Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwaśna śmietana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwaśna śmietana. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 października 2017

Studium w fiolecie. Krem z czerwonej kapusty

Nie gotuję dużo.
Po pierwsze, nie przepadam za tą czynnością. Owszem, uwielbiam krzątać się w kuchni i piec, ale dania wytrawne... To już nie moja bajka. Nigdy w życiu nie usmażyłam steku, nie zrobiłam gulaszu ani nawet sałatki warzywnej (choć parę razy się do tej ostatniej przymierzałam). 
Po drugie, C. gotować uwielbia, co właściwie zamyka listę. Kiedy tylko ma możliwość, z radością coś tam miesza, przyprawia i smakuje, żeby później wszem i wobec chwalić się swoimi dokonaniami (całkiem zresztą słusznie, bo kucharz z niego znakomity). Jedyny problem w jego przypadku stanowią surówki; jeśli mam na jakąś ochotę, muszę ją sobie sama przygotować. On się surowych warzyw nie tyka.

Od czasu do czasu trafia się jednak sytuacja, że jednak muszę coś ugotować. 
No dobrze - muszę jest tutaj określeniem nieco naciąganym. Bo jakbym nie ugotowała, to też nic by się nie stało. Ale jednak bywa, że mam ochotę postać chwilę nad garnkami, żeby później wydobyć z nich coś, co nie jest ciastem. Albo choćby deserem.
Ostatnio C. znalazł sobie dodatkową pracę na weekendy (bo ta, którą już ma, jakieś sześćdziesiąt godzin w tygodniu plus dojazdy, to jednak za mało), więc kiedy mam wolne, szykuję nam coś dobrego. 

Jakiś czas temu kupiłam w promocji dwie małe główki czerwonej kapusty i zastanawiałam się, co z nich zrobić. Bo takiej ilości surówki to nawet ja nie dam rady pochłonąć... Z pomocą przyszedł mi blog Zakochane w zupach (którego z miejsca zostałam wielką fanką, bo zupy to ja uwielbiam; kremy w szczególności, a tych na blogu dziewczyny mają naprawdę spory wybór) i zupa-krem z czerwonej kapusty właśnie. Przypomniała mi o tym, że już dawno chciałam coś takiego przygotować - kolor, musicie przyznać, ma niesamowity i wyjątkowo kuszący. Nie czekając długo, kupiłam gruszki, puszkę ciecierzycy znalazłam w spiżarce, i zabrałam się za gotowanie.
Najdłużej zabiera obranie i pokrojenie warzyw, reszta robi się praktycznie sama. Pieczoną ciecierzycę jako dodatek do zup robiłam nie raz; wychodzi boska, mocno chrupiąca i lekko pikantna. Jak zawsze - strzał w dziesiątkę. Do tego delikatna, mocno kremowa i zaskakująco sycąca fioletowa zupa, podana z plasterkami słodkiej gruszki. Smakuje trochę kapustą, trochę ziemniakami - sprawdzi się świetnie w chłodne, jesienne dni. Ja zwiększyłam proporcje, i mieliśmy obiad na trzy dni, co jest świetnym rozwiązaniem w ciągu zabieganego tygodnia.

A po inne specjały z kapustą w roli głównej koniecznie zajrzyjcie dziś do Pati, MirabelkiEmiliiMarty i Ani.

Krem z czerwonej kapusty z gruszką i pieczoną ciecierzycą


Składniki:
(na 6 porcji)
  • 900 g czerwonej kapusty
  • 1,5 czerwonej cebuli
  • 3 ząbki czosnku
  • 100 ml białego wina
  • 3 ziemniaki
  • 2 łyżki oliwy
  • 2 gruszki
  • 1,5 l bulionu
  • sok z 1/2 cytryny
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 6 łyżek creme fraiche
  • 1 gruszka
pieczona ciecierzyca:
  • 265 g ciecierzycy z puszki
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki
  • 1/2 łyżeczki wędzonej papryki
  • 2 łyżeczki oleju z chilli
  • 1 łyżka oliwy
  • 1 łyżeczka soli
Cebulę obrać, pokroić w kosteczkę. Czosnek przecisnąć przez praskę. Ziemniaki obrać, pokroić w kostkę. Gruszki obrać, wyciąć gniazda nasienne,pokroić w kostkę. Z kapusty wyciąć twarde częsci, resztę poszatkować.

W dużym garnku rozgrzać oliwę, dodać cebulę. Gdy się zeszkli, dodać czosnek, podlać winem i smażyć, aż alkohol odparuje. Dodać kapustę i gruszkę, smażyć jeszcze 5 minut. Dodać ziemniaki, zalać całość bulionem i gotować przez około 40 minut, aż warzywa zmiękną.
Zdjąć garnek z palnika, zmiksować blenderem na gładki krem. Doprawić do smaku sokiem z cytryny, solą i pieprzem.

Ciecierzycę odcedzić, przełożyć do miski. Posypać przyprawami, dodać olej i oliwę, dokładnie wymieszać.
Przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 200 st. C. przez 40 minut.

Ostatnią gruszkę pokroić w plastry, lekko zrumienić na patelni grillowej.

Zupę podawać z kleksem śmietany, pieczoną ciecierzycą i plastrami grillowanej gruszki.

Smacznego!


W tym roku późno, bo dopiero w październiku, otworzyłam sezon na zupy. Gorące, sycące, aromatyczne. Będzie ich tu teraz sporo, na zmianę z pierniczkami. Cóż, taki czas...

czwartek, 22 czerwca 2017

O fretce, która nie jest fretką, czyli poznajcie Mortena. I różowy, letni chłodnik

Pamiętacie, jak pisałam o naszym powrocie z wakacji i wściekłej fretce, która przywitała nas godnymi fretki prychnięciami? Po bliższych oględzinach okazało się jednak, że rzeczona fretka wcale fretką nie jest. A okazja znalazła się szybciej, niżbyśmy sobie tego życzyli, bo futrzak, podczas naszej dwutygodniowej nieobecności, postanowił wprowadzić się na poddasze. 
Muszę przyznać, że kiedy C. mnie o tym poinformował, lekko zdębiałam. Nie tak bowiem wyobrażałam sobie nasz przytulny domek; nie z dzikim (dosłownie!) lokatorem. 
Obejrzeliśmy dach, znaleźliśmy dziurę, psy kunę wywęszyły. Roboczo nazwaliśmy ją Morten (po duńsku kuna to mår, co przy poprawnej duńskiej wymowie rymuje się z Morten) i zaczęliśmy się zastanawiać, co by tu teraz zrobić... C., po dogłębnej analizie internetowych mądrości, znalazł jedyne słuszne remedium: Metallikę. Tak, ten zespół, który dla niewtajemniczonych po prostu hałasuje na bardzo dużą skalę. Codziennie rano tuż pod dachem ustawiał głośnik, i puszczał największe przeboje chłopaków. Okazuje się, że chyba mamy z Mortenem inny gust muzyczny; po kilku dniach się wyprowadził. A przynajmniej taką mamy nadzieję, bo nagle zapadła cisza, i nie znajdujemy już niepokojącej ilości piór na trawniku przed domem. 
Teraz czeka nas tylko ściąganie dachówek i sprzątanie po gościu... 

I co? Nadal marzycie o własnym domu i ogrodzie...?

Tymczasem póki co - odpukać! - w Danii nadal lato w pełni, mam więc dla Was przepis na chłodnik, który znalazłam w magazynie Moje gotowanie, nr 7/2016. Skusił mnie absolutnie cudownym, różowym kolorem i dodatkiem botwinki - a jak wiecie, przywiozłam ze sobą z Polski dwa pęczki tego specjału. Grzechem byłoby wyrzucić! 
Ten akurat chłodnik to miks świeżych, wiosennych warzyw z maślanką, lekko tylko doprawiony solą i pieprzem, podany z jakiem i słonym serem feta. Całość smakuje nieźle - według mnie, i naprawdę dobrze - według C. Ale ja chyba nigdy nie polubię chłodników... Dla mnie zupa musi być gorąca - i basta. Jeśli jednak w ciepły, letni dzień miska z chłodnikiem wypełnia Wasze myśli, ten będzie doskonały. Szczególnie, że dzięki dodatkowi ziemniaków naprawdę syci i może stanowić pełnoprawny obiad nawet dla głodnego przedstawiciela płci silnej - sprawdziłam.

Dania z dodatkiem kalarepki znajdziecie też dzisiaj u MopsikaPati, Marty i Malwinny.

Chłodnik z wiosennych warzyw na maślance



Składniki:
(na 6-8 porcji)
  • 1 pęczek botwinki
  • sól
  • pieprz
  • cukier
  • sok z 1 cytryny
  • 1,5 l maślanki
  • 500 g creme fraiche (18%)
  • 1 długi ogórek
  • 1 pęczek rzodkiewki
  • 1 kalarepka
  • 500 g młodych ziemniaków
  • 4 dymki
  • 6-8 jajek
  • koperek
  • natka pietruszki
  • 100 g fety
Ziemniaki ugotować w mundurkach, ostudzić.
Botwinkę umyć, osuszyć, posiekać. Wrzucić na lekko osolony, doprawiony cukrem i sokiem z 1/2 cytryny wrzątek. Gotować 5 minut, odcedzić, ostudzić.

Maślankę dokładnie wymieszać z creme fraiche. 
Ogórek obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić na nieduże kawałki. Rzodkiewki pokroić w plasterki. Kalarepkę obrać, zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Ziemniaki obrać, pokroić w plastry. 
Dymki drobno pokroić, oddzielając białe części od zielonych. Koperek i natkę posiekać. 
Do maślanki dodać ogórka, rzodkiewki, kalarepkę, ziemniaki, botwinkę i białe części cebuli. Dokładnie wymieszać, doprawić do smaku solą, cukrem, pieprzem i sokiem z cytryny. Dobrze schłodzić.

Jajka ugotować na pół twardo. 
Nalać chłodnik do miseczek. Podawać z połówkami jajek i pokruszoną fetą, posypany szczypiorem, koperkiem i natką.

Smacznego!


Ja tymczasem codziennie smaruję mój łaciaty nos grubą warstwą kremu, ale chyba nawet to już mu nie pomoże...

czwartek, 8 czerwca 2017

Komizm sytuacyjny i tarta z botwinką

Muszę przyznać, że powrót do pracy łatwy nie był. Dziesięć godzin naprawdę dało mi się we znaki; łydki mnie bolą, ręce mnie bolą, głowa też mnie boli (co będzie sobie, skubana, żałować...?). Mimo wszystko jednak jestem zadowolona; pod koniec pracy, gdy nastąpiło już pewne rozluźnienie świadomością, że czego nie zrobi się dzisiaj, zrobi się jutro, razem z Mette płakałyśmy ze śmiechu. Dosłownie. Czerwone jak buraki, zalane łzami, wzbudzałyśmy ogólną wesołość. A jeden z kolegów tylko nas napędzał, wydając z sienie odgłosy, które i na sawannie, i w wielkim mieście, mogłyby wzbudzić niepokój. 
To jedna z takich chwil, których nie można ubrać w słowa; komizm sytuacyjny, który po fakcie śmieszy tylko tych, którzy byli przy całym tym ambarasie obecni.

Wam też zdarzają się takie chwile...?

Tymczasem zapraszam Was na zupełnie wyjątkową tartę. Wyjątkową dla mnie, gdyż botwinki nie jadłam od wieków!
Jak to się dziwnie w życiu składa... Gdy mieszkałam w Polsce i botwinkę w sezonie miałam na wyciągnięcie ręki, zupełnie mnie nie kusiła. Teraz, gdy jej zdobycie graniczy z cudem, ślinię się do monitora na widok tych wszystkich pyszności, które koleżanki blogerki z botwinką przygotowują. Jako souvenir z Polski przywiozłam więc sobie nie tylko dwa kilogramy prawdziwego twarogu, ale też dwa pęczki botwinki. Dzisiaj pokażę, co przygotowałam z pierwszego.

Tematem wspólnego gotowania była tym razem botwinka w towarzystwie młodych ziemniaczków i koperku. Czyż nie brzmi rozkosznie...? Tak właśnie pomyślałam, i czym prędzej zabrałam się za szukanie przepisu na tartę (że musi to być tarta, nie miałam najmniejszych wątpliwości). Idealną propozycję znalazłam u Małgosi; jedyne co, to zamieniłam rozmaryn na koperek.
Wyszło bosko! Tarta jest cudownie wiosenna, ma piękny, różowo-zielony kolor, smakuje wybornie i naprawdę potrafi nasycić. Dla nas stanowiła pełnoprawny obiad z dodatkiem sałatki ze szpinaku, ale jak ktoś nie może się obyć, może podać do niej na przykład filety z kurczaka. Choć nawet C., zaśniedziały mięsożerca, stwierdził, że nic jej więcej nie trzeba.

Smakowite przepisy z tym kuszącym trio znajdziecie również u Ani, Mirabelki, Malwinny i Pati.

Tarta z botwinką, ziemniaczkami i koperkiem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 27 cm)

kruchy spód:
  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 75 g zimnego masła
  • 2 łyżki zimnej wody
farsz:
  • 1 pęczek botwinki
  • 500 g młodych ziemniaków
  • 2 ząbki czosnku
  • 3 łyżki oleju
  • 3 jajka
  • 250 g creme fraiche (18%)
  • 1 pęczek koperku
  • sól
  • pieprz
Mąkę przesiać, wymieszać z solą i cukrem. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Po łyżce dodawać wodę, zagnieść gładkie, nielepiące się ciasto. Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzonym ciastem wylepić formę, formując brzeg. Nakłuć ciasto gęsto widelcem.

Podpiec w 180 st. C. przez 12-15 minut.

W tym czasie wyszorować ziemniaki (młodych nie trzeba obierać), pokroić je w dość drobną kostkę. 
Buraczki pokroić na ćwiartki lub połówki jeśli są bardzo małe. Łodyżki pokroić na kawałki o długości 3 cm, liście porwać.

Na patelni rozgrzać olej, wrzucić ziemniaki, posolić, podsmażać 5 minut, aż się zeszklą. Dodać buraczki, smażyć jeszcze 3 minuty. Dodać przeciśnięty przez praskę czosnek i łodyżki botwinki, smażyć jeszcze chwilę. Na końcu dodać liście, podgrzewać około 1 minuty, zdjąć patelnię z palnika.

Jajka i creme fraiche roztrzepać, dodać posiekany koperek, doprawić solą i pieprzem.

Na podpieczony spód wyłożyć ziemniaki z botwinką, zalać masą jajeczno-śmietanową, równomiernie rozprowadzając koperek.

Piec w 180 st. C. przez około 25 minut.
Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Was zostawiam z tartą, a sama idę do łóżka. W końcu za niecałe siedem godzin trzeba wstać...

wtorek, 6 czerwca 2017

O wściekłej fretce i truskawkowym lesie deszczowym, czyli o powrocie do domu. I letnie ciasto bez pieczenia

Wszystko, co dobre, szybko się kończy...
Nawet pełne dwa tygodnie wakacji mijają zdecydowanie zbyt szybko. Szczególnie, gdy lista zadań i zajęć jest długa, a każdy dzień wypełniony jest po brzegi umówionymi spotkaniami. Gdy odwiedza się rodzinne strony po półtora roku, wiele rzeczy po prostu trzeba zrobić. Zwiedzić stare kąty, odwiedzić krewnych i znajomych, wybrać się na zakupy, zachwycać się tym, co chyba już zawsze zostanie takie samo i z zapartym tchem obserwować niezliczone zmiany.

Gdy już wszystko było spakowane, a nam zostało tylko wsiąść do samochodu i znów ruszyć na zachód, zakręciła mi się w oku łezka. Bo znów nie wiem, kiedy wrócę...

Mimo wszystko jednak dobrze jest wrócić do domu. Co prawda z szopki na rowery wyskoczyła na nas wściekła fretka, która podczas naszej nieobecności rzeczoną szopkę zaanektowała i urządziła w niej sobie przytulne gniazdko. Bardzo jej się powrót starych lokatorów nie spodobał; stała na ulicy, prychając i wyrażając swoją furię na wszystkie znane fretkom sposoby. 
Na miejsce dojechaliśmy w okolicach pierwszej w nocy, rozpakowaliśmy więc szybciutko rzeczy wymagające natychmiastowego rozpakowania (twaróg), żeby po szybkim prysznicu wskoczyć pod własną kołdrę we własnym łóżku... Od tygodni tak dobrze nie spałam!

Rano, gdy tylko Pączusia skoczyła C. na twarz informując, że to już najwyższa pora na załatwienie porannej toalety, ruszyliśmy do ogrodu, wciągając swetry przez rozespane głowy. A tam, moi drodzy - prawdziwe cuda! Niepozorne jeszcze dwa tygodnie temu krzaczki truskawek przypominają las deszczowy; mięta imbirowa rozrosła się tak, że truskawkową ledwo znaleźliśmy; rabarbar, tymianek i szałwia (zwykła i ananasowa) wyglądają, jakby spadł na nie cały duński deszcz, a na krzewie czerwonej porzeczki znalazłam pierwszą zieloną kuleczkę. Wszystko aż kipi setką odcieni zieleni, zaskakuje intensywnością barw i kusi, żeby zrywać i jeść... 
Bo są jeszcze przecież rzodkiewki, buraczki liściowe, dymka, szczypior, koper, czarna porzeczka, czerwony agrest, poziomki, oregano... 
Chwilo, trwaj!

Przed wyjazdem przygotowałam szybkie, letnie ciasto z galaretek. Tych ostatnich bowiem u mnie pod dostatkiem, a w lodówce stało opakowanie śmietany, którą kupiłam z myślą o czymś, czego w końcu nie przygotowałam. A że trzeba było wyczyścić lodówkę, pozbierałam różne resztki, i powstało takie oto ciacho. Bez pieczenia, więc idealne na upalne dni. Lekkie, umiarkowanie słodkie, orzeźwiające dzięki galaretce i kwaskowym owocom. Szczerze mówiąc, wyszło lepiej, niż się spodziewałam. Polecam Wam więc ogromnie!

Śmietanowiec z owocami i galaretką


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 100 g ciastek digestive
  • 125 g nutelli

masa śmietanowa:
  • 75 g galaretki cytrynowej (proszek)
  • 150 ml wrzątku
  • 165 ml mleka skondensowanego słodzonego
  • 500 g creme fraiche (18%)

wierzch:
  • 25 g czarnej porzeczki
  • 20 g malin
  • 35 g jeżyn
  • 130 g truskawek
  • 400 ml wrzątku
  • 75 g galaretki malinowej (proszek)

Ciastka pokruszyć, wymieszać z nutellą. 
Spód formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć masę ciasteczkową, dobrze ugnieść.
Schłodzić.

Galaretkę cytrynową rozpuścić we wrzątku, ostudzić.
Creme fraiche zmiksować w mlekiem. 
Gdy galaretka zacznie tężeć, wlać ją do śmietany, cały czas miksując.
Przelać masę na spód, wstawić do lodówki do całkowitego stężenia.

Malinową galaretkę rozpuścić we wrzątku, ostudzić.

Na schłodzonej masie śmietanowej ułożyć owoce, zalać tężejącą galaretką. Wstawić do lodówki na minimum 3 godziny.

Smacznego!

Jakby ktoś się zastanawiał, to suknię kupiłam. Jaką...? 
Opowiem następnym razem...

sobota, 15 kwietnia 2017

Zielona pascha. Pistacjowa

Wielkanoc w tym roku ucieka mi między palcami. Owszem, na gałązce w kuchni powiesiłam kolorowe jajka, a w wazonie stoją, lekko już przywiędłe, żonkile. W lodówce czeka kilka kawałków zielonej paschy, a ja mam wrażenie, że to wszystko dzieje się obok mnie. Od środy pracuję, jeżdżę i śpię. Ach, no i od czasu do czasu coś przegryzę, bo inaczej padłabym gdzieś po drodze. Końca Świąt wyczekuję niczym urodzinowych prezentów; jestem zmęczona i bardzo, ale to bardzo chciałabym się wyspać.

Ten nieco depresyjny wstęp ma być moim usprawiedliwieniem. Mam jednak nadzieję, że jeszcze nie jest za późno, żeby życzyć Wam wspaniałych, rodzinnych i pogodnych Świąt Wielkiej Nocy. Żeby jutrzejsze śniadanie było wyjątkowe i niezakłócone troskami i nieprzyjemnościami. I żeby baby, mazurki i serniki smakowały Wam jak nigdy.

Wesołych Świąt!

Ja tymczasem przekazuję Wam przepis na zieloną paschę.
Odkąd odkryłam, że w lokalnym markecie mają pastę pistacjową, kupuję namiętnie słoiczek za słoiczkiem i wtykam ją, gdzie tylko się da. A że paschę po raz ostatni robiłam trzy lata temu stwierdziłam, że będzie to doskonałe połączenie.
Przepisu na pistacjową paschę nie mogłam znaleźć, wróciłam więc do sprawdzonego już w minionych latach. Delikatnie zmieniłam proporcje, dodałam pistacje i wyrazisty sos żurawinowy. 
Wyszło znakomicie! Pascha jest kremowa, słodka i rozpływa się w ustach, a sos nadaje jej charakteru. Poza tym pięknie komponuje się kolorystycznie.

Wiem, że w tym roku już za późno, ale może przepis przyda Wam się przy okazji kolejnej Wielkiej Nocy...?

Pascha pistacjowa z sosem żurawinowym


Składniki:
(na miskę o pojemności 2 l)
  • 2 l mleka
  • 500 g kwaśnej śmietany
  • 6 jajek
  • 200 g miękkiego masła
  • 20 g cukru pudru
  • 200 g kremu pistacjowego
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 50 ml amaretto
  • 25 g niesolonych pistacji bez łupinek

sos żurawinowy:
  • 150 g świeżej lub mrożonej żurawiny
  • 50 g cukru
  • 30 ml amaretto
  • 100 ml wody
  • 2 łyżeczki kisielu żurawinowego

Mleko zagotować. Jajka roztrzepać ze śmietaną, powoli wlewać do gotującego się mleka, cały czas mieszając. Kiedy oddzieli się serwatka, zdjąć z ognia i ostudzić.
Sitko wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć odciśnięty ser. Zostawić na noc do odcieknięcia.

Żurawinę zalać amaretto, zostawić na noc.

Następnego dnia ser jeszcze raz odcisnąć. Powinien być sypki.

Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Po łyżce dodawać ser, cały czas miksując. Dodać pastę krem pistacjowy, połączyć. Dodać odciśniętą żurawinę i posiekane pistacje, wymieszać.

Miskę wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć masę serową, dobrze docisnąć. Zawinąć brzegi gazy na masę, schłodzić w lodówce przez noc.

Rano odwinąć gazę, wyłożyć paschę na talerz, zdjąć gazę z wierzchu.

Żurawinę, cukier, amaretto (również to pozostałe z moczenia suszonej żurawiny) oraz 75 ml wody umieścić w garnuszku. Zagotować.
Kisiel rozmieszać w pozostałej wodzie, wlać do żurawiny, wymieszać i gotować jeszcze chwilę.
Przestudzić.

Pachę podawać z ciepłym lub zimnym sosem żurawinowym.

Smacznego!


Zamiast żurawin, można i w samym cieście, i w sosie użyć wiśni. Efekt będzie równie doskonały.

czwartek, 16 lutego 2017

Ciasto z czerwonymi pomarańczami z horrorem w tle

Zdecydowała, że jednak wyjedzie w poniedziałek. Oczywiście, wiązało się to z zabójczo wręcz wczesną pobudką o wpół do czwartej nad ranem, ale czego nie robi się dla jeszcze jednej nocy we własnym łóżku. Zresztą, była przyzwyczajona; codziennie do pracy wstawała o godzinach, w których istnienie wielu nadal powątpiewa.
Zaskoczył ją brak korków i płynny ruch, nawet w okolicach, w których zazwyczaj nie udawało się uniknąć choćby i krótkich postojów. Wszystko szło gładko; minęła most bez kolejki do kasy. Już od dłuższego czasu zaciskała zęby, powtarzając sobie, że będzie na miejscu już niedługo; okazało się jednak, że natura zwyciężyła nad silną wolą. Zatrzymała się więc na przydrożnym parkingu, żeby skorzystać z toalety. Świat ciągle powlekały ciemności, choć gdzieś na horyzoncie majaczyła bladoróżowa, cieniutka linia. 
Opatuliła szyję szalem, wcisnęła dłonie w kieszenie i szybkim krokiem ruszyła w kierunku szarego budyneczku. Weszła do pomieszczenia, zaskoczona jego wielkością; spokojnie można by tu zrobić trzy kabiny zamiast jednej; pomyślała. Zerknęła przelotnie za załom muru, i stanęła jak wryta. Na stoliku w rogu pomieszczenia leżały stopy w czarnych szpilkach, na nich czarne, koronkowe majtki, a całość wieńczyła głowa... Sklepowego manekina. Tuż obok leżała kartka z odręczną notką: Oto moja żona, Tove... Reszta była zamazana; ktoś niefrasobliwie ochlapał intrygujący świstek. 

Włoski na karku nieprzyjemnie przypomniały o swoim jestestwie; szybko załatwiła potrzebę, a do samochodu niemal biegła.

I przysięgam, że właśnie to wydarzyło się w miniony poniedziałek.

Niedawno wspominałam, że rozpoczął się sezon na moje ukochane czerwone pomarańcze. Kupiłam ich sporo; z części przygotowałam tartę, którą już Wam pokazywałam, kilka po prostu zjadłam, a resztę zamieniłam w ciasto znalezione u Doroty. Tamto było ze zwykłymi pomarańczami; jestem pewna, że w smaku bardzo się od siebie nie różnią, ale ten kolor... Musicie przyznać, że chyba wszystko wygląda lepiej w krwistej czerwieni niż w banalnym pomarańczu.

Ciasto jest wilgotne, słodkie i intensywnie pomarańczowe, a owoce na wierzchu to prawdziwe delicje. Nie można mu się oprzeć.

Klejące ciasto z czerwonymi pomarańczami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)

pomarańcze w syropie:
  • 2 pomarańcze
  • 150 g cukru
  • 100 ml wody

ciasto:
  • 185 g creme fraiche (18%)
  • 110 g masła
  • 4 jajka
  • skórka otarta z 1 czerwonej pomarańczy
  • 220 g mąki pszennej
  • 3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 160 g cukru

Cukier i wodę zagotować w szerokim garnku lub na patelni. 
Pomarańcze pokroić w grube plastry.
Gdy cukier się całkowicie rozpuści, ułożyć plastry pomarańczy w garnku. Gotować na małej mocy palnika 12-15 minut, w połowie przewracając na drugą stronę, aż staną się szkliste. Odsączyć z syropu, ułożyć na dnie tortownicy wyłożonym papierem do pieczenia.
Syrop zachować.

Masło rozpuścić, przestudzić. Wymieszać ze śmietaną. Po jednym wbijać jajka, następnie dodać cukier i skórkę z pomarańczy. 
Mąkę przesiać z sodą, dodawać partiami do pozostałych składników, dokładnie mieszając.

Ciasto wyłożyć na pomarańcze, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez około30 minut, do suchego patyczka. 

Przestudzić chwilę w formie, następnie wyjąć na talerz. Gdyby ciasto urosło z dużą górką, należy ją równo ściąć. Ciasto ponakłuwać wykałaczką, polać syropem, zachowując 2-3 łyżki. Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Przed podaniem obrócić do góry spodem, wierzch ciasta polać pozostałym syropem.

Smacznego!

A dlaczego nagle zaczęłam pisać o sobie w osobie trzeciej...? Bo ciągle przechodzą mnie dreszcze, jak o tym myślę...

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Poświąteczne pierniczki dla mających czas

Witajcie! 
Czy Wam ten świąteczny czas też tak szybko minął? Przygotowania w tym roku zaczęłam wyjątkowo wcześnie, bo już na początku listopada, a i tak nie zdążyłam ze wszystkim. Wigilia przyszła zdecydowanie zbyt wcześnie, żeby minąć niemal niepostrzeżenie. Niemniej, spędziłam te chwile bardzo przyjemnie.
W tym roku po raz pierwszy to my byliśmy gospodarzami w tym magicznym dniu. Wiąże się to z niemałym stresem: czy aby na pewno sprostamy wysoko ustawionej poprzeczce? Na szczęście, jedzenia nie zabrakło, a wszystko udało się wyśmienicie. Podczas tradycyjnych duńskich tańców wokół choinki drzewko się nie przewróciło, a migdał został znaleziony w wielkiej misce puddingu. Jednym słowem, wszystko poszło gładko, a goście byli zadowoleni, co udowodnili opuszczając nas o trzeciej nad ranem. 

Gdy w po wigilijną niedzielę wygrzebałam się w końcu spod kołdry, z lekkim smutkiem spojrzałam na choinkę. Niedługo trzeba ją będzie rozebrać. A taka jest przecież śliczna! 
Póki co - ciągle stoi. Nie mam serca zabrać się za ściąganie dekoracji. Wmawiam sobie i C., że tradycja nakazuje trzymać drzewko przynajmniej do szóstego stycznia. Niech i tak się stanie...

Okazało się też, że w minionym roku byłam wyjątkowo grzeczna. Mikołaj bowiem wręcz obsypał mnie prezentami! Poczynając od koszyka do wyrastania chleba i trzepaczki z termometrem, o której marzyłam, odkąd pierwszy raz ją zobaczyłam, poprzez książki kucharskie Clausa Meyera, który zyskuje coraz większą popularność nawet w Polsce, aż po ciepłe swetry, biżuterię i perfumy Diora, w których od razu się zakochałam. Mikołajowi dziękuję i obiecuję, że w nadchodzącym roku również nie dam mu powodów do zmarszczenia czoła. 

Tymczasem, ciągle jeszcze otulona zapachem korzennych przypraw, mam dla Was jeszcze jeden przepis na pierniczki. Znalazłam go na blogu Z cukrem pudrem, a skusił mnie obietnicą karmelowego posmaku. Musze przyznać, że pierniczki wyszły pyszne - pulchne, mięciutkie, choć nieco zbyt mało korzenne w smaku, jak na mój gust. Jednak proces ich przygotowania wydaje mi się zdecydowanie zbyt skomplikowany. Zazwyczaj bowiem rozpuszczam tylko masło z miodem lub melasą, dodaję do reszty składników, mieszam - i gotowe. Tu trzeba wszystko osobno ubijać, dodawać w odpowiedniej kolejności i uważać, żeby żadnego składnika nie pominąć. Moim zdaniem trochę za dużo zachodu... Niemniej, jeśli ktoś ma ochotę poświęcić im nieco więcej czasu, wprawiając się w świąteczny nastrój, warto po przepis sięgnąć.

Jeszcze jedna uwaga: autorce przepisu wyszło pierniczków ponad dwieście, mi - raptem osiemdziesiąt. Nie wiem, czym jest spowodowana ta różnica, bo foremek użyłam standardowych, niezbyt dużych. Miejcie jednak na uwadze, że ilość ciastek jest w tym przypadku bardzo orientacyjna.

Pulchne pierniczki z karmelem


Składniki:
(na 80 sztuk)
  • 800 g mąki pszennej
  • 3 jajka
  • 110 g cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 180 g miodu
  • 125 g masła
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 200 g kwaśnej śmietany
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 25 g przyprawy do piernika
karmel:
  • 45 g cukru
  • 2 łyżki wody
Miód z masłem rozpuścić, dodać przyprawę do piernika, wymieszać.
Cukier i wodę doprowadzić do wrzenia, a następnie skarmelizować. Gdy nabierze głębokiego, złoto-brązowego koloru, szybko przelać do miodu z masłem i dokładnie wymieszać. Masę przestudzić, co jakiś czas mieszając.

Mąkę przesiać z sodą i proszkiem, wymieszać z solą.
Żółtka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę.
Białka ubić na sztywno.

Do mąki dodać miód z karmelem oraz ubite żółtka, na końcu dodać pianę z białek. Zagnieść gładkie ciasto. 
uformować z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce od 12 do 48 godzin.

Ciasto wyjąć z lodówki 2-3 godziny przed wałkowaniem.
Ciasto wałkować na grubość 6 mm podsypując mąką, wycinać dowolne kształty. Układać pierniczki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując spore odstępy (ciasteczka urosną).

Piec w 180 st. C. 10 minut.
Ostudzić na kratce.

Przechowywać w szczelnie zamkniętej puszce.

Smacznego!

A Wam jak minęły Święta?

czwartek, 22 grudnia 2016

Świąteczne ciasteczka dla alergików (bez glutenu i bez jajek)

We wtorek kupiliśmy ostatnie prezenty; teraz leżą w pokoju gościnnym na kanapie, krzesłach i podłodze, i czekają, aż wreszcie będę miała czas zapakować te, których w sklepie zapakować mi nie chciano. Kupiłam nawet papier, wstążki i bileciki do kompletu, żeby wszystko pięknie się pod choinką prezentowało.
Na deser zostawiłam sobie niespodziankę dla C. Nie myślcie sobie jednak, że traktuję go po macoszemu! Już ponad tydzień temu zrobiłam rozpoznanie, i pan o miłym głosie poinformował mnie przez telefon bardzo skrupulatnie, że tego, co chcę zakupić, akurat na stanie nie mają, ale pojawi się w środę. I to w takiej ilości, że nie mam się co martwić, że akurat dla mnie zabraknie. Wczoraj więc, zaraz po pracy, pojechałam do sklepu (uprzednio sprytnie wypłacając gotówkę z bankomatu, żeby nie zostawić żadnych śladów dla wytrawnego tropiciela świątecznych niespodzianek), gdzie z niezadowoloną miną pryszczaty młodzian oświadczył, że nie ma, bo wykupili, i przed Świętami już nie będzie. Mina, muszę przyznać, mocno mi zrzedła. Gdyby nie automatyczne drzwi, ostentacyjnie trzasnęłabym na odchodnym. Obiecałam sobie solennie, że moja noga w tym sklepie więcej nie postanie. Wróciłam do domu, zamówiłam mroczny przedmiot pożądania przez internet i teraz modlę się, żeby doszedł na czas. Ale w przedświątecznej gorączce ciężko mi w takie cuda uwierzyć...
Cóż, w tym roku znów wydrukuję obrazek, włożę go w kopertę i wyręczę C. po wigilijnej kolacji. Z pewnością się ucieszy, tak i jak i w poprzednim...

Czasu nie mam zupełnie na nic, pracy i przygotowaniom do Wigilii poświęcam całą moją uwagę. W międzyczasie, mimochodem jakby, przygotowałam korzenne ciasteczka, które znalazłam na blogu Kulinarne pomyłki. Spodobał mi się ich kształt i rozmiar, tak bardzo podobny do duńskich pieprznych orzeszków. Marcepanowe niespodzianki w środku każdej kuleczki przekonały mnie ostatecznie, że te maleństwa zachwycą każdego Duńczyka. Na specjalną prośbę C. przygotowałam je w wersji bezglutenowej, żeby mógł je zabrać do pracy (jedna z jego koleżanek ma alergię; zawsze mi przykro, gdy zabiera ze sobą ciasta z glutenem, a ona musi obejść się smakiem). Oczywiście, mieszankę mąk można zastąpić pszenną, będzie jej trzeba jednak dodać nieco więcej. 
Ciasteczka, wbrew pozorom, wcale nie są zbyt słodkie. Pięknie pachną korzennymi przyprawami, a ich pierniczkowy smak doskonale komponuje się z marcepanem. Są kruche i po prostu rozsypują się w buzi.
A ich przygotowanie wcale nie zabiera dużo czasu.

Spróbujcie koniecznie!

Korzenne ciasteczka nadziewane marcepanem


Składniki:
(na około 100 sztuk)
  • 120 g miękkiego masła
  • 140 g cukru
  • 50 g mąki gryczanej
  • 150 g mąki ryżowej
  • 90 g mąki kukurydzianej pełnoziarnistej
  • 1 łyżka przyprawy do piernika
  • 110 g creme fraiche (18%)

dodatkowo:
  • 200 g marcepanu

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać śmietanę, połączyć.
Mąki przesiać, wymieszać z przyprawą do piernika. Dodać do masy maślanej, zagnieść. Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 2 godziny (można przez noc).

Od schłodzonego ciasta odrywać niewielkie kawałki, wielkości mniej więcej orzecha laskowego. Z każdego kawałeczka formować kulkę, spłaszczać, na środku układać kawałeczki marcepanu. Zawijać ciasto wokół marcepanu, formować kulki.
Ciasteczka układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-17 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

Trzy dni przed Świętami ciśnienie mi tak podskoczyło, że odechciało mi się nawet dekorowania ostatnich pierniczków. Na szczęście już wszystko wraca do normy, i znów cieszy mnie nadchodząca Wigilia.
A jak u Was? Trzymacie nerwy na wodzy, czy też dajecie się im momentami ponieść...?

czwartek, 17 listopada 2016

O bąbelkach słów kilka. I krem dyniowo-jabłkowy

Będąc piekarzem, trzeba się liczyć z możliwością oparzeń. Niestety - tam, gdzie są gorące piece, nie da się uniknąć drobnych, ale też bardziej poważnych wypadków. Każdy, prędzej czy później, zetknie się z rozgrzaną częścią piekarnika lub jego wyposażenia, żeby później móc opowiadać barwne historie, w których oparzenie było trzy razy większe, niż naprawdę, a on dzielny niczym bohater renesansowego romansu.

Mi się mały wypadek zdarzył w zeszłym tygodniu, i od razu, żeby nie było wątpliwości, przyznam się, że dzielna nie byłam zupełnie. Wsadziłam oparzoną dłoń pod strumień chłodnej wody, a łzy kapały mi ciurkiem po brodzie. Nie dlatego, żeby oparzenie było jakoś specjalnie poważne czy rozległe; piekło za to niemiłosiernie. Do dzisiaj obnoszę się zresztą z dwoma nieapetycznie prezentującymi się bąblami.
Co się stało? Otóż chciałam przesunąć stikvogn (proszę się ze mnie nie śmiać ani nie kiwać potępiająco głowami; naprawdę nie mam pojęcia, jak ten stelaż na blachy nazywa się po polsku) kantem dłoni, co robiłam już nie raz i nie dwa, próbując się dostać przez labirynt wszelkich możliwych sprzętów na kółkach do zlewu. Nie przewidziałam tylko, że z dala od piekarników może się znajdować jeden rozgrzany do temperatury dwustu trzydziestu stopni! Gdy go dotknęłam, aż pisnęłam. A później to już wiadomo - zimna woda i łzy.
Bohaterem raczej nie zostanę, choć obiecałam sobie solennie, że następnym razem będę twardsza.

Po tych wszystkich przygodach w domu czekał na mnie garnek zawczasu przygotowanej zupy.
Bo zupy to idealne danie na zabiegany środek tygodnia, gdy nikomu się nie tylko nie chce, ale też ciężko znaleźć czas na pichcenie, a coś ciepłego po powrocie do domu by się zjadło. 
Koniecznie musiałam wykorzystać przynajmniej część dyniowego puree, które ostatnio przygotowałam, bo w kolejce stoją przecież kolejne dynie czekające na przerobienie.
W magazynie Spis bedre, nr 10/2016 znalazłam prosty i niezwykle kuszący krem z dodatkiem jabłek i rozgrzewającego imbiru.
Zupa wyszła słodko-kwaśna, cudownie rozgrzewająca; nie taka zupełnie łagodna, ale też nie ostra. Gęsta i kremowa, wybornie smakowała ze świeżą bagietką. 
Pięknie pachnie, świetnie smakuje, syci i rozgrzewa. Idealna na ten pochmurny listopad.

Krem dyniowo-jabłkowy z imbirem i kolendrą


Składniki:
(na 6 porcji)

  • 800 g puree z dyni
  • 1,5 łyżeczki mielonej kolendry
  • 500 g kwaśnych jabłek
  • 2 cebule
  • 1 ząbek czosnku
  • 5cm kawałek świeżego imbiru
  • 1 l bulionu
  • 250 g creme fraiche (18%)
  • 2 łyżki oleju
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:

  • ziarna dyni
  • creme fraiche (18%)
  • świeża kolendra
Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w kostkę.
Cebule obrać i pokroić w kostkę. Czosnek i imbir zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.

W dużym garnku rozgrzać olej. Dodać kolendrę, podgrzewać przez 1-2 minuty. Dodać cebulę, zeszklić. Dodać czosnek i imbir, następnie jabłka i jeszcze chwilę smażyć. Dodać dynię, zalać bulionem i gotować przez 15-20 minut, aż jabłka będą zupełnie miękkie.
Zdjąć garnek z palnika, dodać do zupy śmietanę, doprawić do smaku solą i pieprzem.

Ziarna dyni uprażyć na suchej patelni.
Zupę podawać z kleksem śmietany, ziarnami dyni i świeżą kolendrą.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

środa, 5 października 2016

O cieple domowego ogniska. I cynamonowe ciasto ze śliwkami

Gdy zdecydowaliśmy się z C. na kupno domu, przeglądając ogłoszenia szybko stwierdziliśmy, że musimy ustalić jakieś kryteria. Ogłoszeń bowiem jest cała masa; większość zupełnie nas nie interesowała, nie było więc sensu tracić na nie czasu. Tym sposobem stworzyliśmy dość długą listę naszych wymagań; niektóre z domów, które zdecydowaliśmy się obejrzeć, nie spełniały ich wszystkich, ale miały w sobie coś czarującego, co sprawiało, że i tak mieliśmy ochotę zapoznać się z nimi bliżej. Jeden miał cudowne półokrągłe okna, ale okazał się niesamowicie brudny i za mały, a jedna łazienka po prostu nie ma racji bytu. Kolejny był piękny, z drzwiami i ramami okiennymi z ciemnego drewna, rustykalny i przytulny. Jednak znów tylko jedna łazienka i schody na piętro, które mogłyby konkurować z niejedną drabiną. Mogłabym tak wymieniać długo, bo całkiem sporo wycieczek w celu oglądania domów odbyliśmy. 
Skupmy się jednak na naszej liście: dwie łazienki, w tym jedna z wanną lub możliwością jej wstawienia; duża, jasna kuchnia, koniecznie z miejscem na stół; duży, a jednocześnie przytulny salon, obowiązkowo z kominkiem. Dom, który po miesiącach dylematów w końcu kupiliśmy ma to wszystko. A nawet więcej. Jednak to kominek był tym, co intrygowało mnie najmocniej.

Wychowałam się w bloku, nigdy kominka nie miałam. 
Przeprowadzaliśmy się w czerwcu; upały moje myśli od kominka skutecznie odsunęły. Gdy jednak w ostatni wrześniowy weekend pogoda nagle się zepsuła, deszcz nie pozwalał na dłuższy spacer z Ptysią, a wiatr szumiał wśród ostatnich liści na naszej jabłonce, namówiłam C. na rozpalenie w kominku. Tak naprawdę określenie namówiłam nie oddaje w pełni zaistniałej sytuacji; ja tylko wspomniałam, że mógłby to być całkiem niezły pomysł, a C. już biegł do szopki po drewno. Tym sposobem popołudnie spędziliśmy na sofie, opatuleni kocykami, z kubkami gorącej herbaty w zasięgu rąk, wpatrując się w wesoło trzaskający w kominku ogień. Gratulowałam nam obojgu gorąco nieustępliwości w szukaniu domu idealnego; kominek bowiem zapewnia zupełnie inny rodzaj ciepła niż kaloryfery. To ciepło, które rozgrzewa duszę. Nie można go porównać z niczym innym; no może z ciepłem piekarnika, gdy w środku piecze się cynamonowe ciasto ze śliwkami...

Sezon na śliwki trwa w najlepsze, ten na figi powoli się kończy. W międzyczasie zobaczyłam u Komarki przepis na bajecznie proste i niesamowicie kuszące ciasto z letnimi owocami. Przerobiłam go więc po swojemu, dodałam nieco cynamonu, żeby nabrało bardziej jesiennego charakteru, a na wierzchu ułożyłam fioletowe dary jesieni. Pachniało tak, że nie mogłam się doczekać, żeby wreszcie je pokroić. Okazuje się, że połączenie cytryny z cynamonem jest zaskakująco trafione - mimo, że pozornie do siebie nie pasują, uzupełniają się w nieopisywalny sposób. Do tego soczyste owoce, i uwierzcie - nie można się od tego ciasta oderwać.
Po prostu musicie tego spróbować!

Cytrynowo-cynamonowe ciasto ze śliwkami i figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 19 cm)
  • 200 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 2 jajka
  • 150 g cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 200 g creme fraiche (18%)

dodatkowo:
  • 3 świeże figi
  • 3 śliwki

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać z cynamonem.
Jajka ubić z cukrem i sokiem z cytryny na puszystą, jasną masę. Dodać śmietanę, a następnie partiami dodawać mąkę.
Masę przełożyć do wysmarowanej masłem tortownicy. Na wierzchu ułożyć przekrojone na pół figi i śliwki bez pestek.

Piec w 180 st. C. przez 45-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić w formie.

Smacznego!


Nie wiem, jak to się dzieje, że niektóre przepisy, choć kuszą mnie ogromnie, czekają całymi latami na wypróbowanie. Inne po prostu rozgaszczają się w mojej kuchni natychmiastowo, robią się wręcz same. Tak było z tym ciastem - kilka minut roboty, a efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.
Spróbujecie...?

wtorek, 30 sierpnia 2016

Szybkie bułeczki na leniwe śniadanie. Scones

Wróciłam. 
W sobotę po południu wróciliśmy do domu. Szczęśliwi, uśmiechnięci, nawet lekko opaleni, choć wakacje spędzamy w tym roku w Danii. Mieliśmy jednak dużo szczęścia - cały tydzień słonko grzało, a deszcz, jeśli już, padał tylko w nocy; a i to niezbyt intensywnie. Zwiedzaliśmy okolicę i lokalne targi staroci, byliśmy w lesie deszczowym w Randers, gdzie goniliśmy małe, czarne małpki, oraz na małych zakupach (kolejna letnia sukienka i jeszcze jeden sweter do kolekcji); większość czasu jednak spędzaliśmy taplając się w basenie i grając w gry towarzyskie. Gdy nagle zbierze się trzynaście osób pod jednych dachem, po prostu nie można się nudzić!

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na moim ulubionym bazarze, gdzie zaopatrzyłam się w dorodną dynię nieznanej mi odmiany, olbrzymie figi, pachnące morele i ciągle jeszcze lekko słodkie truskawki, z których właśnie robię dżem. 
Powrót do pracy nie był aż tak straszny, jak się spodziewałam, choć ręce bolą mnie okrutnie po dłuższej przerwie. Na szczęście jeszcze tylko trzy dni i... Wakacje!
Żyć, nie umierać; jakby powiedział Tato.

Po udanym urlopie i powrocie do wygodnego domku i własnej kuchni człowiek ma chęć na pyszne śniadanko. Najlepiej leniwe, luksusowe wręcz; ale takie, żeby za długo przy garnkach nie stać, gdy wielka waliza ciągle czeka na rozpakowanie, a sterty prania same wychodzą z kosza. W takim wypadku idealnie sprawdzą się scones - chrupkie z zewnątrz, mięciutkie w środku, ekspresowe w przygotowaniu bułeczki. Ich jedynym minusem jest fakt, że należy je zjeść zaraz po zrobieniu; następnego dnia będą bowiem suche i twarde. Rzadko jednak się zdarza, żeby jakaś przetrwała aż do następnego ranka...

Tym razem postawiłam na wersję wytrawną - z samodzielnie ususzonymi pomidorami i chrupiącymi ziarnami słonecznika na wierzchu. Wyszły boskie - jak zawsze. Nie da się ich bowiem zepsuć, a możliwości eksperymentowania ze składnikami są w zasadzie nieograniczone. 
Polecam!

Scones z suszonymi pomidorami i słoneczkiem


Składniki:
(na 8 bułeczek)
  • 250 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 50 g zimnego masła
  • 120 g creme fraiche (18%)
  • 2 jajka
  • 80 g suszonych pomidorów z zalewy
dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka
  • 25 g ziaren słonecznika
Mąkę, proszek i sodę przesiać, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie dokładnie rozetrzeć palcami.
Jajka roztrzepać, dodać śmietanę, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, dokładnie wymieszać łyżką.

Pomidory pokroić w kosteczkę, dodać do ciasta, połączyć.

Z ciasta uformować dysk o średnicy 20-22 cm, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pokroić ostrym nożem na 8 kawałków, jak tort. Nieco je rozsunąć, aby bułęczki miały miejsce na rośnięcie.

Żółtko roztrzepać z mlekiem. Posmarować nim bułeczki, posypać słonecznikiem.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Podawać ciepłe.

Smacznego!

A teraz już biegnę do mojego dżemu!

niedziela, 31 lipca 2016

Siła wyższa i naleśnik. Z piekarnika

O włosach pisałam już nie raz. Pewnie dlatego, że są one ważnym elementem kobiecej urody i samopoczucia. Nieudana wizyta u fryzjera potrafi doprowadzić niejedną damę o słabych nerwach do histerii, za to idealny odcień kasztanowego - do ekstazy.
Sama plasuję się gdzieś po środku; od Taty nauczyłam się prostego podejścia: przecież odrosną. W związku z tym nieustraszenie eksperymentuję; z lepszym lub gorszym skutkiem. Od krótkich, na chłopaka, aż do takich za pas; z wszelkimi możliwymi długościami pomiędzy. Kolory też mi nie straszne: były brązy, czernie i czerwienie; od kilku lat wierna jestem rudym, choć nadal zmieniam odcienie jak rękawiczki.
Jakiś czas temu ciepłe jesienne barwy na głowie mnie znużyły; odezwała się dusza wiecznego poszukiwacza. Postanowiłam więc: blond! Do tej pory się lękałam; mam ciemną oprawę oczu i boję się, że nijak to pasować nie będzie... Niemniej, do odważnych świat należy; kupiłam więc blond farby i przystąpiłam do działania.
Z miodowego blondu wyszedł mi rudy. Ze złotego - kasztanowy. Który po kilku myciach sprał się do... Rudego.
Koniec świata!
Chyba zacznę wierzyć w przeznaczenie i siłę wyższą, która nie ma nic pilniejszego do roboty, niż pilnowanie odcienia moich włosów.

Znów kupiłam rudą farbę. 
Z pewnymi zjawiskami nie warto dyskutować...

Ostatnio wertowałam Scandilicious baking Signe Johansen. Wszystkie moje książki nadal leżą w kartonach (jeszcze nie kupiliśmy półek, bo nie mogę się zdecydować, czego tak naprawdę chcę); ta akurat leżała na wierzchu - to wzięłam. W oko wpadł mi przepis na pieczony naleśnik; od razu mi się przypomniało, że to temat wspólnego gotowania, więc wyciągnęłam składniki z lodówki i szafek, i przystąpiłam do działań.
Sprawa jest prosta: mokre składniki, suche składniki, wszystko razem mieszamy - i czekamy pół godziny. Następnie wylewamy ciasto do blaszki, pieczemy, czekamy chwilę, aż lekko przestygnie, i zajadamy się z rozkoszą. Naleśnik wyszedł delikatny, mocno owocowy i lekko słodki. Creme fraiche i słodki syrop klonowy to do niego idealne dodatki. I może jeszcze garść świeżych jagód...?
Spróbujecie zabarwić i Wasze języki na fioletowo...?

Skandynawskie naleśniki znajdziecie też dzisiaj u Mirabelki i Marty.

Fiński pieczony naleśnik z jagodami i maślanką


Składniki:
(na formę 22x30 cm)
  • 150 g mąki orkiszowej
  • 25 g płatków owsianych
  • 40 g cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 285 ml maślanki
  • 215 ml wody
  • 2 jajka
  • 25 g masła
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 200 g jagód lub borówek amerykańskich

dodatkowo:
  • 6 łyżek creme fraiche (18%)
  • syrop klonowy

Masło rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać, wymieszać z płatkami, cukrem, proszkiem, sodą i solą.
Maślankę dokładnie wymieszać z wodą.
Jajka roztrzepać, dodać maślanę, masło i ekstrakt, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchuch, dokładnie wymieszać.
Odstawić na 30 minut.

Formę wysmarować masłem i oprószyć mąką. Na dno równomiernie wysypać jagody. Zalać ciastem.

Piec w 200 st. C. przez 25-30, pod koniec ewentualnie przykrywając folią, jeśli zbytnio się zrumieni.

Podawać na ciepło z creme fraiche i syropem klonowym.

Smacznego!

Dziś ostatni dzień akcji Ani. Jest to więc ostatni przepis, który dodaję.
Dziękuję za świetną zabawę i motywację do wyszukiwania przepisów na skandynawskie dania!

czwartek, 19 maja 2016

Nowy członek rodziny. I sernik kawowo-bananowy

Uwielbiam dzieci. Myślę, że całkiem nieźle sprawdziłabym się w roli przedszkolanki, gdyby nie fakt, że każde zadrapanie czy choćby najmniejszy siniak malucha znajdującego się pod moją opieką, przyprawia mnie o palpitację serca. A brutalna prawda jest taka, że pewnych wypadków nie da się uniknąć. Dzieci, bawiąc się, upadają, uderzają, przewracają siebie i to, co nieopatrznie stanie na ich drodze. Nie wiem, czy o własne dzieci człowiek boi się mniej, czy może jeszcze bardziej; o cudze drżę niczym ostatni liść na drzewie w listopadowy poranek.

Moja ulubienicą jest córeczka Karoliny. Prawdopodobnie dlatego, że zdarzało mi się jej pilnować już kiedy miała zaledwie kilka miesięcy; obserwowałam jej rozwój z zapartym tchem przez trzy lata. Teraz tęsknię za nimi obiema; mam nadzieję, że nasza przyjaźń przetrwa próbę odległości.

Tymczasem na rodzinnym podwórku C. w środę miało miejsce wielkie wydarzenie - narodziny córeczki siostry C. Jej rodzice zdecydowali, że nie chcą znać płci dziecka przed narodzinami; ja w głębi serca trzymałam kciuki właśnie za dziewczynkę. W najbliższej rodzinie jest już dwóch rozkosznych chłopców, ale sami przyznajcie - nie ma to jak lalki i puzzle z Elsą albo księżniczkami. Już się nie mogę doczekać, kiedy poznam małą Astrid; tak, tak, właśnie na cześć Astrid Lindgren, matki Pippi i wszystkich dzieci z Bullerbyn.
Przeraża mnie nieco tylko fakt, że pewnie nigdy nie nauczę się wymawiać jej imienia z nienagannym duńskim akcentem...

Nie tylko na świętowanie narodzin, mam dla Was pyszny sernik. Może nie tak zupełnie letni, ale C. kupił banany, na które jakoś nikt nie miał ochoty (niech żyją truskawki!). Leżały więc sobie te żółte półksiężyce, tracąc swoją słoneczną barwę. W końcu stwierdziłam, że ich chwila nadeszła, i przerobiłam je na sernik na zimno - żeby chociaż trochę w letnim klimacie było.
Przepis znalazłam w gazetce Pieczenie jest proste, nr 2/2012, i nieco tylko zmieniłam. Zamiast bananowego syropu, dałam zmiksowane na gładko banany. No i udekorowałam po swojemu.
Sernik wyszedł pyszny; lekki i delikatny, z idealnie wyważonymi i uzupełniającymi się smakami bananów i kawy. Mimo, że bez typowo letnich owoców, świetnie nada się na ciepłe dni.
Spróbujecie...?

Sernik kawowo-bananowy (na zimno)


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 100 g podłużnych biszkoptów
  • 50 g masła
  • 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej (proszek)

masa serowa:
  • 600 g serka kremowego
  • 300 g creme fraiche (18%)
  • 80 g cukru pudru
  • 100 ml mocnej, ostudzonej kawy
  • 4 banany
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 6 listków żelatyny

dodatkowo:
  • kakao
  • chipsy bananowe

Masło rozpuścić, przestudzić.
Biszkopty dokładnie pokruszyć, wymieszać z kawą i masłem. Masę ugnieść na dnie tortownicy, odstawić do lodówki.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Banany zmiksować blenderem na gładko, wymieszać z sokiem z cytryny.
Serek, creme fraiche, cukier puder i kawę zmiksować. Dodać banany, połączyć.
Żelatynę odcisnąć, rozpuścić. Dodać do niej 2-3 łyżki masy serowej, dokładnie wymieszać. Następnie wlać żelatynę do pozostałego kremu, dokładnie zmiksować, żeby nie było grudek.
Przelać masę na schłodzony spód, wstawić na noc do lodówki.

Przed podaniem udekorować kakao i chipsami bananowymi.

Smacznego!

Wczoraj, jakaś taka rozmemłana i niedospana, nie mogłam się zdobyć na nic poza bezrefleksyjnym przeglądaniem przepisów i długim spacerem z Ptysią, gdy wieczorny wiatr stał się cieplejszy i przyjemniejszy. Dzisiaj, mam nadzieję, po niemal pełnych ośmiu godzinach krzepiącego snu, pełna energii i ochoty na eksperymenty wszelakie, zrobię coś chociaż odrobinę pożytecznego. 

środa, 24 lutego 2016

Z (prawie) jagodami

Ostatnio miałam całe mnóstwo pomysłów na wpisy. Dobrze pamiętam ten stan: myśli kłębiły się w głowie; jedno zdanie ciągnęło za sobą kolejne, a idee mnożyły się, zostawiając mi trudny wybór, od której zacząć.
Ale oczywiście, gdy już znalazłam czas, żeby coś napisać, w głowie pustka... 
I tak, wiem, że jest na to prosty sposób - wystarczy te pomysły zapisywać. Cóż za problem? Otóż zazwyczaj przychodzą do mnie w miejscach, gdy nie mam w zasięgu ręki ołówka i choćby skrawka papieru (prysznic), a jeśli nawet, niebezpiecznie byłoby się za takie działania zabierać (samochód) lub po prostu wszystko, co nie jest poduszką, wydaje się być za daleko (łóżko po ciężkim dniu pracy; ale tutaj chyba zgadliście...?). W związku z powyższym ucieka mi całe mnóstwo niekoniecznie mądrych, ale często zabawnych pomysłów, które z pewnością miałyby wzięcie jako posty na blogu. 
Hmm... 
Może po prostu powinnam zacząć pisać po prysznicu, a nie od razu po powrocie z pracy...?

Ostatnio uśmiechnęły się do mnie w sklepie borówki, wzięłam paczuszkę a potem głowiłam się co nie miara, co by tu z nimi zrobić. Niech żyją spontaniczne zakupy! - aż chce się powiedzieć. Sięgnęłam jednak po jedną z moich ulubionych książek, The hummingbird bakery: Kagedage Tarka Maloufa, i w niej objawiło mi się ciasto. Banalnie prosta babeczka, w której zmniejszyłam tylko ilość cukru o mniej więcej jedną trzecią, a i tak wyszła dość słodka (dlatego zrezygnowałam z posypywania cukrem pudrem). Jest tak obłędnie maślana, mięciutka i puszysta, że jeszcze ciepłej zjedliśmy prawie połowę (na naszą obronę dodam, że nie wychodzi jakaś bardzo duża...). Jagody dodają jej świeżości; soczyście fioletowe wyglądają prześlicznie. Moje opadły na dno, dlatego przed dodaniem do ciasta polecam obtoczyć owoce w mące. 
Ale nawet jak zapomnicie, ciasto zniknie tak szybko, że i tak nikt się nie zorientuje...

Maślane ciasto z jagodami i creme fraiche


Składniki:
(na keksówkę 8x22 cm)
  • 190 g miękkiego masła
  • 190 g mąki pszennej
  • 120 g cukru
  • 3 jajka
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1,5 łyżki creme fraiche (18%)

dodatkowo:
  • 125 g borówek amerykańskich lub jagód

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem i solą. Partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach. Dodać creme fraiche, połączyć.
Na końcu wsypać borówki i wymieszać łyżką.

Masę przełożyć do keksówki wyłożónej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut.
Przestudzić przez 15 minut, następnie wyjąć z formy i pozostawić do całkowitego ostudzenia.

Smacznego!


Przez słoneczną, optymistyczną pogodę, zaczynam czuć się zielono
A może by tak zielone ciasto...?

czwartek, 28 stycznia 2016

Niezwykłe pączki z tahini i różą

O mamuniu, jak ten czas pędzi! Dopiero co siedzieliśmy wszyscy razem przy bożonarodzeniowym stole i świętowaliśmy Sylwestra i Nowy Rok, a tu już za tydzień Tłusty Czwartek! A ja znowu w polu z przepisami na smażone pyszności. Tak to jest, jak człowiek tylko pracą żyje... A że tu tradycje inne, trochę zapominam, co i jak wygląda w naszym kalendarzu. 
Na szczęście w porę się zreflektowałam, i już spieszę do Was z przepisem na pączki.

Gdy zaczęłam się zastanawiać, jak by je w tym roku urozmaicić, do głowy przyszedł mi słoiczek tahini, który czekał w lodówce, aż zdecyduję się, co z nim zrobić. Pączki z tahini, hmm... Wydało mi się to niezwykle innowacyjne. Okazało się jednak, że znów nie odkryłam Ameryki, bo u Viri takie pączusie na blogu są już od dawna. Cóż... Mina troszkę mi zrzedła, ale i tak postanowiłam przepis przetestować.
W stosunku do oryginału zmniejszyłam ilość masła; sto gram to zbyt dużo, biorąc pod uwagę, że tahini sama w sobie jest dość tłusta. Następnym razem, szczerze mówiąc, dałabym jeszcze mniej...
Likier morelowy pominęłam, gdyż dżem z tych właśnie owoców zamieniłam na pączkową marmoladę różaną, którą kupiła mi Mamunia. Do tego nutka kardamonu, i mamy iście bliskowschodnie połączenie smaków.

Oczywiście, w kęsach z nadzieniem, to ono dominuje. Jednak tam, gdzie marmolada nie dotarła (a wciskałam jej do pączków hojnie), na pierwszy plan wysuwa się chałwowy smak tahini. Pycha! Nieco to zaskakujące, ale nam bardzo przypadło do gustu.

Co powiecie na takie niezwykłe pączusie...?

Pączki z tahini i różą


Składniki:
(na 25 pączków)
  • 500 g mąki pszennej
  • 20 g świeżych drożdży
  • 200 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 75 g cukru pudru
  • 200 g tahini
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii
  • 50 g creme fraiche (18%)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki kardamonu
  • 50 g masła

dodatkowo:
  • 450 g gęstej marmolady różanej
  • 2 łyżki cukru pudru

Drożdże rozmieszać z mlekiem i 1 łyżką cukru pudru. Dodać 2 łyżki mąki, wymieszać. Odstawić na 15 minut.

W tym czasie ubić jajka, zółtka i pozostały cukier na puszystą, jasną masę. Dodać cały zaczyn, tahini, ekstrakt i śmietanę. Jeszcze chwilę ubijać, po czym zmienić końcówkę miksera na hak. 
Masło rozpuścić i przestudzić.
Mąkę przesiać, wymieszać z kardamonem i solą. Partiami dodawać do masy jajecznej. Zagniatać przez kilka minut, następnie wlać masło. Wyrobić gładkie, dość rzadkie ciasto (około 10 minut). 
Odstawić ciasto do wyrośnięcia na 1,5 godziny.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować, podsypując mąką, na grubość 1-1,5 cm. Szklanką o średnicy 6-8 cm wycinać koła. Ułożyć na blacie oprószonym mąką; zostawić do wyrośnięcia na 30-60 minut.

Napuszone pączki smażyć w tłuszczu rozgrzanym do 175 st. C.
Odłożyć na papierowy ręcznik do odcięknięcia. Jeszcze ciepłe nadziewać marmoladą. 

Ostudzone oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Oczywiście, obrączka mi nie wyszła... Ale to moja wina; za cienko rozwałkowałam ciasto, i troszkę plaskate mi się te pączusie udały. W środku jednak są puszyste i lekkie, więc polecam je Wam z czystym sumieniem.