raz ostatni robiłam trzy lata temu stwierdziłam, że będzie to doskonałe połączenie.
Przepisu na pistacjową paschę nie mogłam znaleźć, wróciłam więc do sprawdzonego już w minionych latach. Delikatnie zmieniłam proporcje, dodałam pistacje i wyrazisty sos żurawinowy. 
Wyszło znakomicie! Pascha jest kremowa, słodka i rozpływa się w ustach, a sos nadaje jej charakteru. Poza tym pięknie komponuje się kolorystycznie.

Wiem, że w tym roku już za późno, ale może przepis przyda Wam się przy okazji kolejnej Wielkiej Nocy...?

Pascha pistacjowa z sosem żurawinowym


Składniki:
(na miskę o pojemności 2 l)
  • 2 l mleka
  • 500 g kwaśnej śmietany
  • 6 jajek
  • 200 g miękkiego masła
  • 20 g cukru pudru
  • 200 g kremu pistacjowego
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 50 ml amaretto
  • 25 g niesolonych pistacji bez łupinek

sos żurawinowy:
  • 150 g świeżej lub mrożonej żurawiny
  • 50 g cukru
  • 30 ml amaretto
  • 100 ml wody
  • 2 łyżeczki kisielu żurawinowego

Mleko zagotować. Jajka roztrzepać ze śmietaną, powoli wlewać do gotującego się mleka, cały czas mieszając. Kiedy oddzieli się serwatka, zdjąć z ognia i ostudzić.
Sitko wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć odciśnięty ser. Zostawić na noc do odcieknięcia.

Żurawinę zalać amaretto, zostawić na noc.

Następnego dnia ser jeszcze raz odcisnąć. Powinien być sypki.

Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Po łyżce dodawać ser, cały czas miksując. Dodać pastę krem pistacjowy, połączyć. Dodać odciśniętą żurawinę i posiekane pistacje, wymieszać.

Miskę wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć masę serową, dobrze docisnąć. Zawinąć brzegi gazy na masę, schłodzić w lodówce przez noc.

Rano odwinąć gazę, wyłożyć paschę na talerz, zdjąć gazę z wierzchu.

Żurawinę, cukier, amaretto (również to pozostałe z moczenia suszonej żurawiny) oraz 75 ml wody umieścić w garnuszku. Zagotować.
Kisiel rozmieszać w pozostałej wodzie, wlać do żurawiny, wymieszać i gotować jeszcze chwilę.
Przestudzić.

Pachę podawać z ciepłym lub zimnym sosem żurawinowym.

Smacznego!


Zamiast żurawin, można i w samym cieście, i w sosie użyć wiśni. Efekt będzie równie doskonały.

piątek, 7 kwietnia 2017

Kwiecień - plecień i sernik z musem pistacjowym

Tak się nachwaliłam tej wiosny, a tu proszę - za pasem weekend, wolny w dodatku, a pogoda płata figle. Zrobiło się zimno i tak wietrznie, że Ptysi i Pączusi na spacerach uszy powiewają niczym bandery pirackich statków, a okna w sypialni otworzyć nie mogę, bo boję się, że nas wszystkie trzy wywieje do Kansas. Drzwi na taras, ku wyraźnemu niezadowoleniu futrzaków, pozostają zamknięte. Żeby im tę niewygodę wynagrodzić, siadam w bujanym fotelu, biorę je na kolana i bujam nas powoli i rytmicznie. Po chwili wiercenia Ptysia układa mi się na kolanach, Pączusia wciska nos pod ramię i tak celebrujemy spokojne, leniwe popołudnie. Gdyby C. był w domu, namówiłabym go na rozpalenie w kominku. W końcu to dopiero kwiecień...

Dwa tygodnie temu mieliśmy gości. Kuzyn C. przyjechał do nas z dziewczyną. Na początku planowaliśmy wspólny lunch; skończyło się na lunchu, obiedzie i deserze w dwóch odsłonach. W międzyczasie opróżniliśmy dwie butelki wina i rozmawialiśmy, rozmawialiśmy i rozmawialiśmy... I chociaż nie jestem zbyt towarzyska, a ludzi z zasady nie bardzo lubię, to muszę przyznać, że spędziłam niesamowicie przyjemny dzień. Normalnie odmłodniałam!

J. jest wielkim fanem serników, wiedziałam więc, że właśnie sernik dla niego przygotuję. Pozostawało tylko pytanie: jaki? Odpowiedź znalazłam u Doroty; od dawna w szufladzie czekał słoiczek kremu pistacjowego; niedawno przygotowałam creme brulee i musiałam zużyć resztę, zanim stanie się z nią coś niedobrego. Przygotowałam więc idealnie kremowy, waniliowy sernik z pistacjowym musem. 
Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła bubla. Podpiekłam sernik, zmniejszyłam temperaturę i poszłam się kąpać. Już pod prysznicem miałam złe przeczucia; gdy tylko nieco się ręcznikiem osuszyłam, pobiegłam do kuchni, znacząc drogę śladami mokrych stóp. Oczywiście, ustawiłam zegar na kolejne pięćdziesiąt minut, ale o zmniejszeniu temperatury tylko pomyślałam... Efekt był taki, że sernik wyrósł jak szalony, żeby później spektakularnie opaść. Złapał też nieco złoto-brązowego koloru, co w przypadku serników amerykańskich pożądane zdecydowanie nie jest. Nie miałam już czasu na przygotowanie nowego; przełknęłam więc łzy (takie rzeczy zdarzają mi się tylko, gdy spodziewam się gości), przygotowałam mus i zastanawiałam się, co z tego będzie...
Na szczęście sernik był zjadliwy. Nie był tak kremowy, jak być powinien, ale w połączeniu ze słodkim, intensywnie pistacjowym musem nikt nie zwrócił na to uwagi. Nasłuchałam się komplementów, goście byli zachwyceni, a sernik zniknął cały już następnego dnia.

To jak - skusicie się...? W wiosennie zielonym kolorze będzie piękną ozdobą wielkanocnego stołu.

Propozycje ciast na wielkanocny stół znajdziecie również u Ani i Chantel.

Sernik z musem pistacjowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 90 g ciastek digestive
  • 40 g masła
masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 100 g serka mascarpone
  • 225 ml śmietany kremówki (38%)
  • 125 g cukru
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 4 jajka
mus pistacjowy:
  • 100 g kremu pistacjowego
  • 125 g serka mascarpone
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
dodatkowo:
  • niesolone pistacje bez łupinek
  • kilka bez
Ciasteczka pokruszyć.
Masło rozpuścić, przestudzić. Wlać do ciastek, dobrze wymieszać.

Masą ciasteczkową wyłożyć dno tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia, ugnieść.

Podpiec spód w 180 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić.

Serek kremowy i mascarpone, kremówkę, cukier, ekstrakt i jajka zmiksować tylko do połączenia składników. Wylać na spód.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec 50-60 minut, aż wierzch będzie ścięty.

Sernik wystudzić w uchylonym piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml kremówki zagotować, zdjąć z palnika i dodać odciśniętą żelatynę. Wymieszać aż do jej rozpuszczenia. 
Krem pistacjowy zmiksować z mascarpone, dodać żelatynę, połączyć.
Pozostałą kremówkę ubić, dodać do kremu, delikatnie wymieszać.

Mus wyłożyć na sernik, schłodzić w lodówce 3-4 godziny.
Przed podaniem posypać posiekanymi pistacjami i pokruszonymi bezami.

Smacznego!


Wygląda na to, że z prac ogrodowych nici... Ale, jak mawia Babcia, co się odwlecze, to nie uciecze
Póki co, zadowolę się zieleniącymi się jarzębinami...

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

O tym, dlaczego nie warto sprawiać sobie szczeniaka. I pistacjowo-niebiański creme brulee

Szczeniaki do domu nie nadają się zupełnie. Po pierwsze, podstawowe potrzeby załatwiają gdzie popadnie - najprawdopodobniej będzie to jedyny kawałek wykładziny, który macie w domu. Rzeczona wykładzina prawdopodobnie szczeniakowi do gustu nie przypadnie zupełnie, będzie więc ją podgryzał i obgryzał, a drobniutkie kawałeczki rozwlecze po całym domu. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, ale codzienne odkurzanie. Wyzbieranie bowiem tych wszystkich kłaczków nie leży w granicach możliwości przeciętnego człowieka. Jeśli, a właściwie: kiedy (bo jest to tylko kwestia czasu) zostanie sam w domu, poprzenosi wszystkie buty w okolice schodów, psie łóżka zostaną rozbebeszone, a to, co leżało na ławie... Tak, zgadliście - znajdziecie na schodach. Piachu i drobnych gałązek nie nadążycie zamiatać. Urocze poduszki zostaną pozaciągane tak, że wstyd będzie gościom pokazać. Nie obędzie się też bez porcji ruchu. Szczeniak ma w nosie, że wstaliście o wpół do czwartej rano i byliście w pracy ponad dziesięć godzin. Kawałek patyka trzeba będzie rzucać przynajmniej przez dwadzieścia minut, choć zdecydowanie preferowane będzie pół godziny. W dodatku taki szczeniak, jak niebacznie go pomoczycie, będzie śmierdział psem. 
Koszmar.
Nie sprawiajcie sobie szczeniaka.

No, oczywiście, są też plusy. Każdy medal ma dwie strony. Nie będę więc oszukiwać.
Kiedy wrócicie do domu, będzie się tak cieszył, skakał i rozdawał całusy, że wybaczycie te wszystkie mokre plamy na wykładzinie. Psie łóżko sam zaciągnie na miejsce pod Waszym groźnym spojrzeniem, a gdy wreszcie po odkurzaniu usiądziecie na kanapie, przyjdzie wtulić Wam nos pod pachę. W ciągu kilku zaledwie godzin doprowadzi Was do histerycznego śmiechu przynajmniej kilkanaście razy, a na spacerze, choć wszystko jest takie ciekawe i nowe, będzie wracał do Was z prędkością błyskawicy na najlżejsze gwizdnięcie. Nie pozwoli Wam się nudzić, już po paru dniach będzie wyczuwał Wasze nastroje. Będzie się w Was wpatrywał wielkimi, czarnymi oczkami z miłością, która ledwo się w tym małym ciałku mieści.

Że co proszę? Że niby po co sprawiłam sobie trzeciego, skoro to takie straszne...? 
Ano. Może jednak wcale nie...

Zeszły tydzień mocno dał mi się we znaki. Pięćdziesiąt osiem godzin w pracy, w weekend od trzeciej nad ranem. Nie pamiętam już, kiedy spałam więcej niż pięć godzin... A właściwie nawet te pięć wydaje mi się niedoścignionym niemal luksusem. 
Codziennie obiecywałam sobie, że w końcu zabiorę się za pisanie posta; codziennie na obietnicach się kończyło. Dziś jednak, zmotywowana jutrzejszym wolnym dniem, w końcu usiadłam przed laptopem. Ptysia i Pączusia, wykończone szaleńczymi biegami po ogrodzie, śpią po moich obu stronach. Któraś pochrapuje, któraś wzdycha... Dobrze nam tak razem, leniwie...

Przepis mam dla Was dzisiaj bardzo prosty, a tak pyszny, że C. stwierdził, że to jeden z najlepszych, jakie przygotowałam. Cudownie zieloniutki, idealnie wiosenny, może stanowić ciekawy akcent na wielkanocnym stole. Mowa oczywiście o creme brulee w wersji pistacjowej. 

Krem pistacjowy kupiłam jeszcze w zeszłym roku z myślą o tym, że przygotuję z nim coś zielonego na Wielkanoc. Padło na klasykę w nowej odsłonie. Wyszło idealnie.
Creme brulee jest delikatny, kremowy i odpowiednio słodki, z wyraźnym pistacjowym smakiem. Do tego cukrowa skorupka na wierzchu i obiecuję, że od kokilki nikt Was nie oderwie.

Spróbujcie koniecznie!

Pistacjowy creme brulee


Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 200 ml mleka
  • 5 żółtek
  • 40 g cukru
  • 95 g kremu pistacjowego

dodatkowo:
  • 4-6 łyżeczek cukru trzcinowego
  • niesolone pistacje bez łupinek

Kremówkę z mlekiem zagotować. W tym czasie ubić żółtka z cukrem na puszystą, jasną masę. Na koniec dodać krem pistacjowy, połączyć. 
Miksując na najniższych obrotach miksera, powoli wlewać mleko ze śmietaną. Przelać masę do garnka, podgrzewać do temperatury 82 st. C.

Masę przelać do kokilek. Ustawić je w większej formie, wypełnić ją do połowy wysokości kokilek gorącą wodą.

Piec w 140 st. C. przez 50-60 minut.
Wyjąć z wody, ostudzić.

Schłodzić w lodówce minimum 2 godziny przed podaniem.

Przed podaniem posypać desery cukrem, skarmelizować za pomocą palnika. Posypać posiekanymi pistacjami.
Podawać natychmiast.

Smacznego!


W tym tygodniu postaram się poprawić. W końcu Wielkanoc za pasem, a przepisy na baby, mazurki i serniki czekają na wypróbowanie i publikację...

poniedziałek, 20 marca 2017

O niechcianych psach, dobrych ludziach i zielonych lodach na pierwszy dzień wiosny. Pistacjowych

Uważny Czytelnik z pewnością zdążył zauważyć, że od jakiegoś czasu zamiast psa, piszę psy (i nie chodzi tu o formę gramatyczną dostosowaną do budowy zdania). Otóż nieco ponad dwa tygodnie temu staliśmy się dumnymi posiadaczami kolejnego czworonoga. Jak to się stało? Cóż, historia nie jest ani długa, ani romantyczna; raczej prozaiczna do bólu i tak powszechna, że aż się płakać chce.

Kiedy tylko zaczęliśmy rozmawiać o kolejnym psie, oświadczyłam C., że ma to być zwierzak, którego nikt nie chce. Z uwagi na Ptysiowy charakter wiedzieliśmy, że musimy adoptować szczeniaka - nie ma szans, żeby zaakceptowała innego dorosłego osobnika. A, jak ogólnie wiadomo, szczeniaki są chciane. Czasem nawet za bardzo.

Jedna z koleżanek, wiedząc, z jakim zamiarem się nosimy, bezzwłocznie poinformowała mnie więc o pewnej dość przykrej sytuacji zaistniałej w północno-wschodniej części naszego pięknego kraju. Otóż jej znajoma, wracając z pracy, zauważyła w przydrożnym rowie psa. Pies był zaniedbany, zagłodzony, pobity i skopany. Co robić...? Przecież nie zostawić... Zabrała więc psiaka do domu, wykąpała, nakarmiła, po czym zabrała do weterynarza, żeby skontrolować stan ogólny. A tam - niespodzianka. Lekarz z szerokim uśmiechem zaczął jej gratulować, gdyż sunia spodziewała się szczeniaków... Tym sposobem, Monika zamiast jednego, sprowadziła do domu sześć zwierzaków.
Chłopcy mieli wzięcie, w końcu została już tylko jedna, ostatnia z miotu, najmniejsza i najbardziej nieśmiała - Łatka. W sobotę, po szczepieniach i wystawieniu paszportu, ruszyliśmy na szaloną wyprawę do Szczecina w celu odebrania psiaka.
Gdy wzięłam ją na ręce, od razu się przytuliła. Skulona i wciśnięta w moje ramiona, trzęsła się aż do granicy. Później, powoli, się uspokoiła, a pod koniec podróży nawet  zaczęła obwąchiwać najbliższe okolice ciekawskim noskiem. 

Teraz siedzę na kanapie, przy jednym boku śpi Ptysia, wtulona w drugi - Mila (Łatka dla C. okazała się nie do przeskoczenia). Pączusia, póki co, sika w domu kiedy tylko spuszczę z niej wzrok, przestawia mi buty, gdy tylko zapomnę zamknąć drzwi do korytarza i zjada ostatni kawałek wykładziny, który się ostał (i tak mi się nie podobał; może ta systematyczna konsumpcja szybciej zmotywuje C. do położenia podłogi). Ale przez te dwa tygodnie zdobyła nasze serca swoją szczenięcą radością i energią, całusami i przytulasami, i najrozkoszniejszym podawaniem łapki, jakie widzieliście. 
I nawet Ptysia, która do innych psów z zasady nastawiona jest negatywnie, Milę polubiła i nawet się z nią bawi. Przyszłość widzę zdecydowanie w świetlanych barwach.

Dziś pierwszy dzień wiosny. Jutro też - taki trochę dzień świstaka. Niemniej, nie ma na co narzekać, tylko trzeba się cieszyć; przed nami już tylko słońce, wszechogarniająca zieleń i błogie ciepełko. Od jutra znaczy się, bo dzisiaj cały dzień leje i wieje niemal jak w Kansas. A ja, wbrew prognozom, serwuję Wam dzisiaj lody. W końcu nie ma bardziej wiosenno-letniego deseru, prawda...?

Lody pistacjowe chodziły za mną od dawna. Dlaczego nie przygotowałam ich wcześniej...? Nie pytajcie; nie wiem... Na Boże Narodzenie solidnie zaopatrzyłam szufladę bakaliowo-orzechową, między innymi w pistacje, które nadal czekały na swoją chwilę. Zdecydowałam, że chwila ta właśnie nadeszła.
Przejrzałam różne przepisy w sieci, wzięłam trochę stąd, a trochę stamtąd, i stworzyłam obłędnie pyszne, smakujące pistacjami lody. Kupne bowiem często mają sztuczny smak, który z pistacjami wiele wspólnego nie ma. Brrr! Domowe, choć nie mają tego oszałamiająco zielonego koloru, smakują obłędnie! Nie są idealnie kremowe (kto chce, może masę przetrzeć przez sitko, ale według mnie to czyste marnotrawstwo), ale tak pyszne, że nie ma to najmniejszego znaczenia. 

Lody można zrobić też z pistacji solonych. Należy je wtedy sparzyć, obrać ze skórek i uprażyć na suchej patelni, nie za długo, żeby nie straciły koloru. Do pasty pistacjowej można dodać nieco kremówki, jeśli, tak jak ja, nie dysponujecie obłędnie dobrym sprzętem. Dzięki temu będzie nieco gładsza, choć idealnie kremowej konsystencji uzyskać się nie da.

Lody pistacjowe


Składniki:
(na 750 ml lodów)
  • 100 g niesolonych pistacji bez łupinek
  • 30 g miodu
  • 250 ml mleka
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 3 żółtka
  • 80 g cukru

Pistacje zmiksować w malakserze z miodem na pastę. 
Mleko zagotować. W tym czasie utrzeć żółtka z cukrem na puszystą, jasną masę. Wrzące mleko wlewać powoli do żółtek, cały czas miksując. Przelać mieszankę z powrotem do garnuszka, podgrzewać, aż osiągnie temperaturę 82 st. C. Zdjąć z palnika, dodać pistacje, wymieszać. Ostudzić.
Dodać kremówkę, połączyć.
Schłodzić do temperatury lodówkowej, a następnie przelać do maszyny do lodów, postępując zgodnie z instrukcją.
Zamrozić.

Smacznego!


Mama Pączusi została u Moniki, gdzie zazna ciepła i spokoju. 
I miłości, która należy się każdemu z tych najwierniejszych czworonogów.

sobota, 21 stycznia 2017

Dla Babci i Dziadka. I drożdżowe, bożonarodzeniowe serce

Ależ ten czas szybko leci! Ledwo co świętowaliśmy Boże Narodzenie i Nowy Rok, a tu już niemal koniec stycznia, a w raz z nim kolejne ważne dni. Nikt chyba bowiem nie zapomniał, że dziś mamy Dzień Babci, a jutro Dzień Dziadka...? 
W tym czasie nie mogę opędzić się od myśli o moim nieżyjącym już Dziadku ze strony Taty. Tym najlepszym; najukochańszym. Choć to już tyle lat, ja nadal tęsknię...

Ale w tym roku, na przekór samej sobie, skupiłam się na tych, którzy wciąż ze mną są. Choć nie na co dzień, a raczej od święta, bo odległości, niestety, nie są małe. Na szczęście internet pełen jest możliwości, które postanowiłam wykorzystać, i sprawić Dziadkom małe niespodzianki.
Kilka dni temu pieczołowicie wybrałam czekoladowe telegramy (to nie jest wpis sponsorowany, jakby ktoś miał podejrzenia), dobrałam wstążki i wypisałam bileciki. Uważam je za bardzo elegancki, a jednocześnie uroczy prezent, który można dowolnie spersonalizować. Pomysł genialny w swej prostocie!
Dopiero później będę dzwonić, żeby złożyć życzenia; mam nadzieję, że Dziadkom ta odrobina czekoladowej słodyczy przypadła do gustu.

Dzisiaj mam przepis, który idealnie sprawdziłby się na wizytę u ukochanych Dziadków, ale generalnie pomyślany został jako smakołyk bożonarodzeniowy. Od kiedy tylko zobaczyłam zdjęcie w Spis bedre, nr 11/2016, nie mogłam przestać o tym wieńcu myśleć. Te kolory, i ta czekolada na wierzchu! No coś wspaniałego!

Oczywiście, zajęta pierniczeniem, na drożdżowe czasu już nie znalazłam. Za to w styczniu poczułam nagle drożdżowy zew, i nie mogę się od niego opędzić. Przewertowałam więc magazyn, znalazłam odpowiednią stronę, i zabrałam się do dzieła. Znów zapachniało u nas Świętami... Ale czy to źle...? Dopiero niedawno poprószył śnieg, przysypując park i las cienką warstwą białego puchu. Choinki już dawno nie ma, dekoracje powędrowały do piwnicy w wielkich pudłach, ale światełka w oranżerii nadal umilają mi ciemne poranki. C. rozpala w kominku, ja siadam w bujanym fotelu, i delektujemy się tym niesamowitym zapachem... A później zajadamy miękką, puchatą drożdżówkę. I cieszymy się jej smakiem, bez względu na uniesioną brew Kalendarza (gdyby to nie był tylko zeszyt wypełniony datami, a poważny, starszy pan, jestem absolutnie pewna, że na taką profanację jego jakże ważnej profesji, uniósłby wymownie brew). 

Świąteczny wieniec cynamonowy z białą czekoladą i liofilizowanymi malinami


Składniki:
(na 1 średniej wielkości wieniec)
  • 25 g świeżych drożdży
  • 100 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 1 łyżka cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 300 g mąki pszennej

nadzienie:
  • 65 g miękkiego masła
  • 65 g jasnego cukru muscovado
  • 1 łyżka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonych goździków
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 50 g surowego marcepanu

dodatkowo:
  • 100 g białej czekolady
  • 2 łyżki liofilizowanych malin
  • 1 łyżka niesolonych pistacji (bez łupinek)
  • złoty pyłek

Masło rozpuścić i przestudzić. 
Drożdże pokruszyć, rozetrzeć z cukrem. Dodać mleko, wymieszać. Wbić jajko, wsypać kardamon i sól, połączyć. Wlać przestudzone masło, a na końcu partiami dodawać mąkę. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie przygotować nadzienie:
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać przyprawy, skórkę z pomarańczy i pokruszony marcepan, zmiksować na gładką masę. Odstawić.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Lekko podsypując mąką, rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x45 cm. Posmarować nadzieniem, a następnie ciasto zawinąć w rulon wzdłuż dłuższego boku. Przeciąć na pół w poprzek, a następnie każdą część wzdłuż, nie rozcinając jednak do końca. Zapleść razem końcówki, a następnie z obu części ciasta uformować na blasze wyłożonej papierem do pieczenia serce. Odstawić do napuszenia na 30-45 minut.

Piec w 190 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić.

Pistacje posiekać.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej lub mikrofalówce. Przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę. Udekorować ciasto, od razu posypać malinami i pistacjami. Oprószyć złotym pyłkiem.

Smacznego!


Jeśli nie macie niesolonych pistacji (a wiem, że nie tylko ciężko je dostać, ale też ich cena potrafi przerazić jeszcze bardziej niż koszt ich solonych kuzynek), wystarczy solone wyłuskać, namoczyć, a następnie lekko uprażyć na suchej patelni. Efekt będzie dostatecznie zbliżony do oryginału.

środa, 30 marca 2016

Krwiste tiramisu. Nie tylko dla odważnych

Czasami się zastanawiam, czym jest odwaga. Kiedyś bardzo łatwo było stwierdzić, czy dany człowiek się nią cechuje, czy raczej wręcz przeciwnie. Rycerze dzielnie stawali na polu bitwy i ruszali do boju bez najmniejszych oznak wahania, królowie podbijali sąsiednie państwa, szlachcianki wdawały się w romanse, za które groziła sroga kara z ręki męża. Z natury lękliwi chłopi pochylali głowy i plecy przed trudami codziennego życia; co jakiś czas jednak rodził się ten wyjątkowy, odważny. Potrafił sprzeciwić się panu, za co najczęściej kończył na szubienicy. Ale odwagi nikt mu odmówić nie mógł.

Dzisiaj odważni młodzi ludzie walczą w nie swoich wojnach albo uprawiają sporty ekstremalne. Ci, którzy mają pieniądze, odważnie stawiają wszystko na jedną kartę. Tym, którzy nie mają czego stawiać, dużo trudniej wykazać się odwagą. Bo czy stanięcie w obronie kopniętego psa można komuś policzyć za czyn odważny...? Taki drobiazg, który przecież nic nie zmieni...
W dzisiejszych czasach, i tak już niewyraźna, linia między odwagą i głupotą zatarła się niemal zupełnie. Gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie...? Nie mnie to oceniać.

Dzisiaj mam dla Was jeden z najlepszych deserów, jakie ostatnio jadłam. Ba! Kwalifikuje się do pierwszej piątki najcudowniejszych pyszności, jakich dane mi było spróbować. Gdyby nie resztki zdrowego rozsądku, zjadłabym wszystko. Sama. Na raz!

Przepis podpatrzyłam u Pomidorowej Ani i od razu przepadłam. Wszelkie wariacje na temat tiramisu są u nas bardzo mile widziane; gdy zobaczyłam połączenie tego pysznego, włoskiego deseru z moimi ukochanymi, krwawymi pomarańczami wiedziałam, że też muszę takie mieć. Nie czekałam długo... Zaraz po Świętach, gdy choć trochę minęło mi babkowe szaleństwo, zabrałam się do rzeczy. Deser jest banalnie prosty w przygotowaniu, a jedynym ekskluzywnym składnikiem są sezonowe czerwone cytrusy. Bez gotowania, bez pieczenia, na upartego - da się nawet bez miksera (tylko po co...?). Efekt - delikatny, rozpływający się w ustach krem z biszkopcikami o intensywnym smaku pomarańczy. Do tego plasterki cytrusów w obłędnie pysznym syropie i chrupiące, zieloniutkie pistacje. Czysta poezja. Przysięgam - mogłabym jeść ten deser codziennie do końca życia, i nigdy by mi się nie znudził.

Tiramisu sanguinello


Składniki:
(na 6 porcji)
  • 250 g serka mascarpone
  • 25 ml amaretto
  • 60 g cukru pudru
  • 3 żółtka
  • 2 białka

nasączenie:
  • 50 ml delikatnej czarnej herbaty (aromatyzowanej pomarańczą)
  • 50 ml soku z czerwonych pomarańczy
  • skórka otarta z 1 czerwonej pomarańczy
  • 1 łyżeczka miodu
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 2 łyżki amaretto

pomarańcze w syropie:
  • 3 czerwone pomarańcze
  • 2 łyżki cukru trzcinowego
  • 3 łyżki amaretto

dodatkowo:
  • 75 g podłużnych biszkoptów
  • niesolone pistacje

Ostudzoną herbatę wymieszać z sokiem z pomarańczy i cytryny, skórką pomarańczową, miosem i amaretto. Odstawić.

Pomarańcze obrać, odkrawając dokładnie białe albedo. Pokroić je na plastry grubości 4-5mm, posypać cukrem, zalać alkoholem i odstawić do lodówki.

Białka ubić na sztywną pianę. Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Wlać alkohol, zmiksować. Dodać mascarpone, połączyć. Na końcu partiami dodać pianę z białek, delikatnie mieszając łyżką.

W herbacie z sokiem maczać biszkopty, ułożyć na dnie szklanek. Na wierzch wyłożyć krem. Schłodzić w lodówce 3 godziny.

Przed podaniem tiramisu udekorować plastrami pomarańczy, polać syropem z ich macerowania i posypać posiekanymi pistacjami.

Smacznego!


W stosunku do oryginalnego przepisu nieco zmieniłam proporcje. I po pierwszym kęsie zaczęłam żałować - te dziesięć porcji z pewnością by się nie zmarnowało...

środa, 20 stycznia 2016

Poświąteczne zaległości: duńskie orzeszki z pieprzem w wersji de luxe

Gdy wracałam do domu ostre, zimowe słońce świeciło mi prosto w oczy, a ośnieżone pola skrzyły się, niczym obsypane tysiącami najdrobniejszych diamentów. Dachy przykryte równą warstwą białego puchu, drzewa i krzewy zawinięte w zimowy całun. Zmrożony świat emanuje chłodnym pięknem, któremu nie potrafię się oprzeć. Zabrałam więc Ptysię na spacer, żeby nacieszyć się nim z bliska. Nasze oddechy zamieniały się w obłoczki pary, a jej łapki zostawiały małe ślady w świeżym śniegu. Gdy wróciłyśmy, było już niemal ciemno. 
Gdy brakuje słonecznego blasku, mroźny świat wydaje się być zdecydowanie mniej przyjazny...

W związku z tym, że pogoda iście bożonarodzeniowa, uznałam, że to odpowiedni moment na podzielenie się z Wami ostatnim świątecznym przepisem. 
Tradycyjne pebernødder już Wam pokazywałam; C. jednak domagał się ich uparcie, postanowiłam więc znaleźć nowy przepis. Akurat kupiłam najnowszy, grudniowy numer Hjemmets bedste mad, a tam orzeszki w zupełnie nowej odsłonie. Powiedziałabym, że to wersja de luxe: z cytrusowymi skórkami i pistacjami. Najbardziej mnie jednak wśród składników zaskoczył amoniak. Jeszcze się z tym nie spotkałam. Podchodziłam do tego pomysłu jak do przysłowiowego jeża; zapach amoniaku znam doskonale (piekarze uważają za doskonały dowcip podsuwanie pudełka pełnego tego cuda prosto pod nosy niczego nie spodziewających się praktykantów), i muszę przyznać, zupełnie mnie do niego nie ciągnie. Z drugiej strony, uwielbiam wszelkie eksperymenty w kuchni; amoniak podobno nadaje wypiekom charakterystyczną, chrupiącą skórkę i krucho-chrupiącą strukturę; jednym słowem: jest nie do zastąpienia. Zaryzykowałam więc.

Podczas pieczenia nie było źle. Do momentu otwarcia piekarnika. Wtedy w nos uderza bardzo intensywny i średnio przyjemny zapach (czego w zasadzie nikt nie chce, prawda...?). Wciągałam więc powietrze niczym przed nurkowaniem i starałam się jak najdłużej wstrzymywać oddech. Obiecywałam też sobie, że już nigdy więcej takiej głupoty nie zrobię, a w głębi serca bałam się straszliwie, że moje orzeszki będą smakować... No, wiadomo czym
Okazało się jednak, że warto było się poświęcić, nie trzeba było za to martwić się na zapas. Smak i zapach amoniaku ulatniają się całkowicie, a ciasteczka są mega chrupiące i pyszne. Na pierwszy plan wysuwa się smak i aromat cytrusów, a pistacje nadają niepowtarzalnego uroku. Może więc skusicie się na takie ciasteczka w karnawale...?

Oczywiście, zamiast amoniaku możecie użyć sody; z jej dodatkiem robiłam je poprzednim razem - też są pyszne!

Cytrusowe orzeszki z pieprzem i pistacjami


Składniki:
(na 200 sztuk)
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka amoniaku
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1 łyżeczka mielonego białego pieprzu
  • 1/2 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 75 g zimnego masła
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 50 g niesolonych pistacji
  • 125 g cukru
  • 2 jajka
Mąkę przesiać, wymieszać z amoniakiem i przyprawami. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć między palcami. Dodać skórki cytrusów, pistacje i cukier, połączyć. Wbić jajka, zagnieść ciasto. 
Zawinąć ciasto w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę.

Schłodzone ciasto podzielić na 4 równe części. Z każdej uformować wałeczek grubości małego palca, a następnie pokroić na kawałki długości 1 cm. Z każdego kawałeczka uformować kuleczkę.
Kulki ciasta ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując niewielkie odstępy.

Piec w 200 st. C. 8-10 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Muszę się Wam do czegoś przyznać... W poniedziałek zaliczyłam wpadkę: ugotowałam absolutnie niejadalną zupę. Pierwszy raz w życiu! Niby krem, a jednak grudkowaty; z dziwnym posmakiem zostającym na podniebieniu i paskudnymi chipsami. Uch... Bardzo byłam nieszczęśliwa.

Macie więc może jakieś sprawdzone przepisy na zimowe zupy...? Takie, żebym po ich ugotowaniu poczuła się ze sobą lepiej...?

środa, 11 grudnia 2013

Świąteczne ciasteczka, czyli pieczenie na cztery ręce

Maggie wie, co dobre. Nie wiem, jakim cudem udaje jej się znaleźć te wszystkie pyszności w przepastnym internecie. Wiem za to, że jeśli proponuje wspólne pieczenie, nie ma się nad czym zastanawiać. Efekt zawsze będzie znakomity.
Tym razem podrzuciła mi przepis na ciasteczka z BBC Good Food. Banalnie proste w przygotowaniu, z niewyszukanych składników. Każdy ma w domu mąkę, cukier, odrobinę wanilii. Ja musiałam kupić suszoną żurawinę i pistacje - i już miałam wszystkie potrzebne składniki. Nie spodziewałam się aż tak smakowitego efektu. Ciasteczka są piaskowe, rozsypują się w buzi, ale nie kruszą w dłoniach. Cudownie maślano-waniliowe, z chrupiącymi pistacjami i słodko-kwaśną żurawiną. Wyglądają uroczo i są przepyszne.

Następnym razem dam nieco mniej cukru i poleję je białą czekoladą - będą się prezentować jeszcze bardziej świątecznie. A następny raz będzie z pewnością, bo już ich prawie nie ma...

Ciasteczka waniliowe z pistacjami i żurawiną

Składniki:
(na 25 sztuk)
  • 175 g miękkiego masła
  • 85 g jasnego brązowego cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 225 g mąki pszennej
  • 75 g niesolonych pistacji
  • 75 g suszonej żurawiny

Masło utrzeć z cukrem i ekstraktem. Partiami wsypywać przesianą mąkę, zagnieść gładkie ciasto. Wsypać z grubsza posiekane pistacje i żurawinę, dokładnie połączyć.
Z ciasta uformować wałeczek o średnicy 4-5 cm, zawinąć w folię spożywczą, schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Po tym czasie ciasto pokroić na plastry grubości 1 cm, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 12-15 minut.
Wystudzić na blasze.

Smacznego!

Ciasteczka wczoraj pojechały ze mną do koleżanki - jej starsza pociecha wyjadała je niemal bez opamiętania. I to jest chyba najlepsza rekomendacja - koniecznie musicie je mieć w świątecznej puszce!

piątek, 20 września 2013

Cytrynowe bułeczki na wytrawnie

Dzisiaj piątek, pora więc na sobotnią propozycję śniadaniową. Tym razem naprawdę wyjątkowe bułeczki - przynajmniej ja jeszcze takich nie jadłam...

Kilka dni temu oglądałam australijską wersję Masterchefa, edycję z gwiazdami. Cóż, gwiazd nie znam, ale skoro ktoś coś gotuje, to znaczy, że można popatrzeć. I tak jedna z pań przygotowała rybę z australijskim nadzieniem świątecznym: cytryną, pietruszką i pistacjami. Hmm... Z naszymi polskimi Świętami nijak mi się to kojarzy, ale połączenie smaków przemówiło do mojej kulinarnej wyobraźni. Czym prędzej więc ruszyłam do kuchni wcielać plan w życie. A plan był prosty - wykorzystać takie nadzienie do bułeczek.

Muszę przyznać, że efekt bardzo pozytywnie mnie zaskoczył - smaki świetnie się uzupełniają i pasują do pieczywa. Świeża ostrość cytryny, chrupkie kawałeczki pistacji i dopełniająca całości pietruszka - koniecznie musicie tego spróbować.

Cytrynowe bułeczki z pistacjami i pietruszką

Składniki:
(na 10 bułek)
  • 500 g mąki pszennej
  • 24 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 250 ml letniej wody
  • 2 jajka
  • 2 łyżki oliwy
  • 55 g solonych pistacji
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 1/2 pęczka natki pietruszki

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka

Drożdże pokruszyć, dodać cukier, 3 łyżki wody i 2 łyżki mąki. Wymieszać. Odstawić na 15 minut.

Do mąki dodać wyrośnięty rozczyn, resztę płynów, sól i jajka. Zagnieść ciasto. Dodać posiekane pistacje, skórkę z cytryny i posiekaną pietruszkę, wlać oliwę. Wyrobić gładkie ciasto (może się lekko lepić).
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie z ciasta uformować okrągłe bułeczki, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Po tym czasie posmarować mlekiem, naciąć ostrym nożem. 

Piec w 200 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

U mnie w sklepach nastąpił już wysyp dyń - wielkie i malutkie, pomarańczowe, zielone i żółte, o najróżniejszych, fantastycznych kształtach. Chyba trzeba będzie jakąś niedługo kupić...

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Wymagające ciasteczka

Dziś też nie za długi wpis... 
Wczorajsza impreza udała się naprawdę znakomicie - rozweseleni alkoholem Duńczycy są bardzo, hmm... Ciekawi. W związku z tym, że zawarliśmy z C. umowę o alkoholizacji (ja prowadziłam wczoraj, w piątek to on będzie kierowcą), wspomnienia mam bardzo, ekhm... Żywe. Poza tym, że pod koniec już mi się troszkę oczy kleiły (pobudka przed piątą rano dawała o sobie znać), to uważam wieczór za udany. Gdyby jeszcze tylko bardziej się postarali w kwestii jedzenia (szału nie było, że tak powiem), to w ogóle byłaby bajka. Teraz zaczynam być ciekawa piątkowej zabawy...

Co do ciasteczek - śliczne są, prawda...? Urocze serduszka, zatopione w białej czekoladzie i obsypane pistacjami. Bardzo, bardzo świąteczne, z wyraźnym smakiem imbiru (jeśli nie przepadacie za jego ostrym aromatem, radzę zmniejszyć ilość - jest tutaj bardzo wyczuwalny), złagodzonym przez czekoladę. W środku znajdziecie też czekoladę (według oryginalnego przepisu należy ją zetrzeć na tarce, ale... O ile roztapianie czy siekanie sprawia mi ogromną przyjemność, o tyle tarcie to męczarnia jakich mało. Drobno posiekana działa jednak bardzo dobrze) i rodzynki, które nadają tej specyficznej, smakowitej słodyczy. Podsumowując - wyszły naprawdę pierwszorzędnie! Ale ile się z nimi nerwów najadłam...

Zagniotłam ciasto - wyszło podejrzanie rzadkie. Siedziało kilka godzin w lodówce, później jeszcze jedną w zamrażarce - i nic. Lepiło się niemiłosiernie, wałkowanie to mordęga mimo, że wałkowałam pomiędzy dwoma arkuszami papieru do pieczenia. Wykrawanie okazało się niemożliwe. Koniec.
Patrzę na zdjęcie w książce - idealne serduszka, wszystko gra. Więcej mąki...? Bałam się, że przez to będą twarde i niedobre. W związku z tym upiekłam rozwałkowany placuszek, ostudziłam i dopiero wtedy powycinałam serduszka. Wyszły, jak już pisałam, naprawdę dobre. Potrzebują tylko trochę cierpliwości...
I żelaznych nerwów też.

Przepis z Småkager. Kræs for slikmunde - pierwszy, który okazał się być tak niedopracowany. Do tej pory zastanawiam się, jak oni te ciastka przed pieczeniem wycinali...

Imbirowe serca w białej czekoladzie


Składniki:
(na 15-20 sztuk)
  • 50 g rodzynek
  • 65 g ciemnej czekolady (50%)
  • 40 g świeżego imbiru
  • 1 jajko
  • 20 g miękkiego masła
  • 30 g cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 100 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

dodatkowo:
  • 120 g białej czekolady
  • 30 g niesolonych pistacji

Rodzynki i czekoladę drobno posiekać, imbir obrać i zetrzeć na tarce.
Masło zmiksować z cukrem i cukrem waniliowym na puszystą masę, wbić jajko, zmiksować do połączenia składników.
Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać z rodzynkami, czekoladą i imbirem. Partiami dodawać do masy maślano-jajecznej.

Masę zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce 1-2 godziny.

Schłodzoną masę rozwałkować między dwoma kawałkami papieru do pieczenia na kwadrat o grubości 3-4 mm. Przełożyć na blachę razem z papierem na spodzie.

Piec w 180 st. C. 12-15 minut.
Ostudzić na kratce.

Całkowicie ostudzone ciasto pokroić w kwadraty lub wicinać foremką dowolne kształty.

Pistacje drobno posiekać.
Czekoladę rozpuścić.

Połowę ciastek zanurzać w czekoladzie, następnie brzegi w pistacjach. Odłożyć do zastygnięcia.

Smacznego!

Siedzę sobie z kubkiem gorącej herbaty i patrzę na choinkę - udała nam się w tym roku, nawet pachnie choinką. C. leży wyciągnięty na kanapie z psą wtuloną w ramię.
Dobrze jest.

piątek, 13 lipca 2012

Ciasteczka z potencjałem

Odgrażałam się zupełnie nieletnim przepisem jeszcze w poniedziałek. I faktycznie - plany miałam ambitne, wręcz jesienne. Z dużą ilością czekolady. Ciężkie. Rozgrzewające. Jednak C. zepsuł je w jednej chwili, pojawiając się w domu z koszyczkiem pachnących, czerwoniutkich truskawek. Część oczywiście została pochłonięta bez niczego, ale ponieważ sezon truskawkowy powoli się kończy stwierdziłam, że grzechem byłoby nie przygotować czegoś pysznego z nimi właśnie w roli głównej. Tak naprawdę nie musiałam się nawet długo zastanawiać, bo w jednej chwili przed oczami stanęło mi zdjęcie z gazetki Pieczenie jest proste, nr 3/2011. Urocze, delikatne serduszka, z dorodnymi truskawkami otoczonymi wianuszkiem kremu. Mmm... Bajeczne. Ponieważ padało, nie chciało mi się ruszyć do sklepu, pozmieniałam więc troszkę. Zamiast truskawkowej galaretki użyłam soku jabłkowego zgalaretkowanego za pomocą żelatyny. Nie miałam też tak dużej foremki jak proponowano w przepisie, wyszło mi więc więcej mniejszych ciasteczek. O tyle mniejszych, że nijak nie mogłam na nich zmieścić całej truskawki. Nie miałam też w domu twarożku, ubiłam więc po prostu kremówkę z cukrem waniliowym, i jest to naprawdę smakowite rozwiązanie. 

Ogólnie jestem z siebie bardzo dumna w związku z tymi ciasteczkami. Dość czasochłonne, a więc zupełnie nie w moim stylu. Ale warto było poświęcić im popołudnie: mina C. - bezcenna. A dlaczego twierdzę, że mają potencjał? Z tej prostej przyczyny, że jeśli za ich przygotowanie zabierze się ktoś bardziej cierpliwy i lubiący zabawy w dekorowanie słodkości, mogą prezentować się naprawdę powalająco. Bo smakują wyśmienicie. Dodanie do ciasta płatków owsianych nadaje im niecodziennego smaku, do tego truskawki, i naprawdę - nie można chcieć więcej.

Serduszka z truskawkami i galaretką



Składniki:
(na 20-25 sztuk)

ciasto:
  • 120 g mąki pszennej
  • 120 g płatków owsianych
  • 80 g cukru
  • 125 g zimnego masła
  • 1 jajko

masa:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki cukru pudru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 40 g niesolonych pistacji

dodatkowo:
  • 160 g niedużych truskawek
  • 200 ml soku jabłkowego
  • 3 łyżeczki żelatyny

Płatki drobno zmielić blenderem. Wymieszać z przesianą mąką i cukrem. Dodać masło, posiekać. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. Schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 5 mm podsypując mąką (ciasto nieco się lepi), wykrawać serduszka wysokości około 5 cm. Delikatnie przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec 10-12 minut w 180 st. C.
Ostudzić.

Kremówkę ubić na sztywno z cukrem pudrem i cukrem waniliowym. Za pomocą szprycy wyciskać na brzegi ciastek, tworząc dekoracyjny wzorek. Na środku każdego ciasteczka ułożyć pół truskawki.

Sok podgrzać, rozpuścić w nim żelatynę. Schłodzić.
Gęstniejącą galaretką posmarować truskawki. 
Krem posypać posiekanymi pistacjami.

Smacznego!


Wczoraj byłam pierwszy raz w Legolandzie. C. stwierdził, że to niemalże zbrodnia, że mieszkam w Danii tyle czasu, a jeszcze się tam nie wybrałam. A ponieważ hotel zaoferował nam darmowe wejściówki, grzechem byłoby nie skorzystać. Zabraliśmy ze sobą francuskich praktykantów (biedaki, potwornie się nudzą) i bawiliśmy się naprawdę wyśmienicie. Do tego pogoda była całkiem znośna, więc był to naprawdę udany dzień. Po powrocie padłam jak mucha - jednak bycie na nogach od czwartej trzydzieści i aktywne spędzenie dnia daje w kość. Na szczęście dzisiaj wolne, więc można było odespać.