Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tłusty Czwartek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tłusty Czwartek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 lutego 2018

Pączki z pistacjami

Dzieje się dzisiaj, oj dzieje... 
Po pierwsze, jedna z grup cukierniczych miała dzisiaj egzaminy końcowe, a między nimi znajdowała się moja współlokatorka. Mimo widocznego zdenerwowania zakrawającego momentami na panikę, poszło jej dobrze - zdała. Dokładnych wyników jeszcze nie znam, ogłoszą je dopiero późnym wieczorem. Najważniejsze jednak, że wszyscy zaliczyli i wydawali się zadowoleni. Oczywiście, nie mogłam odmówić sobie przyjemności obejrzenia wyników ich całodziennej pracy - i mówię Wam, były imponujące (a przynajmniej większość z nich). Trzypiętrowe torty wypełnione najróżniejszymi musami, nadziewane czekoladki, ciasto duńskie i francuskie w kilku wydaniach, desery, słynne duńskie kransekage, ciasta ucierane i klasyki (według duńskich standardów jest ich osiemnaście, na egzamin końcowy losuje się jeden z nich, a są to - między innymi - francuska tarta cytrynowa, creme brulee, panna cotta, tort szwardzwaldzki, Othello, Georgina i parę innych niezłych kwiatków). Objadłam się za wszystkie czasy, ale naprawdę niemożliwością jest oprzeć się takim wspaniałościom.

Tymczasem w Polsce mamy dzisiaj Tłusty Czwartek. Objedliście się pączkami po same uszy...? Ja nie zjadłam ani jednego... Nie mam dostępu do kuchni, w której mogłabym szaleć z garnkiem pełnym gorącego tłuszczu, ale przygotowałam się na zapas. W miniony weekend nasmażyłam jednych z najlepszych pączków, jakie jadłam. Wyszły lepiej, niż się spodziewałam: puszyste, delikatne ciasto o cytrynowej nucie, a do tego rozpływający się w ustach krem z pistacji i ricotty. Połączenie zwalające z nóg, mówię Wam!
I tak, wiem, że dzisiaj już za późno, żeby się za smażenie pączków zabierać, ale zapiszcie sobie ten przepis - przyda się za rok. A może postawicie świat na głowie, i zrobicie pączki w najbliższy weekend...? Ja, szczerze mówiąc, bardzo poważnie rozważam taką ewentualność...

A po inne tłustoczwartkowe smakołyki koniecznie zajrzyjcie do Mopsika i Ani.

Pączki cytrynowo-pistacjowe


Składniki:
(na 16 sztuk)
  • 550 g mąki pszennej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 70 g cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 2 łyżki likieru cytrynowego
  • skórka otarta z 1 cytryny
krem:
  • 250 g serka ricotta
  • 140 g kremu pistacjowego
lukier:
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1-2 łyżki gorącej wody
dodatkowo:
  • 20 g pistacji bez łupinek
  • 1,5 l oleju do smażenia
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać połowę mleka. Odstawić na 10-15 minut w ciepłe miejsce.
W tym czasie masło rozpuścić, przestudzić.

Do zaczynu dodać pozostałe mleko i cukier, jajka oraz żółtka. Zagnieść. Dodać masło, sól, likier i skórkę cytrynową, wyrobić gładkie, dość luźne ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około 1 godzinę.

Po tym czasie odrywać kawałki ciasta o wadze około 70 g, formować z nich kulki, układać na oprószonym mąką blacie, zachowując odstępy. Zostawić do napuszenia na 25-40 minut.

W tym czasie rozgrzać olej do temperatury 175 st. C. Smażyć pączki na rozgrzanym oleju, przez około 90 sekund z każdej strony. Odkładać na papierowy ręcznik.

Serek utrzeć z kremem pistacjowym na puszysty krem. Nadziewać nim całkowicie ostudzone pączki.

Z wody, soku z cytryny i cukru pudru utrzeć lukier. Polać nim pączki, posypać posiekanymi pistacjami. Odstawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!


Tak sobie myślę, że chociaż nie zjadłam ani jednego pączka, to i tak szczęście będzie mi sprzyjać. W końcu tyle słodkiego, które w siebie dzisiaj wcisnęłam, nie może przejść bez echa!

sobota, 3 lutego 2018

Pączki tiramisu i socjalizacja

Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Taka szkoła na przykład: daleko od domu, człowiek musi dzielić te kilka metrów kwadratowych z kimś zupełnie obcym, tęskni za mężem, psami i własnym łóżkiem. Z drugiej strony ma możliwość nie tylko nauki, ale też czas na eksperymenty i socjalizację. A w tym ostatnim akurat najlepsza to ja nie jestem. Powiedziałabym nawet, że wręcz przeciwnie - jestem przypadkiem beznadziejnie asocjalnym. Ludzie w gruncie rzeczy mnie denerwują i nie szukam ich towarzystwa, zadowalając się własnym. Tym razem jednak dostałam lekko zwariowaną współlokatorkę, która w przyszłym tygodniu zdaje końcowy egzamin, więc jest niezwykle nerwowa i roztrzepana. Ostatnio musiałam ratować ją plastrami, nożyczkami do paznokci i czystymi skarpetkami... Ale to już nie jest historia na blog kulinarny.
Z drugiej strony pogłębiam znajomości już nawiązane, wyznając starą, dobrą zasadę, że z ludźmi, którzy cię karmią, należy żyć dobrze. Więc żyję. Piwo nawet wypiję (ja w końcu mam końcowy egzamin dopiero pod koniec maja; do tego czasu zdąży mi to piwo z głowy wywietrzeć). 

A dzisiaj mam dla Was pierwszy przepis na pączki (i nieostatni w tym sezonie - obiecuję!). Znalazłam go na blogu Doroty i od razu wiedziałam, że będę musiała spróbować - w końcu tiramisu to mój ukochany deser, więc pączki choćby o nim przypominające nie mogły ujść mojej uwadze. 
Wyszły boskie! Ciasto jest idealne, choć odrobinę się lepi. Pączuszki wychodzą lekkie, puszyste i delikatne - no po prostu cud, miód i orzeszki. Kremowe nadzienie (na które trzeba uważać, bo lubi wypływać) smakuje obłędnie, a w połączeniu z lukrem kawowym to prawdziwa uczta. 
C. zabrał dwanaście sztuk do pracy; dali im radę we czterech. I jeszcze było im mało! Zostałam obwołana pączkową królową i obsypana taką ilością komplementów, że zarumieniłam się po same czubki uszu.
Tego po prostu musicie spróbować!

Pączki tiramisu


Składniki:
(na 16 sztuk)
  • 550 g mąki pszennej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 70 g cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 2 łyżki likieru Amaretto

krem:
  • 250 g serka mascarpone
  • 2 żółtka
  • 50 g cukru pudru
  • 2 łyżki likieru Amaretto

lukier:
  • 3-4 łyżki mocnej, gorącej kawy
  • 130 g cukru pudru

dodatkowo:
  • 1 łyżka kakao
  • 1,5 l oleju do smażenia

Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać połowę mleka. Odstawić na 10-15 minut w ciepłe miejsce.
W tym czasie masło rozpuścić, przestudzić.

Do zaczynu dodać pozostałe mleko i cukier, jajka oraz żółtka. Zagnieść. Dodać masło, sól i likier, wyrobić gładkie, dość luźne ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około 1 godzinę.

Po tym czasie odrywać kawałki ciasta o wadze około 70 g, formować z nich kulki, układać na oprószonym mąką blacie, zachowując odstępy. Zostawić do napuszenia na 25-40 minut.

W tym czasie rozgrzać olej do temperatury 175 st. C. Smażyć pączki na rozgrzanym oleju, przez około 90 sekund z każdej strony. Odkładać na papierowy ręcznik.

Żółtka utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlewać likier, cały czas miksując. Na końcu dodać mascarpone, zmiksować na puszysty krem. 
Krem przełożyć do woreczka cukierniczego z końcówką do nadziewania pączków. Nadziewać całkowicie ostudzone pączki. 

Z kawy i cukru pudru ukręcić lukier. Polać pączki. Po zastygnięciu lukru oprószyć kakao.

Smacznego!


Z dna rozpaczy (czarnej) wyciągnął mnie ebook. Niech żyje technika!

czwartek, 23 lutego 2017

Pączki nowoorleańskie

Dziś zapraszam Was w dalszą podróż w poszukiwaniu pączków idealnych. Nie, żebym tym ostatnim, z samego serca Afryki, miała coś do zarzucenia - wyszły przepyszne i zniknęły błyskawicznie! I być może właśnie dlatego, gdy ciasto na tamte jeszcze rosło, zabrałam się za wyrabianie kolejnego. Tym razem, przebywając niepostrzeżenie tysiące kilometrów, wylądujemy w Nowym Orleanie...

Przepis znalazłam u Komarki, i od razu mi się spodobał. Są to pączki na drożdżach, a mimo to nie trzeba ciasta wyrabiać. W dodatku wyrasta na zimno, czyli przez noc w lodówce. Później wystarczy ciasto z rzeczonej lodówki wyjąć, rozwałkować i usmażyć. Podobno w Nowym Orleanie jada się je na śniadanie... Cóż, my w porze porannego posiłku zjedliśmy tylko po jednym, resztę zachowując na podwieczorek w doborowym towarzystwie. I choć byliśmy tylko w pięcioro, pączki zniknęły, zanim się obejrzałam. A to chyba o czymś świadczy, prawda...?

Tak naprawdę, pomijając niecodzienny kształt (który tak naprawdę dodatkowo usprawnia ich przygotowanie), są to niemal klasyczne pączuszki. Lekkie, mięciutkie, obłędnie pyszne. C. brakowało w nich nadzienia, według mnie po prostu oprószone cukrem pudrem smakowały niebiańsko. Szczególnie jeszcze ciepłe, mmm...

Beignets z Nowego Orleanu


Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 680 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 125 ml oleju rzepakowego
  • 55 g cukru
  • 65 ml letniej wody
  • 1 jajko
  • 1/2 łyżeczki soli

dodatkowo:
  • cukier puder
  • olej do smażenia

Drożdże rozetrzeć z 1 łyżeczką cukru, dodać 2 łyżki mąki i 4 łyżki mleka. Wymieszać dokładnie, odstawić w ciepłe miejsce na 15 minut.
W osobnej misce roztrzepać jajko, dodać resztę mleka i cukru, wodę oraz olej. Połączyć. Dodać mokre składniki do zaczynu, wymieszać.
Mąkę przesiać, podzielić na pół. Do połowy dodać proszek i sól, wymieszać.
Do zaczynu dodać mąkę z proszkiem, połączyć. Partiami dodawać resztę mąki; ciasto powinno być dość luźne i lepkie. 
Ciasta nie wyrabiać, wymieszać tylko do połączenia składników. Miskę przykryć folią spożywczą, wstawić na noc do lodówki.

Wyrośnięte ciasto przełożyć na blat oprószony mąką, rozwałkować nakwadrat o grubości 1,5 cm. Pokroić ostrym nożem na kwadraty (6x4).
W dużym, szerokim garnku rozgrzać olej. Smażyć pączki po kilka minut z obu stron na brązowy kolor.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Ja tymczasem całe popołudnia spędzam w kuchni, udoskonalając przepisy na egzamin. Cztery musy, makaroniki, mini tarty, wieżyczka z ciasta marcepanowego, chleb na poolish i chleb żytni... Dużo tego jak na pięć godzin, oj dużo...

wtorek, 21 lutego 2017

Afrykańskie pączki. Kokosowe!

Powoli popadam w nerwicę. Zbliżające się wielkimi krokami egzaminy przyprawiają mnie o ból głowy, niemożność zaśnięcia, a co za tym idzie - chroniczne niewyspanie. Przez to, że jestem zmęczona, jestem jeszcze bardziej nerwowa... I kółko się zamyka. Ale my, kobiety, już chyba tak po prostu mamy.

Dla przykładu, sytuacja z zeszłego tygodnia. 
Na zajęciach dźwięk w telefonie mam oczywiście wyłączony, gdy więc wychodzę z sali, zerkam kontrolnie na ekran, czy przypadkiem ktoś nie dzwonił. I tak jak zazwyczaj nie dzieje się zupełnie nic, tak pewnego dnia zobaczyłam dwa nieodebrane połączenia! W dodatku oddalone od siebie zaledwie o kilka minut; pierwsze od Karoliny, drugie od C. Od razu więc wymyśliłam, że na pewno coś się stało (i to z pewnością coś niedobrego; zauważyliście, że ludzie dużo szybciej dzielą się złymi wieściami niż dobrymi...?). Czym prędzej wykonałam więc telefony do obojga, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się, cóż to za niesłychane wypadki sprawiły, że niemal jednocześnie próbowali się ze mną skontaktować.
Oczywiście okazało się, że jedno z drugim nie miało nic wspólnego. C. akurat wracał z pracy, więc postanowił sprawdzić, czy mam chwilę na pogaduchy, a telefonem Karoliny bawił się jej syn i nieopatrznie wybrał mój numer. Ot, i cała tajemnica. Ja już tymczasem zdążyłam ułożyć teorie spiskowe, których sam Faber by się nie powstydził...

Tak więc, nerwowość i panika to aktualnie moja codzienność. I nic się w tej materii nie zmieni aż do przyszłego piątku, kiedy będzie po wszystkim i dowiem się, czy zaliczyłam. Na samą myśl trzęsą mi się ręce...

Tymczasem jednak zajmijmy się czymś przyjemniejszym. Już za dwa dni Tłusty Czwartek - ulubione święto C., które bardzo szybko postanowił zaszczepić na naszym domowym gruncie. Polega to na tym, że już w połowie stycznia zaczyna marudzić o pączki. Gdy dowiedział się, że w tym roku nic z tego nie będzie, bo nie tylko w sam najważniejszy w roku czwartek, ale też w jego okolicach w domu mnie nie będzie, popadł w odrętwienie. W weekend zakasałam więc rękawy, i zabrałam się za wyrabianie ciasta. Drożdżowe zawsze mnie uspokaja; postanowiłam i tym razem zawierzyć jego terapeutycznym możliwościom. 

Przepis z bloga Hello morning przypadł mi do gustu od pierwszego wejrzenia. Nietradycyjne, bo trójkątne, w dodatku pochodzące z dalekiej Afryki. Ciekawymi składnikami są tutaj mleczko i wiórki kokosowe, a także mąka ryżowa. Nie mogłam się oprzeć, musiałam spróbować.
Pączki okazały się wyśmienite! Lekkie i delikatne, a do tego chrupiące! Wydaje mi się, że to właśnie dzięki mące ryżowej zyskują chrupiącą skorupkę. Wnętrze pozostaje przy tym miękkie i puszyste, o idealnie zrównoważonym, kokosowym aromacie. Wstyd się przyznać, ale od razu zjedliśmy ponad połowę. Takie jeszcze ciepłe smakują przecież najlepiej!

Kokosowe mandazi - afrykańskie pączki


Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 55 g cukru trzcinowego
  • 12 g świeżych drożdży
  • 165 ml letniej wody
  • 125 ml mleczka kokosowego
  • 300 g mąki pszennej
  • 120 g mąki ryżowej
  • 20 g wiórków kokosowych
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu

dodatkowo:
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu

Drożdże rozetrzeć z 1 łyżeczką cukru, dodać 65 ml wody i 3 łyżki mąki. Wymieszać, odstawić na 10-15 minut.
Do rozczynu dodać mleczko kokosowe i resztę wody, wymieszać. Następnie dodać przesiane mąki, pozostały cukier, wiórki kokosowe i kardamon. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na 1 godzinę.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Podzielić na 4 równe części, każdą rozwałkować na okrąg o grubości 5 mm. Każdą część pokroić na 6 trójkątów, jak tort. Zostawić na oprószonym mąką blacie na 15 minut.

W dużym, szerokim garnku rozgrzać olej. Smażyć pączki z obu stron na jasnobrązowy kolor.
Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem wymieszanym z cynamonem.

Smacznego!

Szczerze mówiąc, są tak pyszne, że nawet nie brakowało mi nadzienia. Same w sobie są wystarczająco aromatyczne i pełne smaku. W dodatku robi się je naprawdę szybko i przyjemnie, i nawet to smażenie w głębokim oleju nie jest tak straszne, jak można by się spodziewać...

czwartek, 28 stycznia 2016

Niezwykłe pączki z tahini i różą

O mamuniu, jak ten czas pędzi! Dopiero co siedzieliśmy wszyscy razem przy bożonarodzeniowym stole i świętowaliśmy Sylwestra i Nowy Rok, a tu już za tydzień Tłusty Czwartek! A ja znowu w polu z przepisami na smażone pyszności. Tak to jest, jak człowiek tylko pracą żyje... A że tu tradycje inne, trochę zapominam, co i jak wygląda w naszym kalendarzu. 
Na szczęście w porę się zreflektowałam, i już spieszę do Was z przepisem na pączki.

Gdy zaczęłam się zastanawiać, jak by je w tym roku urozmaicić, do głowy przyszedł mi słoiczek tahini, który czekał w lodówce, aż zdecyduję się, co z nim zrobić. Pączki z tahini, hmm... Wydało mi się to niezwykle innowacyjne. Okazało się jednak, że znów nie odkryłam Ameryki, bo u Viri takie pączusie na blogu są już od dawna. Cóż... Mina troszkę mi zrzedła, ale i tak postanowiłam przepis przetestować.
W stosunku do oryginału zmniejszyłam ilość masła; sto gram to zbyt dużo, biorąc pod uwagę, że tahini sama w sobie jest dość tłusta. Następnym razem, szczerze mówiąc, dałabym jeszcze mniej...
Likier morelowy pominęłam, gdyż dżem z tych właśnie owoców zamieniłam na pączkową marmoladę różaną, którą kupiła mi Mamunia. Do tego nutka kardamonu, i mamy iście bliskowschodnie połączenie smaków.

Oczywiście, w kęsach z nadzieniem, to ono dominuje. Jednak tam, gdzie marmolada nie dotarła (a wciskałam jej do pączków hojnie), na pierwszy plan wysuwa się chałwowy smak tahini. Pycha! Nieco to zaskakujące, ale nam bardzo przypadło do gustu.

Co powiecie na takie niezwykłe pączusie...?

Pączki z tahini i różą


Składniki:
(na 25 pączków)
  • 500 g mąki pszennej
  • 20 g świeżych drożdży
  • 200 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 75 g cukru pudru
  • 200 g tahini
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii
  • 50 g creme fraiche (18%)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki kardamonu
  • 50 g masła

dodatkowo:
  • 450 g gęstej marmolady różanej
  • 2 łyżki cukru pudru

Drożdże rozmieszać z mlekiem i 1 łyżką cukru pudru. Dodać 2 łyżki mąki, wymieszać. Odstawić na 15 minut.

W tym czasie ubić jajka, zółtka i pozostały cukier na puszystą, jasną masę. Dodać cały zaczyn, tahini, ekstrakt i śmietanę. Jeszcze chwilę ubijać, po czym zmienić końcówkę miksera na hak. 
Masło rozpuścić i przestudzić.
Mąkę przesiać, wymieszać z kardamonem i solą. Partiami dodawać do masy jajecznej. Zagniatać przez kilka minut, następnie wlać masło. Wyrobić gładkie, dość rzadkie ciasto (około 10 minut). 
Odstawić ciasto do wyrośnięcia na 1,5 godziny.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować, podsypując mąką, na grubość 1-1,5 cm. Szklanką o średnicy 6-8 cm wycinać koła. Ułożyć na blacie oprószonym mąką; zostawić do wyrośnięcia na 30-60 minut.

Napuszone pączki smażyć w tłuszczu rozgrzanym do 175 st. C.
Odłożyć na papierowy ręcznik do odcięknięcia. Jeszcze ciepłe nadziewać marmoladą. 

Ostudzone oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Oczywiście, obrączka mi nie wyszła... Ale to moja wina; za cienko rozwałkowałam ciasto, i troszkę plaskate mi się te pączusie udały. W środku jednak są puszyste i lekkie, więc polecam je Wam z czystym sumieniem.

wtorek, 10 lutego 2015

Pączki dyniowe z kajmakiem

Na wstępie chciałabym Wam bardzo podziękować za wszystkie miłe słowa. Bardzo się cieszę, że czytacie Pożeraczkę - krócej lub dłużej, rzadziej bądź częściej - ale wracacie. A to jest dla mnie najważniejsze. Ogromnie mi miło, że zaglądacie tu nie tylko po przepisy, ale też po opisy książek czy żeby po prostu poczytać moją paplaninę. Bardzo lubię pisać, jest to ten z aspektów blogowania, który sprawia mi chyba najwięcej przyjemności, więc cieszę się ogromnie, że macie ochotę to czytać.

Na blogu są aktualnie małe przestoje - wszystko dlatego, że nijak nie potrafię doby rozciągnąć. A wierzcie mi - staram się jak mogę. Na szczęście w tym tygodniu mamy ferie zimowe, które spędzam w Polsce u Rodziców. Mam zamiar odpocząć, nabrać energii i mam nadzieję, że po powrocie blog będzie funkcjonował trochę sprawniej. Najbardziej cieszę się z tego, że dni są coraz dłuższe, i jest szansa, że po powrocie ze szkoły będę mogła robić zdjęcia. Bo sztuczne światło to dla mnie koszmar, nijak sobie z nim poradzić nie umiem...

Dzisiaj mam dla Was pączki - a jakże by inaczej...? Te akurat zobaczyłam już jakiś czas temu u Doroty i od razu wiedziałam, że też takie usmażę. Uwielbiam pączusie (pisałam o tym w poprzednim pączkowym wpisie, nie będę się więc powtarzać), a i dynię darzę uczuciem szczerym. Połączenie tych dwóch musiało się sprawdzić. 
Pączki mają śliczny żółty kolor (jeśli użyjecie odmiany dyni o intensywnie pomarańczowym miąższu, takie też będą Wasze pączusie), są mięciutkie, puszyste i delikatne. Niebo w buzi po prostu. Nadziane karmelem są cudownie słodkie, i nie można się od nich oderwać. C. na jedno posiedzenie zjadł siedem, i to po sutym obiedzie. A najmniejsze to one nie są... 
Jeśli macie jeszcze jakieś dyniowe zapasy - polecam Wam je ogromnie.

Pączki dyniowe z kajmakiem

Składniki:
(na 20-25 sztuk)
  • 550 g mąki pszennej
  • 20 g świeżych drożdży
  • 190 ml letniego mleka
  • 280 g puree z dyni
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • 70 g cukru
  • 1 łyżka ekstraktu z wnailii
  • 40 g masła

nadzienie:
  • 200 g kajmaku

dodatkowo:
  • 150 g kajmaku

Mąkę przeisać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wktuszyć drożdże, wsypać łyżeczkę cukru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dodać resztę mleka i cukru, puree, jajko, żółtko oraz ekstrakt. Zagnieść na gładką masę.
Masło rozpuścić, przestudzić, dodać do ciasta. Dobrze wyrobić - ciasto może pozostać lekko klejące.
Odstawić na 1,5 godziny do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto wyłożyć na obsypany mąką blat. Wałkować na grubość 1,5 cm, wycinać szkolanką koła. Odłożyć do napuszenia na 30-45 minut (pączki powinny wyraźnie urosnąć).

Wyrośnięte pączki smażyć na oleju lub smalcu rozgrzanym do temperatury 175 st. C.
Odkładać na ręcznik kuchenny do obcieknięcia z tłuszczu.

Jeszcze ciepłe pączki nadziewać kajmakiem, wierzch udekorować za pomocą woreczka cukierniczego z tylką z małym, okrągłym otworem paseczkami kajmaku.

Smacznego!

To ja się już teraz oddaję błogiemu lenistwu. Oznacza ono pewne zadania w Maminej kuchni, ale to akurat sama przyjemność. 

poniedziałek, 2 lutego 2015

Czekoladowe pączki na Tłusty Czwartek

Kocham pączki. Serio - wiem, jakie są kaloryczne i w ogóle niezdrowe, a i tak je kocham wielce. Bo dobry pączek jest taaaaki pyszny. 
Jako dziecko zdarzało mi się jeść pączki na śniadanie. Dziadek mi kupował. Babcia kręciła nosem, a ja, wyjątkowo, wstawałam z łóżka bez marudzenia. No bo wiadomo - pączek... Typowy sklepowy - z niewielką ilością marmolady różanej, za to ze zdecydowanym nadmiarem lukru. Obłędnie słodki, bajecznie pyszny. Mmm...

Odkąd jednak spróbowałam pączków domowych, te sklepowe straciły urok. Owszem, nadal, jedząc takiego, wracają do mnie miłe wspomnienia, ale to bardziej kwestia nostalgii niż rzeczywistego zachwytu samym smakiem. Domowym bowiem nie dorastają one do pięt. (Nie będę sobie nawet próbowała wyobrażać pączków z piętami; Wam też odradzam.)

Mamunia robi pączki według przepisu Babci - na samych żółtkach, a ciasto uciera klasycznie w makutrze. Ha! Na takie poświęcenie zdobyć się nie potrafię... Nawet dla pączka. Mamę też próbowałam odwieść od tych sposobów (w końcu na pranie w automacie przerzuciła się bez narzekania), jednak w tym wypadku nie ma szans. Pączki trzeba, cytuję: Walnąć pałą tysiąc razy, inaczej będą niedobre. No i jak tu z tym dyskutować...? No nie da się.

Na Tłusty Czwartek, który w tym roku wypada wyjątkowo wcześnie, przygotuję z Mamunią tradycyjne pączki (mamy plan). Zanim jednak to nastąpi, postanowiłam poeksperymentować nieco we własnej kuchni. Tym sposobem mam dla Was dwa naprawdę wyjątkowe przepisy. A zaczniemy od pączków czekoladowych...

Z tymi pączkami było tak: siedziałam sobie i myślałam, jakby tu moje pączusie urozmaicić. Oczywiście mam zapisaną całą długą listę najróżniejszych przepisów, które koniecznie muszę wypróbować, ale wiadomo - najlepiej jest wymyślić coś samemu. Satysfakcja większa, czy coś... W każdym razie: siedziałam i myślałam. Aż tu nagle spadło na mnie olśnienie - gdybym była postacią z kreskówki, nad głową zapaliłaby mi się żarówka - czekolada! Bo czyż połączenie czekolady z pączkiem może się nie udać...? Postanowiłam sprawdzić.
Zajrzałam w czeluście internetu, i cóż się okazało? Że nie ja pierwsza wpadłam na ten genialny pomysł. Pączków czekoladowych w sieci możemy znaleźć całe mnóstwo. Poczułam się nieco rozczarowana, ale mimo to postanowiłam spróbować. Zresztą, skoro inni robili to przede mną, szanse powodzenia zdecydowanie wzrosły.
Czekoladę postanowiłam połączyć z pomarańczą - zgrany duet, klasyk. Przygotowałam więc pyszny curd, nieco słodszy niż zazwyczaj (w końcu to właśnie nadzienie ma nam pączka osłodzić), i zabrałam się do pracy. Poszło całkiem sprawnie, pączusie pięknie wyrosły i usmażyły się bez najmniejszych problemów. Wyszły niebiańskie - nieco cięższe od zwykłych, za to pysznie czekoladowe. Zajadaliśmy się nimi z C. z największą przyjemnością.

Jeśli więc i Wy lubicie i pączki, i eksperymenty, serdecznie polecam Wam te smażone cudeńka.

Pączki czekoladowe z pomarańczą

Składniki:
(na 15-20 pączków)
  • 500 g mąki pszennej
  • 20 g kakao
  • 25 g świeżych drożdży
  • 40 g cukru
  • 250 ml letniego mleka
  • 3 jajka
  • 50 g masła
  • 1 łyżka wódki

curd pomarańczowy:
  • sok z 2 pomarańczy
  • sok z 1/2 cytryny
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 150 g cukru
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka oleju

dodatkowo:
  • 150 g ciemnej czekolady (70%)
  • 40 g kandyzowanej skórki pomarańczowej

Jajka, żółtka, sok z pomarańczy i cytryny, cukier oraz mąkę umieścić w garnuszku. Podgrzewać, cały czas mieszając, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Wlać olej, podgrzewać jeszcze 1-2 minuty. 
Przetrzeć przez sitko, ostudzić.

Mąkę i kakao przesiać do dużej miski, wymieszać. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać 1 łyżeczkę cukru, wlać połowę mleka i odstawić na 15-20 minut.
Po tym czasie dodać resztę mleka i cukru, wbić jajka. Zagnieść ciasto.
Masło rozpuścić, przestudzić, dodać do ciasta razem z wódką. Wyrabiać, aż ciasto będzie gładkie i elastyczne, choć nadal mocno lepkie.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na grubość 1,5 cm, podsypując mąką. Szklanką wycinać pączki, ułożyć na oprószonym mąką blacie i zostawić do wyrośnięcia na 30-45 minut.

Wyrośnięte pączki smażyć w oleju rozgrzanym do 175 st. C.
Układać na ręczniku papierowym, aby obciekł tłuszcz.
Jeszcze ciepłe pączki nadziewać curdem, odłożyć do całkowitego wystudzenia.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Polewać pączki, posypać skórką pomarańczową. Odstawić do zastygnięcia.

Smacznego!

W przyszłym tygodniu mamy ferie zimowe, i już się nie mogę doczekać. Mamy w planie wyjazd do Polski, a tam smażenie pączków, wypad do kina (przynajmniej jeden - a w repertuarze widziałam kilka filmów, które mnie zaciekawiły), może na kręgle, wizyta u Babci i u koleżanki, której nie widziałam całe wieki... Zapowiada się ciekawie.

Przepis zgłaszam do konkursu na blogu Torta della figlia.

piątek, 28 lutego 2014

Tłusty Piątek...? Dlaczego nie...

Zarobiona jestem. 

Szkoła zabiera mi więcej czasu niż myślałam. Osiem godzin, plus dojazdy, i to siedzenie w jednym miejscu... Odzwyczaiłam się od szkolnych ławek. Podoba mi się, nawet bardzo, ale potrzebuję dłuższej chwili na aklimatyzację. Myślę, że jeszcze tydzień - dwa, i będę potrafiła się lepiej ogarnąć. Bo na razie po powrocie do domu jem, co akurat wpadnie mi w ręce, udaję się na zasłużony odpoczynek, odrabiam lekcje (jak to w ogóle brzmi...), i idę spać. A chwilę później jest już szósta i znowu trzeba wstawać... Na szczęście FVU okazało się bardzo interesujące, choć trochę trudne (tak to jest, jak człowieka od razu na przedostatni poziom wrzucą...), a i w Sprogskole kończymy durnowaty projekt i już w przyszłym tygodniu zabierzemy się za naukę. Bardzo jestem tym wszystkim podekscytowana, znalazłam już sobie koleżanki i kolegów, i wszystko zaczyna wyglądać tak, jak sobie wyobrażałam. Żyć, nie umierać!

W związku z tym tłustoczwartkowe pączkowanie zeszło na dalszy plan. Już myślałam, że właściwie nic z tego nie będzie, bo musiałam jeszcze na dziś kilka rzeczy przygotować, ale w końcu stwierdziłam, że Tłusty Czwartek jest raz do roku, poza tym C. patrzył błagalnie, bo już od pół roku na te pączki czeka...
Najpierw szukałam przepisu w książkach, ale wszystkie były na samych żółtkach, a ja nie mam ochoty znów walczyć z zalegającymi białkami. Sięgnęłam więc do sprawdzonego źródła, czyli Moich wypieków, i właśnie stamtąd czerpałam inspirację. Mocno jednak pozmieniałam proporcje, a poza tym nadziałam pączuszki... Czekoladą. 
Nie mam odpowiedniej końcówki do nadziewania, i zawsze mam w pączkach wielkie dziury. Z kolei zaklejanie w pączkach marmolady - jak dla mnie - mija się z celem. W związku z tym do każdego pączusia wpakowałam pół kostki czekolady. Efekt? Co najmniej zadowalający. W jeszcze ciepłych czekolada cudownie rozpływa się na języku, kiedy przestygną, nieco twardnieje, ale to nic nie szkodzi, bo smakuje wyśmienicie (jak to czekolada...). 
Pączki same w sobie są pyszne - mięciutkie, puchate, delikatne. Idealne wprost. Koniecznie spróbujcie.

Pączki z czekoladą

Składniki:
(na 20-25 sztuk)
  • 550 g mąki pszennej
  • 2 jajka
  • 80 g masła
  • 60 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 250 ml letniego mleka
  • 20 g świeżych drożdży
  • 1 łyżka rumu

nadzienie:
  • 85 g mlecznej czekolady (30%)

dodatkowo:
  • 3 łyżki cukru pudru

Mąkę przesiać do dużej miski, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać łyżeczkę cukru i zalać połową mleka. Odstawić na 15 minut.
Kiedy zaczyn urośnie, dodać jajka, roztopione i przestudzone masło, resztę cukru i mleka oraz rum. Zagnieść gładkie ciasto - może się nieco lepić.
Odstawić do wyrośnięcia na 1-1,5 godziny.

Po tym czasie z ciasta odrywać niewielkie kawałki, formować z nich kulki. W środek każdej wcisnąć kawałek czekolady, dokładnie zlepić. Kulki lekko spłaszczać, ułożyć na blacie oprószonym mąką i zostawić do wyrośnięcia na 30-40 minut. Pączki powinny ładnie urosnąć.

Smażyć na rozgrzanym do 175 st. smalcu lub oleju. 
Odkładać na papierowy ręcznik, który wchłonie nadmiar tłuszczu.
Ostudzone pączki oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Smażenie skończyłam wczoraj chwilę przed północą, tak, że zdążyliśmy jeszcze zjeść po jednym pączku. Większość została na dzisiaj - nadal są pyszne.
Jak ja to lubię...

poniedziałek, 24 lutego 2014

Pączki parzone. Z wanilią

Tłusty Czwartek zbliża się wielkimi krokami. Wszędzie pączki, faworki i inne tłuściutkie pyszności... Mniam!
Za faworkami nigdy specjalnie nie przepadałam. Owszem, jadłam, kiedy Mama smażyła, ale to pączusie były moją miłością. Jako dzieciak uwielbiałam zjeść sobie pączka na śniadanie, a odkąd Mama zaczęła przygotowywać domowe, tylko te dla mnie istniały. Na blogu możecie znaleźć przepis na te jedyne, najlepsze, i to je co roku smażę, już sama. Ale lubię też eksperymenty, szukam więc nowych, ciekawych pomysłów.
W książeczce Ciasta domowe, wydanie specjalne nr 5/2008 znalazłam przepis na pączki parzone, który mnie zaintrygował. Przeszukałam internet - okazuje się, że parzenie mąki, czyli zalewanie jej wrzącą wodą lub mlekiem ma na celu wspomaganie drożdży - takie ciasto powinno lepiej rosnąć, a także wydłuża świeżość wypieku. Hmm... Nie wiem, czy to działa. Ciasto owszem, wyrosło bardzo ładnie, ale czy lepiej niż zawsze - nie mam pojęcia. Co do świeżości, nie było nam dane się przekonać, bo zniknęły tego samego dnia. Kilka zjedliśmy jeszcze cieplutkich, reszta pojechała do koleżanki. Nadziałam je powidłami śliwkowymi z czekoladą - pyszności! Poza dwoma, bo synek Karoliny dżemów nie jada. I faktycznie, pączkami bez nadzienia się zajadał z przyjemnością, a na te z powidłami tylko krzywo popatrzył. Ja zawsze właśnie za pączkowym środkiem szalałam najbardziej. Cóż, czasy się zmieniają...

W każdym razie - pączki są pyszne, lekko waniliowe za sprawą ziarenek, których dodałam, i jeśli jeszcze nie wiecie, co usmażyć w Tłusty Czwartek, polecam właśnie te pączusie.

Waniliowe pączki parzone

Składniki:
(na 20 sztuk)
  • 500 g mąki pszennej
  • 100 g cukru
  • 100 g masła
  • 6 żółtek
  • 250 ml letniego mleka
  • 30 g świeżych drożdży
  • ziarenka z 1 laski wanilii

nadzienie:
  • 100 g powideł śliwkowych z czekoladą

dodatkowo:
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 2 kg smalcu

Połowę mleka zagotować, zalać 85 g mąki, dobrze wymieszać i odstawić do ostudzenia.
Drożdże pokruszyć, rozpuścić w pozostałym mleku (ma być letnie), wymieszać z zaparzoną mąką, odstawić na 15 minut.

Żółtka, cukier i wanilię ubić na puszystą, jasną masę. Dodać rozczyn, pozostałą przesianą mąkę i rozpuszczone i przestudzone masło, wyrobić gładkie ciasto. Odstawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.
Po tym czasie ciasto rozwałkować na grubość 1 cm, wykrawać koła. Zostawić do wyrośnięcia na 30 minut na oprószonym mąką blacie.

Smażyć w rozgrzanym do 175 st. C. smalcu z obu stron na brązowo.
Okładać pączki na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem, nadziewać powidłami.
Zostawić do ostudzenia, oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Żeby tylko te pączki nie były takie kaloryczne, i żeby nie trzeba ich w głębokim tłuszczu smażyć - to mogłabym je robić i jeść codziennie. Uwielbiam!

czwartek, 14 marca 2013

Traumatyczne pączki - oponki dla cierpliwych

Uff... Dzisiaj będzie o pączkach, o których obiecałam napisać kilka dni temu. Moi drodzy - takiej pączkowej męki jeszcze nie przeżyłam! Tym bardziej, że do tej pory pączusie wychodziły mi pulchniutkie i wspaniałe za każdym razem, kiedy więc wyjęłam z garnka gniotki, którymi, jakby dobrze rzucić, można by kogoś poważnie uszkodzić, niemal się załamałam. Ansia jednak stwierdziła, że do wytrwałych świat należy i poddawać się nie godzi, więc zrobiłam podejście drugie. Jakie było moje rozczarowanie, kiedy po godzinie ciasto znów nie urosło ani o milimetr! A pełna dobrych chęci, umieściłam je w piekarniku z włączonym światłem, żeby miało cieplutko, bez przeciągów, no nic, tylko rosnąć przecież! Wściekła, stwierdziłam dość! A że C. robił przed wyjściem maślane oczy o pączki, zła, zostawiłam ciasto tam, gdzie było. W sumie, to nie jestem pewna, dlaczego od razu go nie wyrzuciłam... Może chciałam mu pokazać, ile się nacierpiałam, a efektów brak...? Dość, że zajrzałam do piekarnika dwie godziny później, i moim oczom ukazało się... Dokładnie tak - wyrośnięte ciasto drożdżowe! Patrzyłam i nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. No bo jak to tak...? Najpierw nic, a potem nagle bum...? Hmpf... Zaskoczona stwierdziłam, że skoro już urosło, to przecież nie będę wyrzucać... Rozwałkowałam, powycinałam oponki, znów włożyłam na godzinę do cieplutkiego piekarnika. Urosły! I wyszły idealne - puchate, leciutkie, z tą cudowną obrączką, która niektórym spędza sen z powiek. Czy było warto...? Cóż... Satysfakcję mam, nie powiem, ale więcej po ten przepis nie sięgnę. Nie chcę Was zniechęcać, ale na blogu są przepisy, przy których nie czekają Was godziny niepewności... Zdecydujecie sami.

Po wszystkim doszłam do wniosku, że winę za taki układ rzeczy ponosi zbyt duża ilość rumu. Na początku nie zwróciłam na to uwagi, bo zawsze do pączków daję alkohol. Nie w takich jednak ilościach! Dwie łyżki to stanowczo za dużo. Wydaje mi się, że olejek byłby dużo lepszym rozwiązaniem - bezpieczniejszym, no i da bardziej wyraźny smak. Dwie, trzy krople, i powinno się udać.

Co do źródła... Kiedy drugi raz ciasto nie urosło, zła, wyrzuciłam plik z przepisem, w którym również znajdował się adres strony, z której go wzięłam. Później, choć próbowałam, nie mogłam już go znaleźć... Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Jeśli znacie autora, proszę, podrzućcie adres. Z drugiej strony jednak nie wiem, czy taka recenzja byłaby dobrą reklamą dla bloga...

A teraz już zapraszam Was na rumowe oponki. Puchate, pączkowe, z delikatnym aromatem rumu. Smaczne. C. był bardzo zadowolony. Ja, po tym co z nimi przeszłam w kuchni, nieco mniej...

Oponki rumowe


Składniki:
(na 7-8 sztuk)
  • 250 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 żółtko
  • 1 jajko
  • 50 ml letniego mleka
  • 60 g cukru pudru
  • 2 łyżki ciemnego rumu
  • 25 g miękkiego masła
  • 1/4 łyżeczki soli

dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 1-2 l oleju

Drożdże rozetrzeć z mlekiem, 1 łyżką mąki i 1 łyżką cukru. Odstawić na 15 minut, żeby drożdże ruszyły.

Masło utrzeć z cukrem pudrem. Wbić żółtko, następnie całe jajko, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać rozczyn, wsypać sól, partiami dodawać mąkę. W tym momencie należy zmienić końcówki w mikserze na haki do ciasta drożdżowego, lub dalej wyrabiać ręcznie. Ka końcu wlać rum, wyrobić gładkie, nielepiące się ciasto. Odstawić na 2-3 godziny w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na grubość 1,5 cm. Szklanką wycinać koła, malutkim kieliszkiem dziurki.  Oponki odstawić na 30-60 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięte oponki smażyć na gorącym oleju na złoty kolor z obu stron.
Oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

A jak u Was pogoda...? Bo u nas znów zima... Kiedy C. wrócił z pracy, o pierwszej w nocy, z przerażeniem zauważyłam, że okno nad łóżkiem jest całkiem zasypane... Na szczęście nie musiałam odkopywać auta o piątej nad ranem, bo później już nie padało... Mimo wszystko, nie jest mi z tym najlepiej - miałam nadzieję na wiosnę, a tu znów biało... Kiedy wreszcie zima się spakuje na dobre...?

poniedziałek, 11 lutego 2013

Zakochaj się w pączku!

Dzisiaj będzie coś z pogranicza Tłustego Czwartku i Walentynek. Chciałam bowiem z tej drugiej okazji sprawić przyjemność mojemu C., a doszłam do zaskakujących (mnie) wniosków. Otóż, okazało się, że C. jest pączkożercą, i to na szeroką skalę. Te przygotowane w zeszłym tygodniu pochłonął w tempie błyskawicznym - serio, gdyby nie moje stanowcze zabiegi polegające na zabraniu mu talerza, do czwartku nie doczekałoby nic (a smażyłam je w środę późnym wieczorem...). W związku z tym stwierdziłam, że kolejne pączuszki z pewnością go ucieszą. Nie pomyliłam się. Kiedy więc u Ani zobaczyłam pączki w kształcie serc wiedziałam, że to dokładnie to, czego mi potrzeba. Niestety - moje serduszka nie są tak śliczne i zgrabne jak jej... Ale bardzo się starałam, i te starania właśnie zostały docenione poprzez wchłonięcie połowy na jedno posiedzenie. 
Uroczy kształt pożyczyłam od Ani, ale przepis na ciasto wzięłam od Doroty - z tej prostej przyczyny, że nie chciałam, żeby zostały mi bezpańskie białka. Proporcje jednak pozmieniałam tak, że z oryginalnym przepisem mają już niewiele wspólnego... Wyszły bardzo smaczne - delikatne, bardzo puszyste. Jeśli uważacie, że jedyne słuszne pączki robi się na samych żółtkach - koniecznie spróbujcie tych. Są równie pyszne, a jednak mniej kapryśne (choć kształtu, jak widać na załączonych obrazkach, za bardzo trzymać nie chcą). Jako nadzienia użyłam dżemu truskawkowego - mój był nieco zbyt rzadki, i wypływał. Używajcie więc specjalnych marmolad do pączków lub dżemów domowej roboty, które są twarde i ładnie będą siedzieć tam, gdzie je wciśniecie. Całość posypałam cukrem pudrem wymieszanym z mlekiem w proszku - bardzo mi się ten smak spodobał, polecam wypróbować.

Ogólnie uznałam, że smażenie w głębokim tłuszczu nie jest jednak aż tak straszne. Owszem, robiłam w życiu przyjemniejsze rzeczy, ale... Daje się wytrzymać. A dla zachwyconej miny C. jestem w stanie poświęcać się nawet częściej (w najbliższym czasie mam w planach wypróbować jeszcze dwa inne rodzaje pączusiów - przepisy z pewnością przydadzą się za rok w okolicach karnawału).

Pączki-serduszka z dżemem truskawkowym


Składniki:
(na 20 sztuk)
  • 450 g mąki pszennej
  • 20 g świeżych drożdży
  • 50 g cukru
  • 100 ml letniego mleka
  • 80 ml letniej wody
  • 2 jajka
  • 50 g masła
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka wódki

nadzienie:
  • 100 g dżemu truskawkowego

posypka:
  • 70 g cukru pudru
  • 25 g mleka w proszku

dodatkowo:
  • 1-2 l oleju

Mąkę przesiać do misiki. Zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i zalać połową mleka wymieszanego z wodą. Odstawić na 15 minut.

Do zaczynu dodać resztę płynów, jajka, sól, wódkę i pozostały cukier. Zagnieść ciasto.
Masło rozpuścić i ostudzić. Dodać do ciasta, wyrobić. Ciasto może się nieco lepić.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na grubość 1,5-2 cm. Wykrwać foremką serduszka, układać na blacie obsypanym mąką. Zostawić do wyrośnięcia na 30 minut.

Po tym czasie smażyć pączki w garnku z rogrzanym olejem, po 1-1,5 minuty z każdej strony.
Gorące pączki nadziewać dżemem za pomocą szprycy, oprószyć cukrem pudrem wymieszanym z mlekiem w proszku.

Smacznego!


Jak tam pogoda? Bo u nas śniegu sporo, a lodu jeszcze więcej. Dziś na spacerze z psą, gdyby nie wspierające ramię C., wyłożyłabym się jak długa. Brrr... Dobrze, że chociaż drogi sypią solą, bo inaczej naprawdę bałabym się jeździć do pracy...

czwartek, 7 lutego 2013

A jednak smażyłam...

Jestem osobnikiem nieuleczalnie chorym. Należałoby mnie zamknąć w jakimś przytulnym pokoiku, z dala od kuchni. Co prawda zaowocowałoby to z pewnością pogorszeniem stanu umysłowego, ale być może wadze przestałoby być tak ciężko...

Kiedy wróciłam dziś do domu, byłam ledwo żywa. Serio - oczy mi się same zamykały, czułam się, jakby ktoś wypompował ze mnie wszystkie siły witalne. Myślałam tylko o wolnej sobocie, kiedy to w końcu będę mogła sobie rano pospać... Po wyjściu C. do pracy włączyłam laptopka, żeby sprawdzić pocztę (tatuś odgrażał się emaliami), i tak jakoś zawędrowałam na blog Daktyle w czekoladzie. I, proszę Państwa, przepadłam, kiedy ujrzałam te słodkie maleństwa. Zakochałam się od razu, bez pamięci. Nagle pomysł z kupowaniem pączka wydał mi się całkowicie niedorzeczny - no bo jak to tak...? To przecież pierwszy Tłusty Czwartek C., biedak nie może kojarzyć go ze sklepowym gniotkiem, który z pączkiem niewiele ma wspólnego. Zachęcona stwierdzeniem, że pączusie robi się szybko i bezproblemowo, pobiegłam do sklepu po olej. I faktycznie - dwie godziny po zabraniu się za zagniatanie ciasta miałam całą pokaźną górkę domowej robot pączków.
Zmieniłam w przepisie parę drobiazgów - nadzienie z Nutelli wydawało mi się dobrym pomysłem, i zdecydowanie miałam rację. Pączusie są słodziutkie i pyszne! A posypka z mleka w proszku faktycznie zachwycająca - nadaje zwykłemu cukrowi specyficznego smaczku, który z pewnością wszystkim przypadnie do gustu. 

Jedynym problemem jest fakt, że takie małe brzydalki mi wyszły... Wiecie - kompletnie unikatowe - co jeden to inny. Nie przeszkadzało nam to jednak delektować się ich wspaniałym smakiem wczoraj wieczorem, i z trudem uchowałam kilka na dzisiaj - w końcu po to je upiekłam!

Mini pączki z Nutellą i posypką z mlekiem w proszku


Składniki:
(na 20-25 sztuk)
  • 300 g mąki pszennej
  • 20 g świeżych drożdży
  • 40 g cukru
  • 65 ml letniego mleka
  • 60 ml letniej wody
  • 1 jajko
  • 50 g masła
  • 1/4 łyżeczki soli

nadzienie:
  • 100 g Nutelli
  • 35 ml śmietany kremówki (38%)

posypka:
  • 100 g cukru pudru
  • 35 g mleka w proszku

dodatkowo:
  • 1 l oleju

Mąkę przesiać do dużej miski. Zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać łyżeczkę cukru, zalać połową mleka, odstawić na 10-15 minut.
Do zaczynu dodać resztę cukru i mleka, wodę wbić jajko, wsypać sól i zagnieść ciasto. 
Masło rozpuścić i przestudzić. Dodać do ciasta, wyrobić gładkie ciasto. Odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, następnie rozwałkować na grubość 1,5 cm. Jeśli będzie się mocno kleiło, podsypać mąką. Z ciasta wycinać niewielkie kółka, na przykład kieliszkiem, układać na obsypanym mąką blacie. Zostawić do napuszenia na 30 minut.

Kremówkę i Nutellę podgrzać w garnku, aż Nutella nieco się rozpuści. Dokładnie wymieszać, odstawić do wystudzenia.

W szerokim garnku rozgrzać litr oleju. 
Smażyć pączki 4-5 minut, obracając kilka razy w trakcie smażenia, żeby się równomiernie zrumieniły. Ciepłe nadziewać kremem, a następnie obtaczać w posypce z przesianego cukru pudru z mlekiem w proszku.

Smacznego!
Jak widać, nawet kiedy dostałam rozgrzeszenie w kwestii kupowania słodkości, nie mogłam się oprzeć przygotowaniu ich samodzielnie. To jakaś skaza, uzależnienie - ale bardzo mi z nim dobrze.
I muszę się przyznać, że smażenie w głębokim tłuszczu nie było aż tak traumatyczne, jak myślałam - poszło szybko, gładko, bez łzawiących oczu i dymu w całym mieszkaniu. Szczerze mówiąc, tak mi się spodobało, że z rozpędu może w weekend usmażę coś jeszcze...? Coś ładniejszego, z pewnością.

piątek, 1 lutego 2013

Alternatywa dla tradycji, czyli pączkowe muffiny

Tłusty Czwartek zbliża się wielkimi krokami. Nie wyobrażam sobie tego dnia bez przynajmniej jednego pączka - wiadomo, tradycji musi stać się za dość. W tym roku mam zamiar tradycją podtuczyć również C. - no przecież jego nie zjedzenie pączka nie może wpłynąć na moje szczęście! 
Nie jestem pewna, czy zepnę się w sobie na tyle, żeby samej je smażyć - nie znoszę tego gara z gorącym olejem... Zawsze mam czarne wizje, jak wszystko się z niego wylewa. Najczęściej na mnie. Albo asystującą mi wiernie Ptysię. Brrr... 

Dlatego, na próbę, przygotowałam pączkowe muffinki z książki 1 mix, 100 muffins Susanny Tee. Wyszły naprawdę smakowite (C. stwierdził, że wyglądają kalorycznie jak tradycyjne pączki, ale ja tam się z nim nie zgadzam). Do pączków mimo wszystko dość im daleko, jednak cukrowa posypka nadaje im niepowtarzalnego charakteru. U mnie z domowymi powidłami śliwkowymi, ale jak ktoś ma chęć, może dać różę. 
Z ciekawostek - moja Babcia i Mama nigdy nie robiły pączków z różą, tylko właśnie zawsze ze śliwką. Nie wiem, dlaczego, ale tak właśnie kojarzy mi się smak domowego pączka.

Jedyną wadą tych muffinek jest fakt, że bardzo szybko się starzeją - zdecydowanie najlepsze w dniu pieczenia, następnego da się zjeść ze szklanką mleka, ale kolejnego, niestety, są już kompletnie niezjadliwe... 

Muffinki jak pączki


Składniki:
(na 12 sztuk)

suche:
  • 340 g mąki pszennej
  • 90 g cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli

mokre:
  • 2 jajka
  • 250 ml mleka
  • 90 ml oleju
  • 1 łyżeczka kestraktu z wanilii

nadzienie:
  • 12 łyżeczek powideł śliwkowych

dodatkowo:
  • 80 g masła
  • 100 g cukru

Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z cukrem i solą.
W drugiej misce lekko ubić jajka, wlać olej, mleko i ekstrakt, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, niedbale wymieszać, tylko do połączenia składników.

Formę na muffinki wyłożyć papilotkami. Do każdej nakładać łyżkę masy, na to łyżeczkę powideł. Na wierzch równomiernie rozłożyć resztę masy.

Piec w 190 st. C. 25-30 minut.
Przestudzić 5 minut.

W tym czasie rozpuścić masło i przestudzić.
Wierzch muffinek maczać w maśle, następnie dokładnie obtaczać w cukrze.
Odłożyć na kratkę do całkowitego wystudzenia.

Smacznego!

Póki co, zima z Danii uciekła - śnieg stopniał całkowicie, za to deszcz nie daje o sobie zapomnieć. Ptysia głęboko nieszczęśliwa całą sobą okazuje dezaprobatę dla wyciągania jej na spacerki. Zrobiło się jednak troszkę cieplej, i choć nadal pod płaszczem noszę dwa swetry, to już nieco luźniej wiążę szalik. Ach, wiosno, gdzie jesteś...?

czwartek, 3 marca 2011

Tłustoczwartkowe pączkowanie

Czwartek. Tłusty. Było nie było, pączki być muszą. I kropka.
Tylko że, moi drodzy, przygotowanie pączków to droga przez mękę. Wyrobienie ciasta drożdżowego z kilograma mąki rzeczą prostą nie jest (chyba, że ma się stojący mikser, który wszystko robi za nas, ale ja się takiego jeszcze nie dorobiłam). Mięśnie prawej ręki z pewnością mam teraz nieco lepiej wyrobione. Rośnięcie i lepienie kuleczek to drobiazg, przyjemność nawet, ale potem przychodzi czas na... Smażenie. Koszmar! Nie wiem dlaczego, ale mając w kuchni garnek wypełniony gorącym tłuszczem czuję się średnio komfortowo. Poza tym nie wiem, jak to się dzieje, ale w oleju oprócz pączków jest też bliższa i dalsza okolica garnka. Więc kiedy fura słodyczy piętrzy się na talerzu, garnek ze swą zdradliwą zawartością powoli stygnie, trzeba się za sprzątanie zabrać. Naprawdę, czuję się tym smażeniem zmęczona. Jednak dobrze pamiętałam, że w zeszłym roku przy tych pączkach jakiś haczyk był...
Tak czy inaczej, trzy talerze pełne pączków stoją spokojnie na stole i czekają na D. i Najlepszych Sąsiadów. Wyszło 30 całkiem sporych sztuk, więc myślę, że na naszą czwórkę starczy. Każdy nie tylko spróbuje, ale przypuszczalnie porządnie się naje. I pewnie w przyszłym roku też się na to szaleństwo i masochizm czysty porwę. Bo jednak taki domowy pączek to jest coś... O niebo lepszy od kupnego! I rozanielone miny konsumentów wynagradzają wszystkie cierpienia, piekące oczy i lodowatą po wietrzeniu kuchnię...

Tak naprawdę nie mam pojęcia, ile ten przepis ma lat. Moja Mama dostała go od swojej Teściowej, i obie zawsze używają właśnie tej receptury. I zawsze pączki są pyszne - puchate, delikatne, niezbyt słodkie, za to ze słodziutkim wnętrzem. Pychota! I tak, wiem, ilość tłuszczu może przerazić... Ale błagam! To są pączki - one nawet nie udają, że próbują być dietetyczne. Milion kalorii - i o to chodzi! W końcu raz nie zawsze, zawsze nie wciąż...

Mimo wszystko pokusiłam się o pewne zmiany - dałam połowę drożdży przewidzianych w oryginalnym przepisie (100 g to jak na moje oko stanowczo za dużo), a i tak ciasto wyrastało jak szalone. I oczywiście do wyrabiania użyłam miksera i zwykłej plastikowej miski zamiast makutry i drewnianej pałki. Babcia zawsze uderza w ciasto 1000 (słownie: tysiąc!) razy, i według tradycji dopiero wtedy jest wystarczająco napowietrzone, żeby ładnie urosło. Cóż... Mi się udało osiągnąć ten efekt za pomocą miksera. A i tak padam z nóg - to znaczy ręka mi odpada. Ale oczywiście, co kto lubi...

Babciowo-Mamowe pączki na żółtkach



Składniki:
(na około 30 sztuk)
  • 1 kg mąki
  • 8 żółtek
  • 50 g drożdży świeżych
  • 110 ml oleju
  • 100 g masła
  • 50 g cukru
  • 500 ml mleka

dodatkowo:
  • cukier puder
  • dżem lub marmolada
  • ziemniak
  • pół garnka oleju

Masło rozpuścić i przestudzić.
Żółtka z cukrem ubić na puszystą, jasną masę. Wkruzszyć drożdże, miksować aż do ich całkowitego rozpuszczenia.
Wlewać na zmianę olej i masło.
Następnie dodawać mąkę na zmianę z mlekiem. Kiedy końcówki do ubijania białek przestaną dawać sobie radę z gęstym ciastem, wymienić je na te do ciast drożdżowych.
Wyrobić gładkie, nieklejące, sprężyste ciasto. Odstawić w ciepłe miejsce na około 1 godzinę, do podwojenia objętości.

Z wyrośniętego ciasta formować kulki (u mnie po około 65 g), układać na oprószonym mąką blacie i zostawić do napuszenia na około 30 minut.

Ziemniaka obrać i pokroić w średniej grubości plastry.
W szerokim garnku rozgrzać olej. Kiedy osiągnie odpowiednią temperaturę (kropla zimnej wody spowoduje pryskanie i gwałtowne bulgotanie), wkładać pączki i smażyć z obu stron na brązowo (około 1,5 minuty z każdej strony). Razem z pączkami wrzucać po plasterku ziemniaka; kiedy zbrązowieje, wyjmować i wkładać nowy.
Pączki wyjmować na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem. Nadziewać ulubionym dżemem lub marmoladą (dosyć gęstą, żeby nie wypływała z pączków).
Posypać cukrem pudrem.

Smacznego!

Moim zdaniem są to jedne z lepszych pączków, jakie jadłam. Siła przyzwyczajenia? Być może. W każdym razie jestem z siebie bardzo dumna, że się udały. Takie puchate, mmm... Bajka. Czego więcej chcieć?