Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dżem/marmolada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dżem/marmolada. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 października 2016

O wyższości samochodu nad transportem publicznym. I urodzinowe ciasteczka

Gdy byłam w klasie maturalnej, wszyscy nagle zaczęli robić prawo jazdy. Jeszcze przed osiemnastką - żeby na urodziny odebrać nowiutki, pachnący dokument. Ja, jak zwykle, stanęłam w poprzek i stwierdziłam, że to nie mój czas. Po pierwsze prowadzenie auta mnie przerażało - patrzenie przed siebie, w lusterka, a do tego zmiana biegów. I oczywiście inni kierowcy, którzy często jeżdżą jak jak wariaci. Do tego patrzyłam na sprawę praktycznie - nie jeździłabym wcale, albo okazjonalnie. Bo i po co, skoro szkoła pod nosem? Za dużo też słyszałam historii o tych, którzy zdali egzamin, przejechali się raz czy dwa, a później zapomnieli, że mają prawo jazdy na lat pięć, dziesięć czy dwadzieścia. Po tym czasie zwyczajnie się bali usiąść ponownie za kółkiem - i ja się im wcale nie dziwię. Prawa jazdy więc nie zrobiłam, i pozwalałam się wozić niczym panna Daisy.
W końcu jednak znalazłam się w takim momencie swojego życia, że prawo jazdy nie tyle okazałoby się przydatne, ile stało się niezbędne. Zacisnęłam więc zęby, i poszłam kurs. Egzamin zdałam przy trzecim podejściu; przy pierwszym spojrzałam w lewo niedostatecznie ostentacyjnie, przy drugim - sama już nie pamiętam, co poszło nie tak. Gdy po trzeciej próbie egzaminator oświadczył, że zdałam, patrzyłam na niego oczami jak złotówki, nie mogąc uwierzyć we własne szczęście. Kiedy w końcu spojrzał na mnie znad okularów i spytał: Wysiądzie pani, czy mam zmienić zdanie?, wystrzeliłam z elki niczym pocisk.
Od tamtej por jeżdżę dużo i chętnie. Szczerze mówiąc - uwielbiam prowadzenie auta samo w sobie, a także możliwości, jakie daje. Człowiek jest tak cudownie niezależny, że łatwo się tym zachłysnąć. Trzy miesiące po egzaminie wsiadłam w samochód i pojechałam do domu na Wigilię. Rodzice nie mogli wyjść ze zdumienia, gdy stanęłam na progu ich mieszkania. Przejechanie dziewięćset pięćdziesięciu kilometrów zajęło mi trzynaście godzin, bo w nocy przed odjazdem spadł śnieg. I to nie jakiś tam byle jaki, tylko konkretny; kilkanaście centymetrów. Gdy dotarłam na miejsce, byłam zmordowana i niesłychanie z siebie dumna. Powiem Wam w tajemnicy, że do tej pory czuję niejaką dumę na myśl o tamtej przygodzie. I lekkie przerażenie - dzisiaj bym tego nie powtórzyła. Znaczy się - nadal jeżdżę do Polski, nie tylko na Święta, ale teraz mam zdecydowanie więcej doświadczenia i oleju w głowie. Cóż, młodość ma swoje prawa. Dzisiaj mogę się tylko uśmiechać.

Od tamtej pory od samochodu się uzależniłam. Gdy więc odmawia współpracy, dostaję niemal apopleksji. Tym razem zepsuł się w odpowiednim momencie - o ile taki w ogóle istnieje. Do szkoły pojechałam pociągiem, a pan mechanik miał cały tydzień, żeby go zreanimować. Udało się, i teraz znów jeździ jak marzenie.

Tu jednak dochodzimy do meritum - przez ponad półtorej godziny podróży pociągiem zastanawiałam się, dlaczego ludzie wybierają transport publiczny? Nie jest tańszy (no dobrze, odrobinę. I, mając samochód, trzeba liczyć nie tylko paliwo, ale też ubezpieczenie, koszty napraw itd. Jeśli jednak w aucie będą dwie osoby, a nie jedna, koszty rozkładają się tak, że nie jest drożej nawet z dodatkowymi opłatami). Zdecydowanie nie jest wygodniejszy ani szybszy (tu znowu dygresja. Pociąg jedzie szybciej niż auto, ale do tego pociągu trzeba się jeszcze jakoś dostać. Jeśli w grę wchodzi kilkadziesiąt kilometrów, zostaje autobus, który jedzie zdecydowanie wolniej niż samochód. I dochodzi czas na przesiadki, które czasem zabierają godziny, bo nic do niczego nie pasuje). Trzeba pilnować godzin odjazdów i dojazdów, znaleźć właściwy peron i znosić współpasażerów podróży, którzy kradną miejsca, chociaż są ponumerowane.
I gdy widzę w telewizji reklamy i zachęty do korzystania z transportu publicznego, tylko uśmiecham się pod nosem. Bo wiem swoje, tak samo zresztą jak większość społeczeństwa. 

A Wy? Jaki macie stosunek do samochodów, pociągów i autobusów?

Szóstego października, późno w nocy, urodził się kolejny członek rodziny C. Jego siostra została szczęśliwą mamą malutkiego Willadsa, który bez trudu zdobywa serca wszystkich, którzy choćby raz na niego zerkną. Gdy dumna babcia wręczyła mi zawiniątko z maleństwem, po prostu rozpłynęłam się nad nim z rozkoszy. Jest przeuroczy, i aż wzdychałam z zachwytu.

Gdy kilka miesięcy temu urodziła się mała Astrid, dostała ode mnie ręcznie dekorowane ciasteczka. Oczywiście, dla nowego maluszka też musiałam jakieś przygotować. Ponieważ jego mama przepada za marcepanem, zamiast dekorować je lukrem, użyłam właśnie migdałowej masy, zabarwionej, oczywiście, na niebiesko. Ciasteczka spotkały się z uznaniem i zachwytem, polecam więc je i Wam. Ciasto kruche rozwałkowałam cieniutko, ciasteczka więc dość szybko łapią wilgoć z dżemu i miękną. Nic nie szkodzi - nadal smakują wybornie. 
Spróbujecie?

Ciasteczka migdałowe z marcepanem


Składniki:
(na około 50 sztuk)
  • 150 g mąki pszennej
  • 100 g migdałów
  • 200 g zimnego masła
  • 2 żółtka

dodatkowo:
  • 200 g dżemu morelowo-jabłkowego
  • 500 g marcepanu plastycznego
  • niebieski barwnik spożywczy w paście

Mąkę przesiać, wymieszać z migdałami solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami na kruszonkę. Dodać żółtka, szybko zagnieść gładkie ciasto. Uformować z ciasta kulę, spłaszczyć, zawinąć w folię spożywczą. Schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Schłodzone ciasto rozwałkować na grubość 2-3 mm, podsypując mąką. Wykrawać kółka i serduszka, lub inne kształty. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując niewielkie odstępy.

Piec w 180 st. C. przez 7-10 minut, do zrumienienia.
Ostudzić na kratce.

Dżem zmiksować  blenderem na gładko.
Marcepan zabarwić na niebiesko, rozwałkować na grubość 2-2,5 mm. Wykrawać kółeczka i serduszka o rozmiar mniejsze od ciastek, wycisnąć na nich napisy stempelkami.
Ciastka smarować cienką warstwą dżemu, układać marcepan, delikatnie dociskając.
Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku.

Smacznego!

Za pasem weekend, u mnie, niestety, pracujący. A w perspektywie trzy torty na chrzciny, z czego dwa z Kubusiem Puchatkiem. Oj, będzie się działo...

piątek, 14 października 2016

Sernik z musem z owoców czarnego bzu

Piałam Wam już o tym, że w tym roku ogarnęło mnie prawdziwe figowe szaleństwo. Bardzo lubię te charakterystyczne w smaku i strukturze owoce, coraz bardziej - na szczęście! - popularne. 
Gdy więc przyszedł czas na urodzinowe przyjęcie, nie mogłam się powstrzymać, i coś z figami na stole po prostu musiało się znaleźć. Szczególnie, że początek września (mam małe opóźnienie z dodawaniem przepisów, wybaczcie; na osłodę powiem, że przed Wami ciągle jeszcze mój urodzinowy tort, z którego jestem niezwykle wręcz dumna) to szczyt figowego sezonu. Przed Wami więc ostatni figowy przepis w tym roku - no chyba, że jednak się skuszę i kupię na weekend te ostatnie figi, które wiercą mi dziurę w brzuchu za każdym razem, gdy w sklepie spoglądam w ich stronę.

Jak już wspomniałam wyżej - był plan na tort. I to całkiem okazały - ale w końcu przyjęć na trzydzieści osób nie organizuje się codziennie. Dla tych, którzy za tortowymi ciastami nie przepadają, albo po prostu mają chęć na coś innego, przygotowałam sernik - a jakże! Moje urodziny bez sernika byłyby przecież nieważne...
Miałam na niego na początku zupełnie inny pomysł. Mus miał być jeżynowy, z jeżyn zebranych na polance nieopodal domu. Okazało się jednak, że ktoś mnie ubiegł, i niemal wszystkie owoce wyzbierał! Dla mnie została garstka - dosłownie! Niewiele się z tego dałoby zrobić, a już na pewno nie mus na mój całkiem sporych rozmiarów sernik. Co robić...? 
Poszłam do sklepu w nadziei, że dostanę jeżyny mrożone. Oczywiście, wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie, i na stanie były tylko truskawki, maliny i jagody. Nawet mieszanki owoców leśnych zabrakło. Obraziłam się więc na sklep, i w drodze powrotnej do domu dumałam, co by tu teraz zrobić. Aż tu nagle w oczy wpadła mi gałązka intensywnego w kolorze, idealnie dojrzałego czarnego bzu.
Ha!
Weszłam w krzaki, nazbierałam niewielki woreczek dobroci, i podniesiona na duchu wróciłam do domu. Oczywiście w ferworze pieczenia zapomniałam o dżemie, który zamiast pod masą sernikową, wylądował pomiędzy nią a musem. Nic się jednak nie stało - ciasto wyszło tak pyszne, że zniknęło niemal całe, a ja usłyszałam tyle pochwał, że na te trzydzieste urodziny urosłam dobre dwa centymetry!

Chrupki, ciasteczkowy spód, idealnie kremowa i rozpływająca się w ustach masa serowa, dżem figowo-winogronowy o bajecznym kolorze i intensywnym smaku, a to wszystko wieńczy bogaty i zaskakujący mus z owoców czarnego bzu. No powiedzcie sami - czy to nie coś wspaniałego...?
Wiem, że nieładnie się tak chwalić, ale ten sernik wyszedł naprawdę fenomenalny. Spróbujcie koniecznie!
I nie martwcie się, że już po sezonie na czarny bez. Jeśli macie sok - wykorzystajcie go do zrobienia musu. Będzie tak samo pysznie!

Sernik z musem z owoców czarnego bzu i dżemem figowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

spód:
  • 190 g ciastek digestive
  • 45 g masła

masa serowa:
  • 800 g serka kremowego
  • 500 g serka mascarpone
  • 250 g cukru
  • 350 ml śmietany kremówki (36%)
  • 4 jajka
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii

mus z owoców czarnego bzu:
  • 120 g owoców czarnego bzu
  • 75 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 50 ml wody
  • 3 listki żelatyny
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:

dekoracja:
  • 3 figi
  • 12 ciemnych winogron

Ciastka dokładnie pokruszyć.
Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z ciastkami.
Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, a następnie masą ciasteczkową, ugniatając ją dłonią lub spodem łyżki.

Podpiec w 180 st. C. przez 12 minut.
Przestudzić.

Serek kremowy i mascarpone, cukrem, kremówkę, jajka i wanilię zmiksować na gładki krem, tylko do połączenia składników. Wylać na przestudzony spód.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 70-80 minut, aż wierzch sernika będzie ścięty.
Ostudzić w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Owoce czarnego bzu zagotować z cukrem, sokiem z cytryny i wodą. Gotować na małej mocy palnika przez około 15 minut.
W tym czasie namoczyć żelatynę w zimnej wodzie.
Owoce zmiksować blenderem, przetrzeć przez sitko. Dodać żelatynę, dokładnie wymieszać, aż do jej rozpuszczenia.
Ostudzić.
Kremówkę ubić na sztywno, partiami dodawać do ostudzonych owoców.

Na serniku rozsmarować dżem, następnie wyłożyć mus, wyrównać wierzch.
Schłodzić w lodówce przez kilka godzin, najlepiej przez całą noc.

Przed podaniem udekorować figami i winogronami.

Smacznego!

A przede mną wolny weekend. Dobrze było wrócić do pracy, ale już ten pierwszy tydzień dał mi się we znaki. Odzwyczaiłam się od stania po dziesięć, dwanaście godzin dziennie... 

czwartek, 29 września 2016

Tymianek i figi. Tarta

Wszyscy bezustannie pytają mnie o to, jak mi jest w tej szkole. Dobrze - odpowiadam; bo jak ma być? Można wylegiwać się w łóżku do niemal siódmej, co oznacza, że nie muszę się kłaść spać o dwudziestej (najpóźniej!) i mam czas poczytać przed snem. Karmią - nie najlepiej, ale z tym nic się zrobić nie da. Z głodu nie umrę, a może niechcący trochę schudnę...? Nie byłoby źle. Zajęcia są przyjemne; wszystko toczy się w leniwym tempie, jest czas na wszystko i dla wszystkich. Z chlebami uwinęliśmy się w trzy dni; od dzisiaj więc zaczynamy przygodę z rzeźbami z czekolady i karmelu. Szczególnie na myśl o tym drugim niecierpliwie przebieram łapkami; do tej pory bowiem z karmelu robiłam co najwyżej nitki... Oj, będzie się działo!

Jednocześnie (a odkrycie to wprawiło mnie w stan niekłamanego zdumienia) nie mogę się doczekać, żeby wrócić do pracy. Do domu, już na stałe, a nie tylko na weekend, oczywiście też. Przede wszystkim właściwie. Okazuje się jednak, że w środowisku pracowniczym jest mi po prostu lepiej. Z natury jestem nieśmiała; dużo czasu zajmuje mi przyzwyczajenie się do nowych ludzi. W piekarni wiem, na czym stoję, znam wszystkich i wiem, czego się mogę spodziewać. Tutaj nowi koledzy są ciągle wielką niewiadomą; tęsknię za tym, co znam, za utartymi schematami; za codziennością. 

I za C. Niby dorosła ze mnie kobieta, a tu proszę - zachowuję się jak zakochana nastolatka, codziennie rano wysyłam smsa z serduszkiem i wieczorem gadam przez telefon całymi godzinami. No kto by się spodziewał...? Ja na pewno nie. 
Takie spojrzenie z dystansu (dosłownie) sprawia, że człowiek zaczyna inaczej patrzyć na sprawy; zaczyna bardziej doceniać to, co ma. Hmm... Może nie bardziej, ale bardziej świadomie. Tak, to dobre określenie. Zobaczyłam, ile mam, i jak okropnie byłoby to stracić.

Ale nie popadajmy w melancholię. Jesień jesienią, ale trzymać się przecież jakoś trzeba.
Dziś mam dla Was fantastyczne ciasto, które na blogu Cioccolato Gatto urzekło mnie już cztery lata temu. Absolutnie bajeczna tarta wręcz uginająca się pod świeżymi figami - sami powiedzcie, czy można się temu oprzeć...? Ciągle jednak brakowało mi jednego, kluczowego składnika: dżemu figowego. Krem z mascarpone jest obłędnie pyszny i kremowy, ale jednocześnie dość konkretny; ciężki. Z łatwością mógłby przyćmić delikatny smak fig. Żeby temu zapobiec, potrzebny jest najlepszej jakości figowy dżem, który cały wypiek ożywi. Ja zrobiłam własny, z dodatkiem winogron, ale możecie użyć dowolnego rodzaju. Odradzałbym jednak te kupne - brakuje im pazura; tego czegoś, co wyniesie tę tartę na zupełnie nowy poziom.
Całość nie jest trudna w przygotowaniu; subtelna tymiankowa nuta pasuje tutaj zaskakująco dobrze. Jeśli chcecie uzyskać wyraźniejszy kontrast, postawcie na rozmaryn - być może wyjdzie nawet lepiej...? 
Tak czy inaczej - polecam Wam to ciasto ogromnie. Korzystajcie z sezonu na figi - jest taki krótki! Za chwilę znowu będzie trzeba czekać rok...

Tarta z kremem tymiankowym i figami


Składniki:
(na formę do tarty o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 175 g mąki pszennej
  • 50 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 125 g zimnego masła
  • 1 żółtko
krem tymiankowy:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 6 gałązek tymianku
  • 250 g serka mascarpone
  • 1 łyżka płynnego miodu
dodatkowo:
Mąkę przesiać z cukrem pudrem, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Dodać żółtko, szybko zagnieść gładkie ciasto.

Ciasto rozwałkować na prostokąt nieco większy od formy; wyłożyć ciastem formę, formując brzegi. Schłodzić w zamrażarce 15-20 minut.

Ciasto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać grochem lub kamykami do pieczenia.

Piec w 200 st. C. przez 12 minut.

Zdjąć z ciasta obciążenie i papier.

Piec w 200 st. 6-8 minut, aż ciasto nabierze złotego koloru.
Ostudzić.

Kremówkę przelać do rondelka, dodać tymianek i zagotować. Zdjąć z palnika, przykryć i odstawić na 30-60 minut. Odcedzić, schłodzić w lodówce przez noc.

Kremówkę ubić z mascarpone i miodem na sztywny krem.

Kruchy spód posmarować dżemem, na wierzch wyłożyć krem. Schłodzić w lodówce przez 15 minut.
Na kremie ułożyć pokrojone w ósemki figi, udekorować świeżymi gałązkami tymianku.

Smacznego!

Tymczasem moje autko jest już prawie jak nowe; w dodatku mój budżet nie został nadszarpnięty aż tak dotkliwie, jak się spodziewałam. Kto choć raz próbował naprawiać samochód w Danii ten wie, że w pewnym momencie w głowie pojawia się nieproszona myśl: A może lepiej oddać na złom i kupić nowy...? 
Oczywistą odpowiedzią jest nie, ale czasem zdarza się inaczej.
To już jednak zupełnie inna historia...

piątek, 12 lutego 2016

Jedzenie nie tylko dla chorych

Choróbsko powoli przechodzi. Jeszcze tylko pokasłuję sobie w najmniej odpowiednich momentach i oddycham niczym ryba wyrzucona na brzeg przez fale: z szeroko otwartymi ustami. Mało to zachęcające i atrakcyjne, ale co zrobić... Alternatywna - nie oddychanie - nie wydaje się być zbyt pociągająca. 
Na szczęście czuję się już na tyle dobrze, że razem z C. zaplanowaliśmy sobie na poniedziałek odrobinkę tylko spóźnioną walentynkową kolację. No dobrze... Zaplanowaliśmy to może zbyt wielkie słowo. Stwierdziliśmy, że pójdziemy zjeść gdzieś, gdzie kto inny będzie dla nas gotował. Wszelkie doprecyzowania tego, bądź co bądź, raczej ogólnikowego planu, zostawiamy sobie na... Później. Najpewniej będzie to poniedziałek, po pracy, tuż przed wyjściem. 
Niech żyje spontaniczność! Choćby i nieco naciągana...

Nie mówcie mojej Mamie, ale gdy zrobiło mi się naprawdę źle, nie mogłam jeść. Nic, zupełnie. Przez prawie trzy dni. Dieta cud normalnie!
A tak serio, to w pewnym momencie zrobiło mi się troszkę słabo, a w głowie zaczęło mi wirować. Stwierdziłam więc, że dalej tak być nie może, i choćby nie wiem, jak bardzo mi się nie chciało, jeść trzeba. Tylko co, skoro cokolwiek wyobraźnia mi podsuwała, robiło mi się niedobrze...?
W końcu wykoncypowałam budyń z kaszy jaglanej. Jak wiadomo, kasza ta to samo zdrowie. Budyń powinien być aksamitny i kremowy, ergo: nie podrażni i tak już bolącego gardła. Poza tym delikatna nuta słodyczy takiego łakomczucha, jak ja, powinna skusić bez problemów. 

Robi się takie cudo szybciutko, i nawet słaniający się, chory człowiek da sobie radę. Zamiast dżemu można dać na wierzch świeże owoce (ja akurat miałam w domu tylko jabłka, które jakoś średnio mi tutaj pasowały bez obróbki termicznej, a ta wydawała się już zbyt wycieńczająca). Tak czy inaczej, taki krem smakuje niemal jak budyń. Jest delikatny, lekki i kremowy (można dać więcej mleka przy miksowaniu), lekko tylko słodki. Nie dałam zjeść rady więcej niż kilka łyżek, ale jestem pewna, że następnym razem zniknie w zdecydowanie większych ilościach...

Budyń z kaszy jaglanej


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 250 ml kaszy jaglanej
  • 450 ml mleka
  • 300 ml wody
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 2 łyżki miodu

dodatkowo:
  • 4 łyżki dżemu truskawkowego

Kaszę wypłukać w zimnej wodzie. 
W garnuszku zagotować 300 ml mleka i 300 ml wody. Dodać kaszę i cukier waniliowy; gotować pod przykryciem przez 15-20 minut.

Po tym czasie dodać pozostałe mleko i miód, zmiksować blenderem na gładki krem.
Podawać z dżemem.

Smacznego!


Tak sobie myślę, że taki budyniek rewelacyjnie sprawdziłby się na śniadanie. Leniwe albo szybkie; jak kto woli.

sobota, 30 stycznia 2016

Słodko-kwaśno. Piąte urodziny bloga

O tym, że czas pędzi nieubłaganie, pisałam niedawno. W zasadzie jest to przygnębiające, ale bywa, że na drodze stają nam rzeczy niezwykle przyjemne. Takie rocznice chociażby. W Polsce po osiemnastce urodzin niemal nie wypada obchodzić (szczególnie paniom), ale z racji tego, że od dawna mieszkam w zupełnie innym kraju, do urodzin podchodzę niezwykle pozytywnie. Każda okazja, żeby się bawić jest dobra, a jak jeszcze przynoszą człowiekowi prezenty... No nie sposób urodzin nie lubić!
Do moich jeszcze trochę czasu zostało; dzisiaj natomiast świętujemy urodziny bloga!

To już pięć lat, odkąd nieśmiało wystukałam na klawiaturze pierwszy post. Nie byłam wtedy pewna, czy ktokolwiek tutaj zajrzy; okazało się jednak, że Czytelników przybywa wraz z rozwojem bloga. Przez te pięć lat przeszłam długą drogę; nie tylko blogowo, ale też prywatnie. Choć oba te aspekty w pewien sposób się zazębiają... To dzięki blogowi i wspaniałym ludziom, których poznałam postanowiłam spełnić swoje marzenie; blogowanie i wierni Czytelnicy dodali mi odwagi, i to dzięki nim wstąpiłam na nową drogę. Wasze komentarze utwierdzają mnie w przekonaniu, że postąpiłam słusznie; bardzo ważne jest, aby w życiu się spełniać, nie tylko wirtualnie, ale też w rzeczywistym świecie. Większość czasu spędzamy w pracy; jeśli jej nie lubimy, staje się dla nas zmorą. Od trzech miesięcy, mimo permanentnego zmęczenia i braku czucia w koniuszkach palców, jestem szczęśliwym i spełnionym człowiekiem. Pracuję w cukierni, gdzie towarzystwo jest zacne, a praca... Cóż, czasem to nie praca, a sama przyjemność. Czy mogłabym prosić o coś więcej...?

Oczywiście, o blogu nie zapominam. Staram się publikować jak najczęściej, szukam też nowych, ciekawych zagadnień. W planach mam wpisy na temat spotkań, w których miałam okazję uczestniczyć, pokazać Wam zawartość mojej biblioteczki (podoba mi się ta idea i wstyd mi ogromnie, że projekt porzucony czeka w kącie już tak długo), a także opowiedzieć więcej o pracy w cukierni. Może ktoś z Was dzięki temu również odnajdzie swoją drogę...?

Dziękuję Wam więc ogromnie, że jesteście ze mną już pięć lat. To szmat czasu, a Wy ciągle mnie dopingujecie i sprawiacie, że nawet jak mi się nie chce, to jednak mi się chce (nie jestem pewna, czy zabrzmiało to filozoficznie, czy po prostu głupio; w tym drugim wypadku uznajmy, że jestem już po urodzinowym szampanie). 
Mam nadzieję, że kolejne pięć lat będzie równie owocne.

Z tej, jakże podniosłej, okazji, mam dla Was tort. Torcik właściwie... Bo malutki, raptem osiemnaście centymetrów średnicy. Ale to dlatego, że dla dwóch osób większych porcji robić się nie opłaca.
Nie jest to klasyczny, warstwowy tort biszkoptowy, choć jest biszkopt; są i warstwy.
Na spodzie mamy więc cieniutki blat biszkoptowy, a na nim nieziemsko cytrynowy krem od Doroty. Według mnie, smakuje dobrze, ale jeśli wolicie słodsze słodkości, polecam połowę soku z cytryny zastąpić wodą. 
Na krem pokruszyłam chrupiące amaretti; jest to patent, który podpatrzyłam w pracy. z czasem oczywiście ciasteczka namiękną, ale zostawiają swój delikatnie migdałowy posmak, dodają też ciastu tekstury.
Kolejna warstwa to słodziutki mus na bazie czekolady karmelowej i kremówki. Lekki, delikatny i puszysty, świetnie równoważy kwaśny krem cytrynowy. 
Na wierzchu galaretka z rokitnika; ma oszałamiający kolor i bardzo ciekawy, również kwaśny smak. Torcik udekorowałam kandyzowanymi kumkwatami (przygotowałam je jak pomarańcze, ale pokroiłam na cieńsze plasterki i gotowałam zaledwie czterdzieści pięć minut), ziarenkami granatu (kontrast kolorystyczny mile widziany) i chrupiącymi okruszkami ciasteczek. 

Torcik wydaje się być pracochłonny, ale tak naprawdę poszczególne warstwy przygotowuje się szybko; najdłużej trwa tężenie całości. Smakował nam bardzo - niezbyt słodki, nieco kwaskowy nawet, delikatny i lekki. Ciężko mu się oprzeć, naprawdę...

Torcik cytrynowo-karmelowy z rokitnikiem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

biszkopt:
  • 1 jajko
  • 35 g cukru
  • 30 g mąki pszennej
  • 10 g mąki ziemniaczanej
mus cytrynowy:
  • 65 ml soku z cytryny
  • 110 g cukru
  • 2 żółtka
  • 60 g miękkiego masła
  • 125 ml śmietany kremówki (38%)
dodatkowo:
  • 50 g ciasteczek amaretti
mus czekoladowy:
  • 90 g czekolady karmelowej
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
galaretka:
dekoracja:
Biszkopt:
Białka ubić na sztywną pianę. Pod koniec partiami dodawać cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Mąki przesiać do osobnej miski, wymieszać. Po łyżce dodawać do masy jajecznej.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Masę wyłożyć na blachę, delikatnie wyrównać wierzch.

Piec 10-15 minut w 160 st. C.
Wystudzić.

Mus cytrynowy:
Sok z cytryny zagotować z połową cukru. 
Żółtka utrzeć z pozostałym cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać gorący sok, cały czas miksując. Przelać masę do garnuszka, gotować, aż zgęstnieje do konsystencji budyniu. 
Przełożyć do miski, miksować przez około 10 minut, aż masa całkowicie wystygnie. Po kawałeczku dodawać miękkie masło, cały czas miksując. 
Kremówkę ubić na sztywno, dodać do kremu, delikatnie mieszając łyżką.

W formie ułożyć biszkopt, zapiąć obręcz. Wylać krem cytrynowy, posypać pokruszonymi amaretti. Schłodzić w lodówce.

50 ml kremówki zagotować. Zalać nią posiekaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Ostudzić.
Pozostałą kremówkę ubić na sztywno, partiami dodawać do czekolady, delikatnie mieszając łyżką. Wyłożyć na mus cytrynowy, wyrównać wierzch. Schłodzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Konfiturę mocno podgrzać, zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę. Wymieszać. Wylać na mus czekoladowy, odstawić na noc do lodówki.

Tort przed podaniem udekorować ziarenkami granatu, kandyzowanymi kumkwatami i pokruszonymi amaretti.

Smacznego!


Taką piękną różę dostałam od C. Bez okazji; ot, tak sobie
Bardzo było mi miło.

czwartek, 28 stycznia 2016

Niezwykłe pączki z tahini i różą

O mamuniu, jak ten czas pędzi! Dopiero co siedzieliśmy wszyscy razem przy bożonarodzeniowym stole i świętowaliśmy Sylwestra i Nowy Rok, a tu już za tydzień Tłusty Czwartek! A ja znowu w polu z przepisami na smażone pyszności. Tak to jest, jak człowiek tylko pracą żyje... A że tu tradycje inne, trochę zapominam, co i jak wygląda w naszym kalendarzu. 
Na szczęście w porę się zreflektowałam, i już spieszę do Was z przepisem na pączki.

Gdy zaczęłam się zastanawiać, jak by je w tym roku urozmaicić, do głowy przyszedł mi słoiczek tahini, który czekał w lodówce, aż zdecyduję się, co z nim zrobić. Pączki z tahini, hmm... Wydało mi się to niezwykle innowacyjne. Okazało się jednak, że znów nie odkryłam Ameryki, bo u Viri takie pączusie na blogu są już od dawna. Cóż... Mina troszkę mi zrzedła, ale i tak postanowiłam przepis przetestować.
W stosunku do oryginału zmniejszyłam ilość masła; sto gram to zbyt dużo, biorąc pod uwagę, że tahini sama w sobie jest dość tłusta. Następnym razem, szczerze mówiąc, dałabym jeszcze mniej...
Likier morelowy pominęłam, gdyż dżem z tych właśnie owoców zamieniłam na pączkową marmoladę różaną, którą kupiła mi Mamunia. Do tego nutka kardamonu, i mamy iście bliskowschodnie połączenie smaków.

Oczywiście, w kęsach z nadzieniem, to ono dominuje. Jednak tam, gdzie marmolada nie dotarła (a wciskałam jej do pączków hojnie), na pierwszy plan wysuwa się chałwowy smak tahini. Pycha! Nieco to zaskakujące, ale nam bardzo przypadło do gustu.

Co powiecie na takie niezwykłe pączusie...?

Pączki z tahini i różą


Składniki:
(na 25 pączków)
  • 500 g mąki pszennej
  • 20 g świeżych drożdży
  • 200 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 75 g cukru pudru
  • 200 g tahini
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii
  • 50 g creme fraiche (18%)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki kardamonu
  • 50 g masła

dodatkowo:
  • 450 g gęstej marmolady różanej
  • 2 łyżki cukru pudru

Drożdże rozmieszać z mlekiem i 1 łyżką cukru pudru. Dodać 2 łyżki mąki, wymieszać. Odstawić na 15 minut.

W tym czasie ubić jajka, zółtka i pozostały cukier na puszystą, jasną masę. Dodać cały zaczyn, tahini, ekstrakt i śmietanę. Jeszcze chwilę ubijać, po czym zmienić końcówkę miksera na hak. 
Masło rozpuścić i przestudzić.
Mąkę przesiać, wymieszać z kardamonem i solą. Partiami dodawać do masy jajecznej. Zagniatać przez kilka minut, następnie wlać masło. Wyrobić gładkie, dość rzadkie ciasto (około 10 minut). 
Odstawić ciasto do wyrośnięcia na 1,5 godziny.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować, podsypując mąką, na grubość 1-1,5 cm. Szklanką o średnicy 6-8 cm wycinać koła. Ułożyć na blacie oprószonym mąką; zostawić do wyrośnięcia na 30-60 minut.

Napuszone pączki smażyć w tłuszczu rozgrzanym do 175 st. C.
Odłożyć na papierowy ręcznik do odcięknięcia. Jeszcze ciepłe nadziewać marmoladą. 

Ostudzone oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Oczywiście, obrączka mi nie wyszła... Ale to moja wina; za cienko rozwałkowałam ciasto, i troszkę plaskate mi się te pączusie udały. W środku jednak są puszyste i lekkie, więc polecam je Wam z czystym sumieniem.

środa, 27 stycznia 2016

Rokitnik - z czym to się je...?


Tak jak niespodziewanie i gwałtownie się pojawiła, tak szybko zniknęła, nie pozostawiając cienia nadziei. Najpierw sypnęła śniegiem i skuła lodem cały mój maleńki świat, żeby teraz wypuścić go ze swoich zimnych objęć bez uprzedzenia. W ciągu jednej nocy zniknął śnieg, a minus piętnaście zostało zastąpione plus pięć. Wyszłam rano z domu, i ze zdziwieniem odetchnęłam głęboko; z moich ust nie dobyły się kłęby pary; a ostre powietrze nie wypełniło płuc sprawiając, że straciłam oddech. Zamiast tego poczułam obietnicę ciepła.

Pod koniec zeszłego roku moja biblioteczka wzbogaciła się o kilka bardzo ciekawych egzemplarzy. Nie tylko Mikołaj był hojny w tej kwestii; tuż przed Świętami skorzystałam z oferty black friday, i zamówiłam kilka pozycji, na które od dawna miałam chrapkę. Wszystkie okazy namiętnie przeglądam, zaznaczając przepisy do wypróbowania. 
Książką, której się nie spodziewałam, a która wzbudziła mój niekłamany entuzjazm, jest Havtorn. Desserter, kager og søde sager Kima Gravenhorsta i Jacoba Ljørringa. Z tego, co wiem, nie została wydana w języku polskim; a szkoda! Jest nie tylko piękna, ale skupia w sobie wspaniałe przepisy na... No właśnie. Na co? Czym może być ten tajemniczo brzmiący havtorn...?
Ależ oczywiście, że to rokitnik. Hmm... Chwila konsternacji. Rokitnik? A cóż to znowu?

Taka była moja pierwsza reakcja. Do tej pory o rokitniku nie słyszałam, ale że uwielbiam nowości wiedziałam, że dowiedzieć się o nim czegoś muszę. Tak zwana skandynawska cytryna; małe, pomarańczowe kuleczki o kwaśnym smaku. Bez trudu zgadniecie, że mnie zachwyciły; w końcu mam słabość do wszelkich kwaskowatości. 

Jako pierwszy wypróbowałam przepis na konfiturę, która jest bazą do wielu innych receptur (sok czeka w kolejce). Jej przygotowanie chwilę zajmuje, ale efekt jest rewelacyjny: niemal przezroczysta, soczyście pomarańczowa i kwaśna. Wygląda pięknie, a smakuje jeszcze lepiej. Ciężko się jej oprzeć...
W dodatku nic się nie marnuje; skórki, które zostają po przetarciu owoców, suszymy w piekarniku, a następnie mielimy na pył. Bardzo dekoracyjnie taki pyłek wygląda, mam już kilka pomysłów na jego wykorzystanie. 

Jeśli więc znajdziecie gdzieś rokitnik - nie wahajcie się. Naprawdę warto go spróbować!

Konfitura z rokitnika


Składniki:
(na 2 małe słoiczki)
  • 500 g owoców rokitnika
  • sok z 1 cytryny
  • 100 ml wody
  • 350 g cukru
  • 1,5 łyżeczki pektyny
Sok z cytryny, wodę i owoce umieścić w garnuszku. Gotować przez 5-10 minut, aż owoce zaczną się rozpadać. Przetrzeć przez sitko (skórki zachować). Mus przełożyć do szystego garnuszka, dodać cukier, zachowując diwe łyżki. Gotować na małej mocy panika przez 10-15 minut. Po tym czasie dodać pektynę wymieszaną z resztą cukru, gotować kilka minut, aż dżem zgęstnieje.

Przełożyć do wyparzonych słoiczków, zakręcić, ewentualnie zapasteryzować.

Skórki rozłożyć cieniutką wartwą na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. 

Suszyć w 40-50 st. C. przez 4-5 godzin, aż skóki będą zupełnie suche (jeśli zostało więcej miąższu, może to zabrać nawet do 12 godzin).
Zmielić w młynku do kawy, przechowywać w szczelnie zamkniętym słoiczku.

Smacznego!

A ja jadę dziś do Kopenhagi. Na wykład o czekoladzie. 
Tak, wiem; sama sobie zazdroszczę.

wtorek, 12 stycznia 2016

Nie tylko od święta

Świat zasnuł gęsty płaszcz mgły. Za oknem mrugnęło światełko - to ktoś właśnie wrócił do domu. Nagie konary, wypuszczone w mglisty bezruch, są jedynym, co udaje mi się zobaczyć. 
Wbrew pozorom lubię taką aurę. Tajemnicza, magiczna, niepokojąca - zależnie od nastroju bądź ostatniej książki, którą przeczytałam. Z przyjemnością wychodzę z Ptysią na spacer; wśród setek odcieni szarości czujemy się jak zagubione duchy. Powrót do domu to sama przyjemność; ciepłe światło lampy jest nieocenione.

Na przekór tej dziwnej pogodzie mam dla Was radośnie czerwone ciasto. Przygotowałam je już jakiś miesiąc temu, na pracowniczą Wigilię dla C. Miało być świątecznie i pysznie; i wydaje mi się, że ten torcik spełnia oba te warunki. 
Delikatny biszkopt przełożony lekko kwaśnym dżemem i kremem z białej czekolady. Wierzch obłożyłam kremem maślanym i marcepanem, bo nie tylko chciałam spróbować przygotować świąteczną dekorację, ale taka jest dużo bezpieczniejsza przy podróżach na dalekie dystanse. Oczywiście, dekoracja jest opcjonalna; doskonale zdaję sobie sprawę, że na te świąteczne jest już za późno. Warto jednak przygotować środek - podobno smakował wspaniale. Sama spróbowałam tylko okruszków - i od razu zaczęłam żałować, że nie wybieram się na imprezę z C. Kwaśny dżem i słodki krem idealnie ze sobą współgrają. Oczywiście, dżem możecie wykorzystać dowolny; ja posiłkowałam się zapasami przygotowanymi w wakacje.

Świąteczny tort z bombką


Składniki:
(na formę o średnicy 18 cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 70 g mąki pszennej
  • 30 g mąki ziemniaczanej
  • 1,5 łyżeczki cynamonu
krem z białej czekolady:
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 130 g białej czekolady
  • 2 listki żelatyny
dodatkowo:
krem maślany na bezie:
  • 165 g miękkiego masła
  • 2 białka
  • 130 g cukru
dekoracja:
  • kolorowy marcepan
  • złoty barwnik w proszku
  • cukrowe perełki
Biszkopt:
Białka ubić na sztywną pianę. Pod koniec partiami dodawać cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Mąki przesiać do osobnej miski, wymieszać z cynamonem. Po łyżce dodawać do masy jajecznej.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Masę wyłożyć do tortownicy, delikatnie wyrównać wierzch.

Piec 40-45 minut w 160 st. C.

Upieczony biszkopt wyjąć z piekarnika, zrzucić z wysokości 60 cm (w formie) na podłogę, wstawić z powrotem do lekko uchylonego piekarnika, wystudzić. Brzegi odkroić ostrym nożem, kiedy ciasto będzie już zupełnie ostudzone.
Przekroić w poziomie na 3 blaty.

Krem z białej czekolady:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml kremówki zagotować, zalać nią posiekaną czekoladę. Wymieszać aż do jej rozpuszczenia, ostudzić.
Pozostałą kremówkę ubić na sztywno, delikatnie wmieszać do masy czekoladowej. Odstawić.

Na paterze ułożyć pierwszy blat ciasta, założyć obręcz tortownicy. Posmarować połową dżemu, a następnie połową kremu. Przykryć drugim blatem, posmarować pozostałym dżemem, a następnie kremem. Na wierzchu ułożyć ostatni blat ciasta, delikatnie dociskając. 
Schłodzić w lodówce przynajmniej przez 1 godzinę. 

W tym czasie przygotować krem maślany.
Białka i cukier podgrzewać w kąpieli wodnej, cały czas mieszając, aż cukier całkowicie się rozpuści. Przelać do większej miski, ubijać, aż beza całkowicie wystygnie - około 10 minut. Dodawać po małym kawałeczku masła, miksując na najniższych  obrotach. Krem się zważy, a następnie przybierze pożądaną konsystencję.

Ciasto posmarować kremem maślanym. Schłodzić w lodówce przez 30 minut.
Udekorować marcepanem, cukrowymi perełkami i złotymi literkami.

Smacznego!

A tymczasem pora się zbierać; jeśli nic się nie wydarzy, czeka mnie naprawdę ekscytujący dzień!

niedziela, 20 grudnia 2015

Piernik staropolski, część druga

Pamiętacie jeszcze, że ponad miesiąc temu zagniotłam ciasto na piernik staropolski? W natłoku zajęć sama siebie w duchu za to przeklinałam, ale skoro już jest, to przecież trzeba je wykorzystać... Kilka dni temu zabrałam się więc za pieczenie. Okazuje się, że to wcale nie takie skomplikowane ani czasochłonne; ciasto, nieco podsypane mąką, wałkuje się znakomicie, a piecze całkiem szybko. W moim starym piekarniku nie chciałam ryzykować pieczenia dwóch blatów na raz, ale jeśli macie taką możliwość - polecam. Będzie jeszcze szybciej.

Następnie przełożyłam upieczone i ostudzone blaty powidłami śliwkowymi. Chciałam przygotować masę marcepanową, ale Mamunia za marcepanem nie przepada... Poza tym stwierdziłam, że od powideł dość twarde ciasto złapie więcej wilgoci. Nie pomyliłam się!
Tak przygotowany piernik zawinęłam w ściereczkę i obciążyłam książkami; dwie Nigelle i dwóch Gordonów spisało się na medal. Po trzech dniach piernik był niemal idealnie równy. Wyrównałam brzegi, których sporą ilość zjadłam podczas dalszych przygotowań. Ale to dobre! Ciasto jest aromatyczne i mięciutkie, lekko kwaśne powidła pasują tutaj idealnie. A z czekoladą to już w ogóle poezja...

W każdym razie: ciasto podzieliłam na cztery mniejsze części, każdą oblałam zatemperowaną czekoladą i posypałam siekanymi migdałami. Pierniki wyglądają pięknie, a smakują jeszcze lepiej. Jestem pewna, że przyszłoroczne Święta się bez piernika staropolskiego nie obejdą...
A może dodam do ciasta bakalii...?

Piernik staropolski w czekoladzie


Składniki:
(na 3-4 pierniki)

przełożenie:
  • 1 kg powideł śliwkowych

polewa:
  • 700 g ciemnej czekolady (75%)
  • 125 g posiekanych migdałów bez skórki

Ciasto podzielić na 3 równe części. Rozwałkować je na prostokąty wielkości blachy do piekarnika. Ułożyć na blachach wyłożonych papierem do pieczenia.

Piec w 170 st. C. przez 20 minut. 
Wystudzić.

Na pierwszym blacie rozsmarować połowę powideł, przykryć drugim blatem. Posmarować go resztą powideł, przykryć trzecim blatem. Na cieście ułożyć dużą deskę do krojenia, całość zawinąć w ściereczkę i obciążyć, na przykład cięższymi książkami.
Odstawić na 3 dni.

Po tym czasie ciasto przeciąć wzdłuż na 3 części lub w poprzek na 4. 

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, zatemperować. Oblać czekoladą, posypać migdałami, odstawić do całkowitego zastygnięcia polewy. 

Przechowywać dokładnie zawinięte w ściereczki lub papier do pieczenia.

Smacznego!

Zdjęcie jest nieciekawe, bo oczywiście robione po ciemku. Ostatnio nie zdarza się, żebym była w domu, gdy świeci słońce; albo przynajmniej, gdy za oknami nie panują egipskie ciemności...
Niech minie już ten najkrótszy dzień w roku, a wszystko będzie lepiej.

sobota, 19 grudnia 2015

Jak zostałam elfem w fabryce Świętego Mikołaja. I pierniczki na osłodę

Jak już wiecie (w końcu piszę o tym nieustannie), rozpoczęłam praktyki w cukierni. Dzisiaj podpisałam kontrakt na dwa lata i sześć miesięcy (tyle trwa nauka); za ten czas (który pewnie zleci szybciej, niż bym sobie tego życzyła) zostanę profesjonalistą! Ogromnie jestem podekscytowana.

W każdym razie, od ponad miesiąca, piekarnika zamieniła się w małą fabrykę najróżniejszych świątecznych ciasteczek. Są tradycyjne duńskie pebernødder, brunkager i vaniljekranser, krojone ciasteczka z lukrecją, nugatem oraz czekoladą, oblane czekoladą pierniczkowe serca i krajanka miodowa. Do tego klejner i berliner - te pierwsze wyglądają jak chrust, tyle, że z ciasta drożdżowego z domieszką korzennych przypraw; a berlinki to po prostu pączki. W tygodniu przygotowujemy tysiące tych specjałów! I gdy tak układałam na blachach setki malutkich ciasteczek, nucąc sobie pod nosem świąteczne melodie, doszłam do wniosku, że czuję się jak elf przed świętami. Zapracowany, może trochę zmęczony; ale gdy tylko pomyśli, ile jego praca sprawi innym radości, od razu uśmiecha się od ucha do ucha, i z jeszcze większym zapałem wykonuje swoje zadanie.

Co nie zmienia faktu, że cieszę się, że jeszcze tylko trzy dni, a potem niemal dwa tygodnie błogiego, świątecznego lenistwa...

Przy takiej tematyce, mam dla Was, oczywiście, ciasteczka. Znalazłam je u Doroty, i od razu mi się spodobały. Bezproblemowe, a z nadzieniem! Musiałam spróbować.
Nadziałam je domowymi powidłami śliwkowymi, ale możecie użyć dowolnego gęstego dżemu. Należy nakładać niewielką jego ilość, żeby nie wypływał, ale jednak na tyle dużo, żeby wypełnił ciasteczka. Ja doszłam do wprawy po jakichś dziesięciu sztukach.
Lukier kawowy jest pyszny i świetnie tutaj pasuje, ale oczywiście możecie polać pierniczki zwykłym, białym lukrem bądź czekoladą. Nie nadają się jednak do misternych dekoracji lukrem królewskim.

Nam bardzo zasmakowały. Te z nadzieniem były już miękkie następnego dnia, ale w Danii jest dość wilgotny klimat. Jeśli chcecie się nimi cieszyć w Święta, proponuję zagnieść ciasto już dziś!

Pierniczki brukowce


Składniki:
(na 35 sztuk)
  • 500 g mąki pszennej
  • 85 ml wody
  • 200 g cukru
  • 100 g miodu
  • 1 jajko
  • 50 g miękkiego masła
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 3 łyżeczki przyprawy do piernika

nadzienie:
  • 125 g gęstych powideł śliwkowych

lukier:
  • 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej
  • 3-4 łyżki wrzątku
  • 170 g cukru pudru

2 łyżki cukru umieścić w garnku o grubym dnie. Podgrzewać, aż cukier nabierze głębokiej, złoto-brązowej barwy. Wlać wodę, gotować, aż karmel się rozpuści. Dodać pozostały cukier, miód i przyprawę do piernika. Zagotować; gotować, aż cukier się rozpuści.
Ostudzić.

Mąkę przesiać, wymieszać z sodą, jajkiem, masłem i masą karmelową. Dokładnie wyrobić, odstawić na 30 minut w temperaturze pokojowej.

Po tym czasie z ciasta lepić kulki nieco większe od orzecha włoskiego. Lekko je spłaszczać, nadziewać niewielką ilością powideł. Formować okrągłe kuleczki, układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w odstępach 1 cm. Podczas pieczenia pierniczki powinny się zrosnąć.

Piec w 180 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić.

Kawę zalać wrzątkiem, wymieszać do jej rozpuszczenia. Dodać do przesianego cukru pudru, ukręcić gładki lukier. Udekorować pierniczki, pozostawić do całkowitego zastygnięcia lukru.
Przechowywać w szczelnej puszce.

Smacznego!


A teraz już wracam do kuchni; brakuje mi czasu na wszystko, a jeszcze tyle ciasteczek trzeba upiec!

wtorek, 8 grudnia 2015

Sernik pomarańczowo-dyniowy / Z dynią

Dzisiejszy dzień wolny okazał się być bardzo męczący. Wstałam wcześnie, znalazłam inspirację na ciasto, które mam zamiar jutro zabrać jako wkupne do kawy oraz na obiad, którego przygotowanie nie zajmie mi zbyt wiele czasu. Następnie sporządziłam listę zakupów, i wyruszyłam na poszukiwania wszystkich niezbędnych do szczęścia, ciasta i obiadu, składników. Następnie wyspacerowałam Ptysię, która nie miała nastroju na zbyt długie wojaże, co specjalnie mnie nie zmartwiło, bo zamglony świat nie wydawał się zbyt przytulny, w przeciwieństwie do domku, gdzie czekała ciepła herbatka i zapalona świeca adwentowa.

Zaczęłam od zbadania efektów mojego wczorajszego eksperymentu: zdecydowanie rozczarowujące. Cóż, tylko ten się nie myli, kto nic nie robi. Już mam pomysł, jak to naprawić, i jak będę miała znów dzień wolny, z pewnością spróbuję ponownie. W optymistycznym nastroju polukrowałam pierniczki upieczone wczoraj i zabrałam się za wałkowanie i wykrawanie kolejnej partii. Gdy wyciągnęłam nie wiem już którą blachę z piekarnika, zmiksowałam ciasto cynamonowe. Teraz się piecze, a ja mam chwilę wytchnienia... Niezbyt długą, bo muszę upiec jeszcze wielką blachę drømmekage i przygotować obiad na czas (który nie mam pojęcia, kiedy nadejdzie, bo C. na moje pytanie o godzinę powrotu do domu odparł enigmatycznie: nie wiem). 

W każdym razie starczy mi czasu, żeby opowiedzieć Wam o kolejnym serniku. Ten nie krzyczy Boże Narodzenie, ale za sprawą intensywnego, pomarańczowego zapachu i koloru z pewnością pięknie by się na wigilijnym stole prezentował. Do jego przygotowania użyłam puree z dyni hokkaido, które ma bardzo żywy kolor. Do masy serowej dodałam sok i skórkę z pomarańczy, spód przygotowałam z domowej, dyniowo-pomarańczowej granoli, a wierzch udekorowałam zawijasami z dżemu z czerwonych pomarańczy. Wyszło bardzo aromatycznie, a barwa kusi ogromnie. Sernik wyszedł kremowy, dość ciężki i sycący; niestety: spód, na początku chrupiący, z czasem łapie wilgoć i mięknie. Sernik jednak nie traci na smaku: nadal ma się ochotę na więcej.

To jak, skusicie się...?

Sernik dyniowo-pomarańczowy na spodzie z granoli


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 175 g granoli dyniowo-pomarańczowej
  • 30 g masła
masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 2 jajka
  • 250 g puree z dyni
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok wyciśnięty z 1 pomarańczy
  • 65 g cukru
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
dodatkowo:
Masło rozpuścić i przestudzić. Wymieszać z granolą, ugnieść na dnie tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia.
Schłodzić w lodówce na czas przygotowania masy serowej.

Serek, jajka, mus z dyni, sok i skórkę z pomarańczy, cukier i kremówkę krótko zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. Przelać na schłodzony spód. Na wierzchu ułożyć kleksy z dżemu, wykałaczką zrobić esy-floresy.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 60 minut.
Wystudzić w piekarniku, a następnie schłodzić przez noc w lodówce.

Smacznego!

Przepis bierze udział w konkursie, gdzie do wygrania jest książka Doroty Świątkowskiej Moje wypieki. Wielki powrót.

Moje wypieki. Wielki powrót

piątek, 6 listopada 2015

Czekoladowy cmentarz na Halloween

Chociaż staram się chodzić wcześnie spać (ku wielkiej rozpaczy C., który w nocnomarkowaniu niemal dorównuje mojej Mamie), gdy budzik dzwoni o czwartej, wyrzucam sobie w prostych, żołnierskich słowach, że taką głupią drogę wybrałam. Przechodzi mi po jakichś dziesięciu minutach, przy pierwszym łyku porannej herbaty. W końcu robię to, co kocham, i jeszcze mi za to płacą! Jeśli wstawanie o nieludzkiej porze jest jedynym minusem (a więcej, póki co, nie znalazłam), warto się trochę poświęcić, a później po prostu przyzwyczaić. 
Choć fakt, że to dopiero preludium do weekendu, gdy spod kołdry będę się musiała wynurzyć w okolicach pierwszej, cały czas lekko mnie przeraża...

Wróćmy jednak do weekendu poprzedniego, i naszego niezwykle udanego halloweenowego przyjęcia. Wielonarodowościowe (cztery to w tym przypadku już wiele, prawda...?), kilkujęzyczne, z upiorną stewardessą, inspektorem Gadżetem, Czerwonym Kapturkiem, Wilkiem i Drwalem, a także miniaturowymi Spidermanem, Dzwoneczkiem i Elsą. Dla takiej ekipy trzeba było przygotować coś wyjątkowego. Co prawda plan miałam zupełnie inny, ale ciasto nie wyrosło tak, jak myślałam, i musiałam improwizować. Poszłam trochę na łatwiznę, i niemal na ostatnią chwilę (nagrobki ustawiałam pół godziny przed wyjściem) przygotowałam swoją wersję dobrze wszystkim znanego ciasta z cmentarną dekoracją. Intensywnie czekoladowy spód, gęsty, ale nie bardzo ciężki, przykryty cienką warstwą domowego, kwaskowatego dżemu z hibiskusem, na tym zaś klasyczny krem serowo-maślany. Tak przygotowaną bazę przykryłam czekoladową ziemią, a w nią zatknęłam nagrobki z podłużnych biszkoptów (takich jak do tiramisu). Jeśli miałabym więcej czasu, przygotowałabym bezowe duszki, może jakiś lukrowany płotek... Ale taki prototyp i tak zrobił odpowiednie wrażenie, z czego bardzo się, oczywiście, ucieszyłam. Smakowo też wyszło bardzo dobrze - kwaskowy dżem przełamuje słodycz kremu, a ciasto czekoladowe... Wiadomo, smakuje zawsze.

Jedna uwaga - lukru jest zdecydowanie za dużo na te kilka napisów, ale trzydzieści gram to jedno białko i trochę ciężko podać mniejsze proporcje...
Tak przygotowany lukier można jednak przechować w lodówce przez 1-2 dni, i wykorzystać do innych dekoracji. Na przykład pierniczków... (Sama się sobie dziwię, że to napisałam.)

Ciasto cmentarne


Składniki:
(na formę o średnicy 22 cm)

ciasto:
  • 4 jajka
  • 200 ml mleka
  • 150 g masła
  • 165 g ciemnego cukru muscovado
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 280 g mąki pszennej
  • 50 g kakao
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

krem serowo-maślany:
  • 100 g miękkiego masła
  • 150 g cukru pudru
  • 1,5 łyżeczki cukru waniliowego
  • 300 g serka kremowego

dodatkowo:

nagrobki:
  • 50 g podłużnych biszkoptów

polewa:
  • 75 g mlecznej czekolady
  • 35 g ciemnej czekolady (75%)
  • 35 ml śmietany kremówki (38%)

lukier:
  • 30 g białka
  • 150 g cukru pudru

Masło rozpuścić i przestudzić. 
Jajka roztrzepać, dodać masło, cukier i ekstrakt, połączyć.
Mąkę i kakao przesiać, wymieszać z sodą i proszkiem. Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników.
Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 45-55 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

W tym czasie przygotować nagrobki. 
Czekoladę posiekać, kremówkę zagotować. Zalać nią czekoladę, wymieszać do powstanie jednolitej masy.
Biszkopty przekroić w poprzek na pół, maczać w polewie, odkładać do zastygnięcia na papier do pieczenia.

Cukier puder przesiać, wymieszać z białkiem na gładki lukier. Przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę, tworząc mały otwór. Zrobić napisy i rysunki na nagrobkach. Zostawić do całkowitego zastygnięcia.

Masło utrzeć z cukrem pudrem i cukrem waniliowym na gładką, jasną masę. Po łyżce dodawać serek, miksując na najniższych obrotach miksera.

Ciasto wyjąć z formy, ściąć górkę, wyrównując wierzch. Rozsmarować na cieście cienką warstwę dżemu, następnie krem. Wierzch i boki posypać pokruszonym pozostałym ciastem. Powtykać w ciasto nagrobki.
Przechowywać w lodówce, ale podawać w temperaturze pokojowej.

Smacznego!

Zdjęcie jakie jest, każdy widzi... Ale robiłam je o dziewiątej wieczorem, w ciemnościach i pośpiechu. Z drugiej strony, taka mroczna aura nadaje odpowiedniego klimatu.
Nie ma tego złego, czy jakoś tak...

czwartek, 15 października 2015

Lody z jarzębiny. Z cynamonem

Październik sprawił, że wpadłam w czytelniczy szał. Całe dnie spędzam z nosem w książkach, i och! Jak mi jest z tym dobrze...
Nie ciągnie mnie do komputera, nawet nie mam zbyt wielkiej ochoty piec; wystarcza mi kubek gorącej herbaty (i świadomość z tyłu głowy, że termiczny dzbanek w optymistycznym kolorze zielonego jabłuszka jest pełny), świeżo wyprany, pachnący błękitnym płynem do płukania kocyk i wymoszczone miejsce na kanapie. Od czasu do czasu wyrywam się z krainy marzeń, żeby wyjść z psem na spacer i dotlenić nieco zamulony organizm. A potem znów daję nura między karty powieści, gdzie król angielski stara się stłumić bunt niepodległościowy w Ameryce, gdzie tajemniczy alchemik zabija Bogu ducha winnego Pete'a, a najbardziej uroczy spośród marszandów próbuje przetrwać szkolenie w akademii swojej świeżo poślubionej małżonki. 
No tak, możliwe, że pomieszałam kilka powieści, nie mających ze sobą wiele wspólnego, jeśli o treść chodzi... Ale nie to jest przecież najważniejsze!

Mimo wszystko, czytanie warto sobie umilić czymś dobrym. Najlepiej słodkim. I czekoladowym (spójrzcie za okno, a z pewnością potrzeba zjedzenia czekolady stanie się silniejsza). Tym razem jednak na czekoladę spojrzałam tylko, unosząc brew, a z zamrażalnika wyjęłam lody. I to naprawdę niezwykłe, bo z jarzębiny...
Pamiętacie mój dżem jarzębinowy? Przygotowałam go z myślą o dwóch rzeczach: pierwsza przed Wami. Idealnie kremowe, z charakterystycznym, gorzko-jarzębinowym posmakiem, z nutą cynamonu w tle. Idealne jesienne lody! Zjedliśmy je bardzo szybko, mimo temperatur zatrważająco szybko zbliżających się do zera. 

Bo kto powiedział, że lody można jeść tylko latem...?

Lody jarzębinowo-cynamonowe


Składniki:
(na 1 l lodów)
  • 4 żółtka
  • 100 g cukru
  • 300 ml mleka
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 laska cynamonu
  • 250 g dżemu jarzębinowego

Mleko zagotować z cynamonem, odstawić na 30-60 minut.
Po tym czasie mleko zagotować raz jeszcze. W tym czasie ubić żółtka z cukrem na puszystą, jasną masę. Z mleka wyjąć cynamon; powoli wlewać mleko do żółtek, cały czas miksując.
Masę przelać z powrotem do garnuszka, podgrzewać, aż nieco zgęstnieje (nie gotować!). 

Dżem zmiksować blenderem na gładką masę, przetrzeć przez sitko. Dodać do kremu jajecznego razem z kremówką, dokładnie wymieszać.
Całość ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Następnego dnia przelać masę do maszyny do lodów. Gdy maszyna skończy pracę, przełożyć lody do pudełka, zamrozić.

Wyjąć z zamrażarki 20 minut przed podaniem.

Smacznego!


Powiecie, że wymyślam. A owszem! Ale warto czasem spróbować czegoś nowego, nieoczywistego...
Dajcie się zaskoczyć!

niedziela, 12 lipca 2015

Danisze po mojemu

W związku z trwającą u Mopsika akcją, razem z dziewczynami umówiłyśmy się na pieczenie skandynawskich drożdżówek. A, jeśli nie wiecie, to zaraz Wam powiem - Skandynawowie za drożdżówkami wręcz przepadają! Nie takimi zwykłymi jednak, ale tymi bardziej wymagającymi - z ciasta duńskiego. W Danii jest ono niezwykle popularne, można je kupić w każdej piekarni i cukierni; w mojej szkole robiliśmy je wręcz do znudzenia.

Tym razem mam więc dla Was ciasteczka, które piekliśmy w szkole, z małym jednak twistem. Oryginały nazywają się spandauer, i, szczerze mówiąc, nie mam seledynowego pojęcia, jak to przetłumaczyć. Są to kopertki z ciasta duńskiego, wypełnione farszem prawie marcepanowym, z kremem lub dżemem malinowym na wierzchu, obficie polane lukrem. Mocno maślane, bardzo słodkie - istne bomby kaloryczne. Ale za to jakie pyszne!

Moje zrobiłam z lekko odchudzonego ciasta duńskiego; zamiast specjalnego nadzienia przygotowywanego z masy migdałowej (w smaku podobnej do marcepanu i często z marcepanem mylonej przez niczego nieświadomych klientów), cukru i masła użyłam najzwyklejszego w świecie marcepanu; na wierzch i owszem, dałam dżem, ale własnej roboty - z czereśni z nutą kwiatów czarnego bzu (swoją drogą, wyszedł obłędny! Przepis w kolejnym poście), i, żeby ten smak uzupełnić, lukier wzbogaciłam o syrop z kwiatów czarnego bzu. Wyszły - obłędne! Nie tak słodkie jak oryginał, nieco lżejsze, ale nadal mocno maślane, krucho-miękkie, idealne po prostu. Muszę się przyznać, że wyjadałam je z blachy gorące, parząc sobie język i podniebienie, tak mi smakowały.

Razem ze mną duńskie drożdżówki upiekły MirabelkaMopsik, Panna Malwinna i Siankoo.

Danisze z marcepanem i dżemem czereśniowym

Składniki:
(na 30 sztuk)
lukier:
dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka
Ciasto duńskie rozwałkować na prostokąt o wymiarach 28x35 cm. Pokroić na kwadraty o boku długości 7 cm. Na środku każdego ułożyć kuleczkę marcepanu, zawinąć rogi jak kopertę, zamykając nadzienie w środku. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując odstępy.
Odstawić na 1-1,5 godziny do wyrośnięcia.

Po tym czasie docisnąć ciasto na środku, formując dołek w każdej kopertce. Posmarować brzegi jajkiem roztrzepanym z mlekiem. Na środku ułożyć po pół łyżeczki dżemu.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić.

Z cukru pudru i syropu ukręcić gęsty lukier, udekorować ciastka.

Smacznego!

Ciasta jeszcze mi zostało, i teraz się zastanawiam, co by tu pysznego przygotować...

Skandynawskie lato 2015

sobota, 13 czerwca 2015

Tarta z bzem i rabarbarem

Wczoraj był ostatni dzień szkoły. W przyszłym tygodniu jeszcze projekt, w następny poniedziałek egzamin, ale wczoraj po raz ostatni mieliśmy zajęcia w piekarni. Było ciasto duńskie i francuskie, birkes i croissanty, tarty z truskawkami i temperowanie czekolady. A potem siedzieliśmy na ławkach przed szkołą, piliśmy colę i rozmawialiśmy o planach na przyszłość. Na końcu opróżniłam szafkę, i tak jakoś mi się ckliwie zrobiło... Te dwadzieścia tygodni, bo tyle właśnie trwał mój grundforløb (jak mawia moja Siostra - blumblumblum), minęło błyskawicznie. Ani się obejrzałam, a z nic nie wiedzącego stworzenia, stałam się początkującym cukiernikiem. Wszystko, czego się tak bałam, zniknęło w jakiś magiczny sposób, zastąpione radością z podjętej decyzji. Trafiłam na świetnych nauczycieli, znalazłam nowych kolegów, a przede wszystkim zdobyłam mnóstwo przydatnej wiedzy. I choć wiem, że już za progiem czekają nowe, fantastyczne doświadczenia, pozwolę sobie na chwilę nostalgii... Bo to był naprawdę dobry czas.
Ile emocji w człowieku może wyzwolić zdjęcie jednej kłódki...

Na mój nostalgiczny nastrój, a także dla wszystkich romantyków, idealnie nada się poniższa tarta. Ma wyjątkowy, prostokątny kształt, i odpowiednio przycięty rabarbar wygląda tutaj po prostu pięknie. Podtrzymuje go puszysta chmura delikatnego kremu z białą czekoladą, a pod nią skrywa się warstwa konfitury z lilaka. Tej samej, o której niedawno pisałam, a która nas po prostu zachwyciła. Jej lekko gorzki smak świetnie komponuje się z kwaśnym rabarbarem i słodką czekoladą. Całość jest wyborna, C. całkowicie oszalał na jej punkcie i wyjadał, kiedy ja już dawno spałam. Polecam Wam ogromnie - to naprawdę wyjątkowe ciasto.

Tarta z rabarbarem, kremem z białej czekolady i konfiturą lilakową

Składniki:
(na formę do tarty 34x9 cm)

spód:
  • 160 g mąki pszennej
  • 30 g cukru pudru
  • 60 g zimnego masła
  • 1 jajko
krem:
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 80 g białej czekolady
  • 1 listek żelatyny
dodatkowo:
wierzch:
  • 400 g rabarbaru
  • 400 ml wody
  • sok z 1/2 cytryny
  • 50 g cukru
Mąkę przesiać z cukrem pudrem, posiekać z masłem, następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. Uformować z niego kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę. 

Schłodzone ciasto rozwałkować na prostokąt nieco większy od formy. Ułożyć ciasto w formie, formując brzegi. Gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać kuleczkami do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec w 180 st. C. kolejne 15 minut. 
Wystudzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
75 ml kremówki zagotować. Zdjąć garnuszek z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Zalać gorącą kremówką posiekaną czekoladę, wymieszać, aż do jej całkowitego rozpuszczenia. Ostudzić.

Na wystudzony spód równomiernie wyłożyć konfiturę, na wierzch wylać krem. Schłodzić w lodówce 30-60 minut.

W tym czasie przygotować rabarbar: umyć, odciąć końcówki, pokroić na paski długości 9 cm.
Wodę zagotować z cukrem i sokiem z cytryny. Partiami obgotowywać rabarbar około 5 minut - ma zmięknąć, ale nie może się rozpadać.
Odłożyć na papierowy ręcznik.

Na schłodzonym kremie ułożyć całkowicie ostudzony rabarbar.

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Jeśli nie macie konfitury z lilaka, być może jeszcze nie jest za późno, żeby ją przygotować...? Możecie ją jednak zastąpić konfiturą z róży lub, bardziej prozaicznie, dżemem rabarbarowym bądź truskawkowym. Też będzie pysznie!