Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciasta z serem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciasta z serem. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 czerwca 2017

O imionach. I drożdżówkach z morelowym twarożkiem

Imiona... Dziwna jest z nimi sprawa. Kiedy kogoś poznajemy, pierwszą rzeczą, którą na temat tej osoby słyszymy, jest jej imię. Czasem utrwala nam się od razu; bywa, że ulatuje w rejony, z których ciężko jest je później ściągnąć. 
Moja ostatnia współlokatorka z internatu miała na imię Monica. Gdy mi się przedstawiała, imienia nie dosłyszałam; lub też coś rozproszyło moją uwagę, i go nie zakodowałam. Za to ubzdurałam sobie, że nazywa się Julie, i kiedy w końcu ktoś mnie litościwie po tygodniu z błędu wyprowadził, zrazu nie mogłam się przestawić. Bo jak to tak...? Przecież Julie pasowało do niej znacznie bardziej!

I o ile ta sytuacja jest krępująca, ostatnio doświadczyłam podobnej, ale w dużo większym natężeniu. W poniedziałek wyręczałam w pracy zaproszenia na ślub; wszystko poszło gładko, koledzy się cieszyli i dziękowali, ja się uśmiechałam i rumieniłam. W środę natomiast uświadomiono mi, że Mads, który pracuje z nami od niemal roku, tak naprawdę ma na imię Bas! (Nie pytajcie; niech wystarczy jedno słowo: Holender. Ale nie latający.)
Najpierw zrobiło się strasznie głupio i wstyd, no bo jak to tak...? Później przypomniałam sobie sytuację, która nastąpiła krótko po jego przybyciu; jedna z koleżanek (już z nami nie pracuje) nie mogła się nadziwić, że Mads jest z Holandii, a ma typowo duńskie imię! I tak utkwiło mi to w głowie, że chociaż Bas słyszałam kilkanaście, a może kilkadziesiąt razy dziennie przez ponad pół roku, w magiczny sposób między moich uchem a mózgiem zamieniało się w Mads. 
A najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nie potrafię się przestawić. Bas już chyba zawsze pozostanie dla mnie Madsem... Ale to dobry chłopak i się na mnie o to nie gniewa. 

Ja natomiast nie mogę wyjść z szoku, jak zadziwiający potrafi być ludzki mózg...

Pogoda w Danii po powrocie z wakacji zdecydowanie nie dopisywała - pochmurno, deszczowo; trzynaście kresek powyżej zera to już był prawdziwy cud. I choć prognozy nadal nie są zbyt obiecujące, to dzisiaj nagle zrobiło się w miarę ciepło i słonecznie. Zachęcona takim obrotem sprawy, nabrałam ochoty na piknik. Nie mam pojęcia, czy się uda, bo aura w weekend z pewnością będzie kaprysić, nie mniej mam dla Was przepis idealnie na piknik się nadający. Pyszne, mięciutkie drożdżówki z owocowym twarożkiem.
Przez dodatek moreli nadzienie jest dość rzadkie i ciasto trochę ciężko się kroi i zawija, ale za to wynagradza te niedogodności smakiem. Delikatna nutka pomarańczy świetnie się bowiem z morelowym smakiem komponuje. Należy też pamiętać, że drożdżowe na maślance jest bardziej wilgotne i dłużej zachowuje świeżość; choć oczywiście, najlepsze i tak jest zaraz po upieczeniu.
Słodkie, owocowe, drożdżowe bułeczki z pewnością wzbudzą wiele achów.

Przepis bazowy znalazłam u Doroty, po czym nieco go zmodyfikowałam według własnego widzi mi się.

Drożdżówki z morelowym twarożkiem


Składniki:
(na 12sztuk)
  • 765 g mąki pszennej
  • 55 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 20 g świeżych drożdży
  • 230 g letniej maślanki
  • 90 g masła
  • 3 jajka

nadzienie:
  • 60 g serka kremowego
  • 30 g miękkiego masła
  • 1 żółtko
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 75 g cukru
  • 150 g moreli
  • 1,5 łyżki mąki pszennej

dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka

lukier:
  • 150 g cukru pudru
  • 4-5 łyżek soku z pomarańczy

Drożdże rozetrzeć z cukrem, dodać 2 łyżki maślanki i 2 łyżki mąki. Wymieszać, odstawić na 15-20 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski. Dodać rozczyn, pozostałą maślankę, jajka i sól. Zagnieść ciasto. Wlać przestudzone masło, wyrobić gładkie ciasto. Przykryć miskę ściereczką, odstawić na 1-1,5 godziny w ciepłe miejsce.

W tym czasie przygotować nadzienie. 
Morele przekroić na połowy, wyjąć pestki i zmiksować owoce na gładki mus. Dodać serek, masło, żółtko, skórkę z pomarańczy, cukier i mąkę. Wymieszać.

Wyrośnięte ciasto raz jeszcze szybko zagnieść. Rozwałkować na prostokąt o wymiarach 60x30 cm. Posmarować nadzieniem, a następnie złożyć w poziomie trzy razy. Przekroić na 12 kawałków. Bułeczki układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, skręcając każdą na środku.
Odstawić do napuszenia na 20-30 minut.

Po tym czasie posmarować bułeczki żółtkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec w 180 st. c. przez 25-30 minut.
Przestudzić.

Cukier puder przesiać, wymieszać z sokiem z pomarańczy. Polukrować jeszcze ciepłe drożdżówki.

Smacznego!

A przede mną wolny weekend. Nie macie pojęcia, z jaką niecierpliwością na niego czekam...

środa, 10 maja 2017

Truskawki i tymianek. Drożdżówki

Niedziela. Wstałam o zawstydzająco późnej godzinie (choć należy wziąć poprawkę na fakt, że co drugi weekend budzik wyrywa mnie z łóżka o wpół do pierwszej w nocy, w związku z czym godzina ósma, dla innych zupełnie normalna, mi wydaje się niesamowitym luksusem), a po wejściu do rozświetlonej porannym słońcem łazienki stwierdziłam, że to będzie dobry dzień.
Ubrałam się w czarne skarpetki, czarne getry (zwane modnie legginsami) oraz czarną bluzkę z rękawem trzy czwarte (kolor bielizny pominę, nie jest istotny dla sprawy). Zadowolona z siebie, wyszłam do ogrodu, gdzie C. już czekał rozłożony na sofie. Popatrzył na mnie spod oka i spytał, gdzie ja się tak ubrana wybieram. Nigdzie - odparłam zgodnie z prawdą, nie rozumiejąc uszczypliwości. Zjedliśmy śniadanie (boskie gofry z poprzedniego wpisu), zaparzyłam sobie herbaty i rozsiadłam się na tarasie, obserwując nieśmiało kiełkującą cebulkę i zdecydowanie śmielsze rzodkiewki. Po pięciu minutach wstałam, udałam się do sypialni, zrzuciłam wszystko, co czarne, żeby nałożyć - uwaga! - letnią sukienkę w paski! Skarpetki zastąpiłam klapkami, zajęłam uprzednie miejsce w fotelu i udawałam, że nie widzę wymownego spojrzenia C.

Dzień minął nam na spacerach z psami, pieleniu ogródka i otwarciu sezonu grillowego, przy czym sukienkę zamieniłam na spodnie o godzinie dziewiętnastej. Było bosko! 
I tak, nie krępujcie się - możecie mi zazdrościć. Tak naprawdę sama sobie zazdroszczę, bo okazało się, że niedziela była jakimś cudownym wyjątkiem. Teraz jest znów chłodno i pochmurnie, a gdy piszę te słowa, ewidentnie zbiera się na deszcz. 

Nie tracący optymizmu i ducha C. stwierdził, że lato w tym roku już zaliczyliśmy (co jest odniesieniem do jednego z ulubionych zdań Duńczyków: Uwielbiam duńskie lato. To najpiękniejszy dzień w roku), więc nie mam zrzędzić, tylko cierpliwie czekać do przyszłego roku.

I tak, wiem, że na najlepsze truskawki trzeba poczekać jeszcze miesiąc. Nic z tymi czerwcowymi równać się bowiem nie może. Jednak po zimie, która w tym roku nie mroźna, ale szara i błotnista była, przez co zmęczyła mnie bardziej niż gdyby zasypała nas śniegiem po dachy, mam nieodpartą ochotę na truskawki właśnie. Sięgnęłam po przepis Beaty, który wypróbowałam już wcześniej, i okazał się prawdziwym hitem. Ponieważ jednak nie lubię powtarzać przepisów, postanowiłam coś zmienić. Tym razem była to zmiana niewielka, bo bazylię zastąpiłam tymiankiem. Pozostał ten sam delikatny, ziołowy aromat, ale jednak nieco inny. Z truskawkami oba dodatki komponują się idealnie, a połączenie jest tak oryginalne, że naprawdę warto je wypróbować. Nawet dwukrotnie!

Drożdżówki z truskawkami i lukrem tymiankowym


Składniki:
(na formę 30x22 cm)
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 75 g cukru
  • 2 jajka
  • 70 g masła
  • 600 g mąki pszennej

nadzienie:
  • 300 g serka kremowego
  • 40 g cukru
  • 500 g truskawek

dodatkowo:
  • 3 łyżki mleka

lukier:
  • 15 gałązek tymianku
  • 170 g cukru pudru
  • 3 łyżki mleka

Drożdże rozetrzeć z 1 łyżeczką cukru, dodać 100 ml mleka i trzy łyżki mąki. Wymieszać, żeby nie było grudek, odstawić na 15-20 minut.
Mąkę przesiać do dużej miski. Dodać rozczyn, jajka, pozostały cukier i mleko. Zagnieść ciasto. Wlać rozpuszczone i przestudzone masło, wyrobić gładkie, elastyczne ciasto.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Po tym czasie ciasto rozwałkować na prostokąt o grubości 0,5 cm i długości około 50 cm. 
Serek wymieszać z cukrem, posmarować nim ciasto. Na wierzchu rozłożyć pokrojone w plasterki truskawki. Ciasto zwinąć ciasno jak roladę, pokroić na 12 plastrów. Ułożyć je blisko siebie w formie wyłożonej papierem do pieczenia.
Odstawić na 20-30 minut do napuszenia.

Wyrośnięte drożdżówki posmarować mlekiem.

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut, aż nabiorą ładnego koloru.
Ostudzić.

Listki tymianku zemleć w młynku do kawy z 1-2 łyżkami cukru. Wymieszać z pozostałym pudrem, a następnie z mlekiem. Polukrować bułeczki, zostawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!


Drożdżówki są puszyste i mięciutkie, a serowe nadzienie i soczyste truskawki sprawiają, że dłużej zachowują świeżość. Będą idealne na piknik, kiedy w końcu pogoda na nie pozwoli...

wtorek, 18 kwietnia 2017

Powielkanocny śnieg i wieniec drożdżowy. Truskawkowo-pistacjowy

Nie uwierzycie, na co właśnie patrzę. Tak naprawdę, sama w to nie wierzę. Śnieg.
Siedzę na kanapie, nogi opatuliłam wełnianym kocem, bo w końcu mamy już prawie koniec kwietnia, za nami kilka prawdziwie wiosennych dni i jakoś tak głupio palić w kominku. A od rana dzisiaj chłodno i pochmurnie; na spacer z psami włożyłam czapkę i rękawiczki, zupełnie się tego nie wstydząc. Szukając natchnienia w żywopłocie za oknem, spostrzegłam najpierw pojedyncze i nieśmiałe, a po chwili otwarcie już sypiące, białe płatki. Wpatrywałam się w nie z lekko i niezbyt mądrze rozchylonymi ustami, nie wierząc własnym oczom. Przecież mamy już wiosnę!
Proszę, powiedzcie, że to tylko zły sen...

Pamiętam Wielkanoc, podczas której w Lany Poniedziałek ubrałam się w granatową, letnią sukienkę (żeby po pięciu minutach wrócić do domu kompletnie przemoczona i z bielizną, kiedyś białą, teraz w gustownym odcieniu chabrowym); dzisiaj, po zimie, której tak naprawdę nie było, obserwuję prószący leniwie śnieg.
Świat staje na głowie.
A posty piszą się niemal same.

Przed i w trakcie Świąt miałam prawdziwie urwanie głowy. Zupełnie nie ogarnęłam się z przepisami, życzenia składałam na ostatnią chwilę. Dlatego dzisiaj jeszcze pokażę Wam ciasto, które stworzyłam z myślą o Wielkanocy, ale które równie wspaniale sprawdzi się w roli smakołyku na czerwcowy piknik, kiedy truskawki są najsmaczniejsze.
Zamiast puszystej, dorodnej baby stworzyłam równie efektowny, drożdżowy wieniec. Kiedy po długich poszukiwaniach kremu pistacjowego odkryłam, że mogę go kupić w markecie w mojej mieścinie, zaopatrzyłam się (na zapas) w kilka słoiczków, i teraz namiętnie dodaję go do wszystkiego. Drożdżowemu też się dostało.
Ciasto wyszło mięciutkie i przyjemnie przyjemnie maślane, a nadzienie ze słodkiego kremu i całkiem już smacznych truskawek pasuje tutaj idealnie. Słodka, cukrowa skorupka i chrupiące kawałki orzeszków tylko dodają mu atrakcyjności.
Wygląda ślicznie, a smakuje jeszcze lepiej.
Nie czekajcie na kolejną Wielkanoc, żeby wypróbować ten przepis.

Drożdżowy wieniec z kremem pistacjowym i truskawkami


Składniki:
(na tortownicę z kominem o średnicy 26 cm)
  • 375 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 40 g cukru
  • 40 g masła

nadzienie:
  • 150 g serka kremowego
  • 100 g kremu pistacjowego
  • 230 g truskawek

dodatkowo:
  • 20 g niesolonych pistacji bez łupinek
  • 2 łyżki cukru perłowego
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka

Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać 1 łyżeczkę cukru, wlać połowę mleka i odstawić na 15 minut.
W tym czasie rozpuścić masło, przestudzić.

Do wyrośniętego zaczynu dodać pozostały cukier oraz mleko, wbić jajko. Zagnieść ciasto. Dodać masło, wyrobić gładkie ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia na 60-90 minut. 

Serek wymieszać z kremem pistacjowym na gładką masę.
Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki. Pokroić w plasterki.
Po tym czasie ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Rozwałkować na oprószonym mąką blacie na prostokąt o długości 40 cm. Posmarować kremem, równomiernie rozłożyć truskawki. Zwinąć ciasno wzdłuż dłuższego boku, następnie rozciąć wzdłuż ostrym noże. Zawinąć ze sobą oba końce.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Przełożyć ciasto do formy, łącząc końce.
Odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.

Wyrośnięte ciasto posmarować roztrzepanym z mlekiem jajkiem, posypać posiekanymi pistacjami i cukrem perłowym.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


A jutro zabierają mnie na kurs czekoladowo-glazurowy. Cieszę się ogromnie! Czekolada to mój konik, ale w kwestii glazur lustrzanych muszę się jeszcze dużo nauczyć... 
A egzamin już za rok!

poniedziałek, 31 października 2016

Tort dla Jacka Skellingtona

Znacie może Jacka Skellingtona? Nie...? Najwyższy więc czas się zapoznać z tym szkieletowym młodzieńcem! Szczególnie, że już dziś mamy Halloween, więc okazja ku temu wyśmienita. 

Animacje Burtona uwielbiam. Są genialne, mroczne, a jednocześnie niesamowicie wzruszające. Wciągają bez reszty. Moją ukochaną, bez dwóch zdań, jest Miasteczko Halloween (którego oryginalny tytuł brzmi Nightmare before Christmas, i, moim zdaniem, zdecydowanie lepiej oddaje ducha filmu). 
Jack Skellington, Dyniowy Król, ma depresję. Nie che już straszyć, znudziły mu się halloweenowe zwyczaje i najzwyczajniej w świecie - pragnie odmiany. Gdy przypadkiem trafia do miasteczka Bożego Narodzenia, widzi Mikołaja, prezenty, choinki i ogólną radość, postanawia ten uroczy zwyczaj wprowadzić w swojej mrocznej krainie. Wszelkiej maści potwory i najróżniejsze strachy ochoczo zabierają się do dzieła, zupełnie jednak nie wyczuwają ducha Świąt. W prezentach doszukują się przerażających niespodzianek, choinkę chcą udekorować kośćmi, a świątecznym melodiom nadają pogrzebowych tonów. Jack wpada więc na szalony pomysł porwania Świętego Mikołaja i zastąpienia go przy rozdawaniu prezentów. 
Wszyscy wiedzą, że to nie może skończyć się dobrze...
Oczywiście, dla romantyków jest też wątek miłosny - pozszywana z rozdartych kawałków Sally podkochuje się w Jacku, nie śmie jednak wyznać mu swoich uczuć. Więziona przez szalonego naukowca, w końcu ucieka i...

Koniecznie musicie obejrzeć! Jeśli widzieliście, nic nie szkodzi - my co roku oglądamy Nightmare before Christmas, i za każdym razem bawimy się tak samo dobrze. Dajcie Jackowi szansę skradnięcia i Waszych serc.

W tym roku jakoś mi nie szło przygotowywanie halloweenowych słodkości. Zbyt dużo pracy, za mało czasu wolnego. Poza tym setki muffinek patrzących przekrwionymi oczami przygotowanych w pracy skutecznie zniechęcały mnie do dalszej produkcji w domu. Tortu jednak nie mogłam sobie odmówić - i oto jest. Na cześć mojego ukochanego halloweenowego bohatera.
Przepis na ciasto dyniowe znalazłam w magazynie Spis bedre, nr 10/2016, i użyłam go praktycznie bez żadnych modyfikacji. Zmniejszyłam tylko porcję ciasta o połowę, i zamiast w dużej blaszce, upiekłam w niewielkiej tortownicy. Krem natomiast przygotowałam z całości, redukując znacząco ilość cukru. Wystarczyło na przełożenie i obłożenie ciasta. Nawet orzechy upchnęłam - zamiast na wierzchu, dekoracyjnie, wcisnęłam je do środka. Cudownie chrupią!
Nie jest to klasyczny tort biszkoptowy; jest za to wilgotny i aromatyczny. No i prezentuje się znakomicie! Muszę przyznać, że dekoracja, choć prosta, udała mi się dokładnie tak, jak sobie wymyśliłam. 

Ukontentowana, już za chwilę wbiję w twarz Jacka nóż... 
Na szczęście i tak już nie żyje; and because I am dead, I can take off my head, jak sam śpiewa.

Tort dyniowy z Jackiem Skellingtonem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 19 cm)
  • 200 g puree z dyni
  • 125 g miękkiego masła
  • 75 g cukru trzcinowego
  • 2 jajka
  • 75 g surowego marcepanu
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
krem:
  • 100 g miękkiego masła
  • 200 g serka kremowego
  • 75 g cukru pudru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 40 g orzechów włoskich
dodatkowo:
  • 300 g marcepanu plastycznego
  • czarny barwnik spożywczy w paście
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Dodać starty na dużych oczkach marcepan i skórkę z pomarańczy, połączyć.
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z przyprawami. Partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera, tylko do połączenia składników.

Formę wysmarować masłem. Wyłożyć do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 175 st. C. przez 35-40 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Masło utrzeć z cukrem pudrem i cukrem waniliowym na puszystą, jasną masę. Po łyżce dodawać serek, nie przerywając miksowania.
Orzechy posiekać.

Ciasto przeciąć w poziomie na pół. Na paterze ułożyć spód ciasta, posmarować połową kremu, przykryć drugim blatem. Wierzch i brzegi posmarować resztą kremu, zostawiając 1-2 łyżki. 
Pozostały krem przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę, formując niewielki otwór. Wycisnąć na ciasto łuki ponad i pod oczami oraz usta. Schłodzić w lodówce przez 30 minut, aż krem nieco stwardnieje.

Marcepan rozwałkować na grubość 3-3,5 mm. Ułożyć na cieście, dociskając w okolicach oczu i ust, formując wgłębienia na nos. Barwnik rozrobić w odrobince wody, pomalować oczy, nos i usta.

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Jeśli nie odpowiada Wam dekoracja w mrocznych klimatach, przygotujcie ciasto bez obkładania go marcepanem, a wierzch posypcie orzechami. Torcik bowiem jest tak pyszny, że aż żal go nie spróbować tej jesieni.

czwartek, 29 września 2016

Tymianek i figi. Tarta

Wszyscy bezustannie pytają mnie o to, jak mi jest w tej szkole. Dobrze - odpowiadam; bo jak ma być? Można wylegiwać się w łóżku do niemal siódmej, co oznacza, że nie muszę się kłaść spać o dwudziestej (najpóźniej!) i mam czas poczytać przed snem. Karmią - nie najlepiej, ale z tym nic się zrobić nie da. Z głodu nie umrę, a może niechcący trochę schudnę...? Nie byłoby źle. Zajęcia są przyjemne; wszystko toczy się w leniwym tempie, jest czas na wszystko i dla wszystkich. Z chlebami uwinęliśmy się w trzy dni; od dzisiaj więc zaczynamy przygodę z rzeźbami z czekolady i karmelu. Szczególnie na myśl o tym drugim niecierpliwie przebieram łapkami; do tej pory bowiem z karmelu robiłam co najwyżej nitki... Oj, będzie się działo!

Jednocześnie (a odkrycie to wprawiło mnie w stan niekłamanego zdumienia) nie mogę się doczekać, żeby wrócić do pracy. Do domu, już na stałe, a nie tylko na weekend, oczywiście też. Przede wszystkim właściwie. Okazuje się jednak, że w środowisku pracowniczym jest mi po prostu lepiej. Z natury jestem nieśmiała; dużo czasu zajmuje mi przyzwyczajenie się do nowych ludzi. W piekarni wiem, na czym stoję, znam wszystkich i wiem, czego się mogę spodziewać. Tutaj nowi koledzy są ciągle wielką niewiadomą; tęsknię za tym, co znam, za utartymi schematami; za codziennością. 

I za C. Niby dorosła ze mnie kobieta, a tu proszę - zachowuję się jak zakochana nastolatka, codziennie rano wysyłam smsa z serduszkiem i wieczorem gadam przez telefon całymi godzinami. No kto by się spodziewał...? Ja na pewno nie. 
Takie spojrzenie z dystansu (dosłownie) sprawia, że człowiek zaczyna inaczej patrzyć na sprawy; zaczyna bardziej doceniać to, co ma. Hmm... Może nie bardziej, ale bardziej świadomie. Tak, to dobre określenie. Zobaczyłam, ile mam, i jak okropnie byłoby to stracić.

Ale nie popadajmy w melancholię. Jesień jesienią, ale trzymać się przecież jakoś trzeba.
Dziś mam dla Was fantastyczne ciasto, które na blogu Cioccolato Gatto urzekło mnie już cztery lata temu. Absolutnie bajeczna tarta wręcz uginająca się pod świeżymi figami - sami powiedzcie, czy można się temu oprzeć...? Ciągle jednak brakowało mi jednego, kluczowego składnika: dżemu figowego. Krem z mascarpone jest obłędnie pyszny i kremowy, ale jednocześnie dość konkretny; ciężki. Z łatwością mógłby przyćmić delikatny smak fig. Żeby temu zapobiec, potrzebny jest najlepszej jakości figowy dżem, który cały wypiek ożywi. Ja zrobiłam własny, z dodatkiem winogron, ale możecie użyć dowolnego rodzaju. Odradzałbym jednak te kupne - brakuje im pazura; tego czegoś, co wyniesie tę tartę na zupełnie nowy poziom.
Całość nie jest trudna w przygotowaniu; subtelna tymiankowa nuta pasuje tutaj zaskakująco dobrze. Jeśli chcecie uzyskać wyraźniejszy kontrast, postawcie na rozmaryn - być może wyjdzie nawet lepiej...? 
Tak czy inaczej - polecam Wam to ciasto ogromnie. Korzystajcie z sezonu na figi - jest taki krótki! Za chwilę znowu będzie trzeba czekać rok...

Tarta z kremem tymiankowym i figami


Składniki:
(na formę do tarty o wymiarach 34x9 cm)

spód:
  • 175 g mąki pszennej
  • 50 g cukru pudru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 125 g zimnego masła
  • 1 żółtko
krem tymiankowy:
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 6 gałązek tymianku
  • 250 g serka mascarpone
  • 1 łyżka płynnego miodu
dodatkowo:
Mąkę przesiać z cukrem pudrem, wymieszać z solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Dodać żółtko, szybko zagnieść gładkie ciasto.

Ciasto rozwałkować na prostokąt nieco większy od formy; wyłożyć ciastem formę, formując brzegi. Schłodzić w zamrażarce 15-20 minut.

Ciasto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać grochem lub kamykami do pieczenia.

Piec w 200 st. C. przez 12 minut.

Zdjąć z ciasta obciążenie i papier.

Piec w 200 st. 6-8 minut, aż ciasto nabierze złotego koloru.
Ostudzić.

Kremówkę przelać do rondelka, dodać tymianek i zagotować. Zdjąć z palnika, przykryć i odstawić na 30-60 minut. Odcedzić, schłodzić w lodówce przez noc.

Kremówkę ubić z mascarpone i miodem na sztywny krem.

Kruchy spód posmarować dżemem, na wierzch wyłożyć krem. Schłodzić w lodówce przez 15 minut.
Na kremie ułożyć pokrojone w ósemki figi, udekorować świeżymi gałązkami tymianku.

Smacznego!

Tymczasem moje autko jest już prawie jak nowe; w dodatku mój budżet nie został nadszarpnięty aż tak dotkliwie, jak się spodziewałam. Kto choć raz próbował naprawiać samochód w Danii ten wie, że w pewnym momencie w głowie pojawia się nieproszona myśl: A może lepiej oddać na złom i kupić nowy...? 
Oczywistą odpowiedzią jest nie, ale czasem zdarza się inaczej.
To już jednak zupełnie inna historia...

czwartek, 4 sierpnia 2016

Teatr pod gołym niebem. I letnie drożdżówki z morelami

Na początek lipca czekam bardzo niecierpliwie. Czasy szkolnych wakacji już co prawda dawno minęły, a o urlopie ciągle jeszcze tylko marzę, ale w ostatnich latach C. zaraził mnie swoją rodzinną tradycją, która od początku skradła moje serce. Teatr pod gołym niebem, musical i dobre towarzystwo - czy można chcieć więcej...?

Teatr uwielbiam; w Polsce często chodziłam, tutaj - bałam się, że i tak nic nie zrozumiem. C. stwierdził, że ten spodoba mi się z pewnością - i miał rację. Pierwszego roku ledwo co rozumiałam, ale atmosfera i emocje udzieliły się również mnie. W tym roku znana wszystkim dobrze historia Diego de la Vegi wciągnęła mnie bez reszty. Zorro w wykonaniu na wpół amatorskiej trupy 7-kanten wywołał u mnie wiele emocji; od wybuchów głośnego śmiechu aż po ocierane ukradkiem łzy. Znów postacie drugoplanowe nieco skradły przedstawienie - w tym roku moim niekwestionowanym ulubieńcem był sierżant Garcia, brawurowo zagrany przez Hansa Kaarde Gundesena. Martin Bob Holm, znów w roli czarnego charakteru, sprawdził się wyśmienicie. Główni bohaterowie, szczególnie Luisa, wypadli nieco blado... Ale nie czepiajmy się drobiazgów! Całość jak zwykle wyszła znakomicie, i już czekam na kolejny występ. Tym razem duńska klasyka, czyli Midt om natten. Zapowiada się ciekawie!

A jeśli się uda, w styczniu wybierzemy się na występ zimowy (pod dachem, gdyby ktoś miał wątpliwości). Któż bowiem nie chciałby obejrzeć duńskiej wersji Grease.

Jak zwykle, zabraliśmy ze sobą prowiant. Gorąca kawa to podstawa; pogoda bowiem nam nie dopisuje. Na szczęście w tym roku obyło się bez rzęsistego deszczu i mokrych majtek, ale przelotnych opadów nie udało się uniknąć. Do kawy były kanapki, a ja zabrałam słodkie co nieco. Tym razem drożdżówki z morelami i cynamonowym twarożkiem, z dużą ilością kruszonki.
Proste w wykonaniu; nie napiszę, że szybkie, bo drożdżowe to po prostu nie ten typ. Jednak ciasto zagniotłam wieczorem, wyrastało sobie sobie spokojnie całą noc w chłodnych czeluściach lodówki, a następnego dnia upiekłam puszyste bułeczki. To zdecydowanie pozwala na spokojne zaplanowanie wszystkiego i sprawia, że drożdżówki przestają być nagle aż tak czasochłonne.
Morele i cynamon to zgrana para, idealna na deszczowe lato.
Skusicie się...?

Drożdżówki z morelami, cynamonowym twarożkiem i kruszonką


Składniki:
(na 10 sztuk)
  • 450 g mąki pszennej
  • 200 ml mleka
  • 40 g cukru
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • 60 g masła
  • 15 g świeżych drożdży

nadzienie:
  • 200 g serka kremowego
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1/3 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 5 dużych moreli

kruszonka:
  • 85 g mąki pszennej
  • 65 g cukru
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 60 g zimnego masła

dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka

Mąkę przesiać. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżkę cukru i zalać 100 ml mleka. Odstawić na 15-20 minut.
Masło rozpuścić, przestudzić. 

Po tym czasie dodać do zaczynu pozostałe mleko, cukier, jajko i żółtko. Zagnieść ciasto. Wlać masło, dokładnie wyrobić ciasto.
Przełożyć je do wysmarowanej olejem miski, przykryć dokładnie folią spożywczą i wstawić na noc do lodówki.

Rano ciasto wyjąć z lodówki i zostawić na 30-60 minut na blacie, aby nabrało temperatury pokojowej. Podzielić je na 10 części, z każdej uformować okrągła bułeczkę. Ułożyć je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując odstępy. 
Odstawić na 15-20 minut.

W tym czasie wymieszać serek z żółtkiem, cukrem, cukrem waniliowym i cynamonem.

Morele umyć, przeciąć na pół i pozbawić pestek.

Mąkę na kruszoną przesiać, wymieszać z cukrem i cynamonem. Dodać masło, posiekać, a następnie zagnieść palcami.

W wyrośniętych bułeczkach zrobić spodem szklanki wgłębienia niemal do blachy. W każde wgłębienie nałożyć 1 łyżkę twarożku, na środku ułożyć połowę moreli, delikatnie wciskając ją w serek.
Odstawić na 20 minut do wyrośnięcia.

Żółtko roztrzepać, wymieszać z mlekiem. Posmarować bułeczki, posypać kruszonką.

Piec w 175 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Ostatnio odżyła we mnie drożdżówkowa dusza. Zamiast robić lody, które obiecałam, piekę ciągle nowe słodkie bułeczki. Chyba dlatego, że pogoda zdecydowanie bardziej zachęca do sięgania po te drugie; szczególnie, gdy są jeszcze ciepłe...

piątek, 6 listopada 2015

Czekoladowy cmentarz na Halloween

Chociaż staram się chodzić wcześnie spać (ku wielkiej rozpaczy C., który w nocnomarkowaniu niemal dorównuje mojej Mamie), gdy budzik dzwoni o czwartej, wyrzucam sobie w prostych, żołnierskich słowach, że taką głupią drogę wybrałam. Przechodzi mi po jakichś dziesięciu minutach, przy pierwszym łyku porannej herbaty. W końcu robię to, co kocham, i jeszcze mi za to płacą! Jeśli wstawanie o nieludzkiej porze jest jedynym minusem (a więcej, póki co, nie znalazłam), warto się trochę poświęcić, a później po prostu przyzwyczaić. 
Choć fakt, że to dopiero preludium do weekendu, gdy spod kołdry będę się musiała wynurzyć w okolicach pierwszej, cały czas lekko mnie przeraża...

Wróćmy jednak do weekendu poprzedniego, i naszego niezwykle udanego halloweenowego przyjęcia. Wielonarodowościowe (cztery to w tym przypadku już wiele, prawda...?), kilkujęzyczne, z upiorną stewardessą, inspektorem Gadżetem, Czerwonym Kapturkiem, Wilkiem i Drwalem, a także miniaturowymi Spidermanem, Dzwoneczkiem i Elsą. Dla takiej ekipy trzeba było przygotować coś wyjątkowego. Co prawda plan miałam zupełnie inny, ale ciasto nie wyrosło tak, jak myślałam, i musiałam improwizować. Poszłam trochę na łatwiznę, i niemal na ostatnią chwilę (nagrobki ustawiałam pół godziny przed wyjściem) przygotowałam swoją wersję dobrze wszystkim znanego ciasta z cmentarną dekoracją. Intensywnie czekoladowy spód, gęsty, ale nie bardzo ciężki, przykryty cienką warstwą domowego, kwaskowatego dżemu z hibiskusem, na tym zaś klasyczny krem serowo-maślany. Tak przygotowaną bazę przykryłam czekoladową ziemią, a w nią zatknęłam nagrobki z podłużnych biszkoptów (takich jak do tiramisu). Jeśli miałabym więcej czasu, przygotowałabym bezowe duszki, może jakiś lukrowany płotek... Ale taki prototyp i tak zrobił odpowiednie wrażenie, z czego bardzo się, oczywiście, ucieszyłam. Smakowo też wyszło bardzo dobrze - kwaskowy dżem przełamuje słodycz kremu, a ciasto czekoladowe... Wiadomo, smakuje zawsze.

Jedna uwaga - lukru jest zdecydowanie za dużo na te kilka napisów, ale trzydzieści gram to jedno białko i trochę ciężko podać mniejsze proporcje...
Tak przygotowany lukier można jednak przechować w lodówce przez 1-2 dni, i wykorzystać do innych dekoracji. Na przykład pierniczków... (Sama się sobie dziwię, że to napisałam.)

Ciasto cmentarne


Składniki:
(na formę o średnicy 22 cm)

ciasto:
  • 4 jajka
  • 200 ml mleka
  • 150 g masła
  • 165 g ciemnego cukru muscovado
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 280 g mąki pszennej
  • 50 g kakao
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

krem serowo-maślany:
  • 100 g miękkiego masła
  • 150 g cukru pudru
  • 1,5 łyżeczki cukru waniliowego
  • 300 g serka kremowego

dodatkowo:

nagrobki:
  • 50 g podłużnych biszkoptów

polewa:
  • 75 g mlecznej czekolady
  • 35 g ciemnej czekolady (75%)
  • 35 ml śmietany kremówki (38%)

lukier:
  • 30 g białka
  • 150 g cukru pudru

Masło rozpuścić i przestudzić. 
Jajka roztrzepać, dodać masło, cukier i ekstrakt, połączyć.
Mąkę i kakao przesiać, wymieszać z sodą i proszkiem. Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników.
Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 45-55 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

W tym czasie przygotować nagrobki. 
Czekoladę posiekać, kremówkę zagotować. Zalać nią czekoladę, wymieszać do powstanie jednolitej masy.
Biszkopty przekroić w poprzek na pół, maczać w polewie, odkładać do zastygnięcia na papier do pieczenia.

Cukier puder przesiać, wymieszać z białkiem na gładki lukier. Przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę, tworząc mały otwór. Zrobić napisy i rysunki na nagrobkach. Zostawić do całkowitego zastygnięcia.

Masło utrzeć z cukrem pudrem i cukrem waniliowym na gładką, jasną masę. Po łyżce dodawać serek, miksując na najniższych obrotach miksera.

Ciasto wyjąć z formy, ściąć górkę, wyrównując wierzch. Rozsmarować na cieście cienką warstwę dżemu, następnie krem. Wierzch i boki posypać pokruszonym pozostałym ciastem. Powtykać w ciasto nagrobki.
Przechowywać w lodówce, ale podawać w temperaturze pokojowej.

Smacznego!

Zdjęcie jakie jest, każdy widzi... Ale robiłam je o dziewiątej wieczorem, w ciemnościach i pośpiechu. Z drugiej strony, taka mroczna aura nadaje odpowiedniego klimatu.
Nie ma tego złego, czy jakoś tak...

środa, 7 października 2015

Na jesień: drożdżowe ze śliwkami

Obiecałam Karolinie, że przez godzinkę przypilnuję jej dzieci. Obiecałam już w zeszłym tygodniu, nie wypadało więc dzień wcześniej cofnąć obietnicy. Denerwowałam się jednak, bo dopadło mnie jakieś paskudne przeziębienie. Kicham, prycham, kaszlę i smarkam; ogólnie - nie jest wesoło. Opracowałam już nawet plan, jak by się tu od tych pilnowanych dzieci jak najdalej trzymać, żeby ich choróbskiem nie uraczyć (dwójka małych dzieci w deszczowe, październikowe dni może być męcząca; dwójka chorych dzieci w takich warunkach może nieszczęsną matkę doprowadzić do stanu zbliżonego furii). Okazało się jednak, że nie mam się o co martwić - oboje ochoczo asystowali w pokasływaniu i chrząkaniu, a Natalce bardzo spodobało się wspólne chodzenie do łazienki i wydmuchiwanie nosów. A gdy nieco zmoknięta i zmęczona Karolina wróciła do domu, dołączyła do naszego trio, nie wyróżniając się za bardzo.

Wczorajsze popołudnie spędziłyśmy więc z herbatą (może Was to nie dziwić, ale my zawsze, ale to zawsze, pijemy razem kawę) i drożdżówką, którą rano upiekłam. Zabrałam ją ze sobą jeszcze cieplutką! Mięciutkie, maślane ciasto drożdżowe, nadziane słodkim, waniliowym twarogiem i cudownie fioletowymi śliwkami. Wierzch posypałam migdałami i cukrem, który utworzył chrupiącą, lekko karmelową skorupkę. Ciasto zawinęłam w roladę, a następnie pokroiłam na plastry; wyszły zgrabne ślimaczki, które można od siebie odrywać bez konieczności sięgania po nóż.
Taka aromatyczna drożdżówka to idealny jesienny przysmak, moim zdaniem. Już podczas wyrabiania ciasta można się uspokoić i zamyślić; a gdy z piekarnika zacznie dobywać się słodki zapach, ciężko wytrzymać, aż będzie można sięgnąć po kawałek. Najlepiej jeszcze cieplutki, mmm...

A Wy? Jakie jesienne smakołyki lubicie najbardziej?

Drożdżowe ślimaczki z twarogiem i śliwkami


Składniki:
(na formę o wymiarach 30x22 cm)

ciasto:
  • 500 g mąki pszennej
  • 250 ml letniego mleka
  • 20 g świeżych drożdży
  • 65 g cukru
  • 60 g masła
  • 1 jajko
nadzienie:
  • 250 g twarogu, 3krotnie zmielonego
  • 50 g cukru
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • ziarenka z 1 laski wanilii
  • 500 g śliwek
dodatkowo:
  • 35 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki cukru
  • 2 łyżki mleka
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 15-20 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Po tym czasie dodać pozostały cukier, mleko i jajko. Zagnieść ciasto. Wlać masło, wyrobić gładkie ciasto. Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

W tym czasie śliwki umyć, osuszyć, przekroić na pół. Usunąć pestki, owoce pokroić w kostkę.
Twaróg zmiksować ze śmietaną, cukrem i wanilią na gładką masę.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na prostokąt o grubości 0,5 cm i długości 40 cm. Posmarować masą twarogową, na wierzch równomiernie wyłożyć śliwki. Zwinąć ciasno, jak roladę, wzdłuż dłuższego boku. Pokroić na 12 plastrów.
Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Ułożyć płasko bułeczki, jedną obok drugiej.
Odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Po tym czasie wierzch posmarować mlekiem, posypać płatkami migdałów i cukrem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut, aż się ładnie zrumienią.
Ostudzić.

Smacznego!

Przepis dorzucam do wyzwania u Ani, gdzie inni blogerzy dzielą się swoimi ulubionymi jesiennymi smakołykami. Zajrzyjcie koniecznie!

wtorek, 30 września 2014

Tarta ze śliwkami - możliwe, że najlepsza

Nie jestem wielką fanką śliwek. Owszem lubię, ale jakoś tak... Specjalnie mnie do nich nie ciągnie. Jesienne jabłka, gruszki, kasztany czy dynia - o, to jest to, co mnie kręci! One przychodzą mi do głowy, gdy wymyślam kolejne słodkości. To przepisów z ich udziałem szukam w internecie i książkach. Śliwki zeszły na dalszy plan, i muszę przyznać, że jakoś bardzo mi ich nie brakuje. Niemniej, będąc ostatnio w sklepie i szukając pomysłu na jakiś szybki obiad, najlepiej na dwa dni, w oko wpadły mi śliwki właśnie. Dorodne, intensywnie fioletowe kulki. Wyglądały tak smakowicie, że nawet nie próbowałam się im oprzeć, i przyniosłam kilogram do domu. Już po drodze ułożyłam w głowie ogólny plan, pozostało tylko dopracowanie szczegółów.

Musiała to być tarta - bo dostałam nową, prostokątną formę i koniecznie musiałam ją w końcu wypróbować. Z lekkim, serowym nadzieniem, bo kiedyś jadłam sernik ze śliwkami i smakował bosko. Na kruchym cieście, koniecznie kakaowym, bo będzie pięknie wyglądać. I te śliwki... Co zrobić, żeby podkreślić ich smak...? Postanowiłam je upiec, ale nie na cieście, tylko osobno. Dzięki temu wyraźne widoczne są wszystkie warstwy, które idealnie się uzupełniają. Do śliwek i spodu dałam cynamon, bo pomyślałam, że będzie pasował. Do śliwek i kremu dałam miód zamiast cukru, bo jego posmak wydawał mi się znakomitym uzupełnieniem. Wyszło, szczerze mówiąc, lepiej, niż się spodziewałam.
Bardzo kruchy spód, delikatna masa serowa i miękkie, rozpływające się w ustach śliwki, lekko kwaskowate, trochę słodkie - całość komponuje się rewelacyjnie! Smaki są doskonale wyważone, i mówię Wam - od tej tarty nie można się oderwać.

I tak - byłoby łatwiej upiec po prostu wszystko razem. Ale to już nie byłoby to samo...

Tarta sernikowo-miodowa ze śliwkami

Składniki:
(na prostokątną formę do tarty 34x10 cm)

ciasto kruche:
  • 230 g mąki pszennej
  • 20 g kakao
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 125 g zimnego masła
  • 1 jajko

masa serowa:
  • 200 g serka kremowego
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 55 g miodu

pieczone śliwki:
  • 700 g śliwek
  • 100 g miodu
  • 1 łyżeczka cynamonu

Mąkę przesiać z kakao, wymieszać z cukrem, solą i cynamonem. Dodać zimne masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto.
Ciasto podzielić na pół, z każdej części uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Śliwki przekroić na pół, wyjąć pestki. Ułożyć na blasze skórką do dołu.
Miód wymieszać z cynamonem, polać nim śliwki.

Piec w 180 st. C. przez 45 minut.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić.

Jedną kulkę ciasta kruchego (drugą zachować do innego wypieku) rozwałkować, wyłożyć nią formę do tarty.
Gęsto nakłuć widelcem, a następnie przykryć kawałkiem papieru do pieczenia i wysypać ceramicznymi kulkami (lub grochem czy fasolą).

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.

Usunąć z ciasta kulki i papier.

Piec kolejne 10 minut w 180 st. C.
Przestudzić.

Serek, kremówkę, jajka, ekstrakt i miód krótko zmiksować, tylko do połączenia składników. Wylać na przestudzony spód.

Piec w 160 st. C. przez 30 minut, aż masa się zetnie.
Wystudzić w uchylonym piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny.

Przed podaniem wyłożyć na tartę śliwki; zupełnie ostudzone lub jeszcze lekko ciepło. Polać powstałym przy pieczeniu syropem.

Smacznego!

Śliwek radzę upiec więcej. Są doskonałym dodatkiem do wszelkich puddingów czy kremów śniadaniowych, a także gofrów czy tostów na słodko. Znikają błyskawicznie, bo cynamonowo-słodki zapach kusi ogromnie. Mówię Wam - temu nie można się oprzeć...

Ciasta kruchego wychodzi na dwie takie tarty. Ale nie wiem, jak przygotować połowę, bo w składnikach jest tylko jedno jajko... Niemniej - nic się nie zmarnuje, i już niedługo pokażę Wam, jak można takie ciasto wykorzystać.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Absolutnie bajeczna tarta z jeżynami. I o woreczkach słów kilka

Ostatnio wybraliśmy się do lasu po maliny. Zaopatrzeni w woreczki, w pełnych butach i skarpetkach mimo upału, ruszyliśmy w drogę (nie jakoś specjalnie daleką, ale jednak). Okazało się, że zadanie wcale nie jest takie łatwe. Owszem, malin jest sporo, ale już takie jakieś... Przebrane. I malutkie. A dostępu do nich broniły pokrzywy wyższe ode mnie (nie jestem jakoś specjalnie wysoka, ale ponad półtorametrowe pokrzywy to już lekka przesada). 
U Dziadka na działce maliny rosły za domkiem. Całe chaszcze, niesamowicie gęste, kujące gałęzie, a między nimi pyszniły się dorodne maliny. Zbieranie ich, owszem, bywało bolesne, ale jak znalazło się odpowiednie miejsce i się tam wcisnęło, to można się było objadać do woli. Tutaj sprawa nie wyglądała tak różowo. Poddaliśmy się po jakiejś godzinie. Do domu przynieśliśmy zaledwie trzysta gram zdobyczy. Starczyło akurat na lody, o których opowiem Wam innym razem (choć w zasadzie powinno to nastąpić jak najszybciej, bo sezon na lody w pełni). 

Wieczorem wybraliśmy się na spacer z Ptysią. Ot, taki niezobowiązujący. Przechodziliśmy w okolicach naszego poziomkowego miejsca, i postanowiliśmy nadrobić kawałek drogi, żeby sprawdzić, czy jeszcze się coś uchowało. Miałam nadzieję na kilka poziomek, które mogłyby od razu trafić do buzi. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że poziomek jest cała masa! Najpierw się najedliśmy, a potem jeszcze uzbieraliśmy trochę do woreczka (akurat na mały, pyszny deser, o którym innym razem).

I tu chciałabym zwrócić Waszą uwagę na rzeczony woreczek. 
Macie psy? A sprzątacie po swoich pupilach?
Wiele osób się krzywi, że to obrzydliwe, kiedy zbieram kupki po moim psie, ludzie czasem patrzą na mnie zdziwieni lub zniesmaczeni (jakbym nie wiem co potem z nimi robiła). A ja uważam, że nie ma w tym nic dziwnego ani uwłaczającego, wręcz przeciwnie - nie stresuję mojego psa, może się załatwić, gdzie chce. Po to ma mnie, żebym potem po nim posprzątała, a Bogu ducha winni przechodnie nie wdeptywali później w psie kupki. Bo naprawdę, ogromnie denerwuje mnie widok odchodów na środku chodnika. I nie, nie czerpię z tego żadnej przyjemności, wręcz przeciwnie, ale zbieram kupki po moim psie. Bo tak trzeba. I już. (Oczywiście nie popadam w paranoję; w lesie nie biegam za psem w gąszczu, bo to już by była lekka przesada. Ale na ulicy - zawsze.)

W związku z tym zawsze mam ze sobą woreczki. Które czasem się przydają na co innego. Na poziomki na przykład. Albo jeżyny.

Następnego dnia znów sobie spacerowaliśmy, aż zupełnie niespodziewanie wpadliśmy na krzaki pełne dorodnych jeżyn. Przynieśliśmy do domu pół kilo. Pachniały obłędnie. A ja zaczęłam się zastanawiać, co by teraz z nimi zrobić...
I wtedy, zupełnie przypadkowo, na blogu Vegazone znalazłam przepis na tartę. Niezbyt skomplikowaną, choć troszkę czasochłonną. Łączy w sobie mocno kakaowy, przyjemnie kruchy spód, delikatną masę serową o wyraźnym smaku chałwy i kwaskowaty, owocowy wierzch. Wygląda bajecznie, a smakuje wybornie. Wszystkie smaki doskonale się ze sobą łączą i pasują do siebie idealnie.
Poczyniłam w przepisie drobne zmiany, podyktowane zawartością szafek i lodówki. Nie miałam więcej chałwy, za to miałam mascarpone. Dodałam też trochę śmietany, żeby nadzienia wyszło nieco więcej. Spód zrobiłam ze swojego ulubionego, sprawdzonego przepisu. Nie wiem, jak smakował oryginał, wiem za to, że moja tarta wyszła boska! (Nie chwaląc się.)
Jeśli gdzieś znajdziecie albo kupicie jeżyny, ta tarta to najlepszy wybór, jakiego możecie dokonać. Serio!

Tarta chałwowa z jeżynami

Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 230 g mąki pszennej
  • 20 g kakao
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 125 g zimnego masła
  • 1 jajko

nadzienie:
  • 200 g chałwy waniliowej
  • 200 g serka mascarpone
  • 2 jajka
  • 1,5 budyniu waniliowego (proszek)
  • 2 łyżki cukru
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)

wierzch:
  • 400 g jeżyn
  • 150 ml zimnej wody
  • 1,5 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 4 łyżki ciemnego brązowego cukru
  • 2 łyżki soku z cytryny

Mąkę przesiać z kakao, wymieszać z cukrem i solą. Dodać masło, rozetrzeć dokłądnie między palcami. Wbić jajko, zagnieść jednolite ciasto.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Schłodzone ciasto rozwałkować na okrąg nieco większy niż średnica formy. Formę wysmarować masłem, wyłożyć ciastem, odcinając wystające brzegi.
Ciasto przykryć kawałkiem papieru do pieczenia, obciążyć fasolą lub grochem.

Piec w 190 st. C. przez 15 minut.
Ciasto wyjąć z piekarnika, wyjąć papier z obciążeniem.

Dopiekać jeszcze 5 minut w 190 st. C.
Wyjąć ciasto z piekarnika, lekko przestudzić.

W tym czasie zmiskować chałwę z mascarpone, jajkami, budyniem, cukrem i śmietaną. Jeśli zostaną kawałeczki chałwy, nie szkodzi. Wylać masę na podpieczony spód.

Piec w 175 st. C. przez 30 minut, aż wierzch się zezłoci.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Jeżyny umyć i osuszyć.
Cukier zagotować z połową wody i sokiem z cytryny. Gotować kilka minut, aż syrop nieco zgęstnieje. Dodać jeżyny, krótko gotować. 
Mąkę rozrobić w pozostałej wodzie, wlać do garnuszka, wymieszać. Zagotować.
Zdjąć z palnika, lekko przestudzić, ale jeszcze ciepłe jeżyny rozłożyć na tarcie, polać sosem.

Schłodzić w lodówce przez kilka godzin, a najlepiej całą noc.

Smacznego!

Ja wiem, że temat psich kupek może nie za bardzo pasuje do kulinarnego bloga. Ale moim zdaniem to temat ważny, w Polsce zaniedbywany. Bo panowie ze straży miejskiej potrafią wlepić mandat dziewczynie z małym psiakiem, który załatwił się w krzakach, ale obok łysego pana z dobermanem, który akurat załatwia swoje potrzeby na środku ulicy, przejdą obojętnie. I to zdecydowanie w porządku w nie jest.

wtorek, 17 czerwca 2014

A u mnie jeszcze rabarbar. I tarta

U wielu z Was rabarbar został już zastąpiony truskawkami, albo może nawet czereśniami, malinami czy jagodami. Sezon na poszczególne owoce (i warzywa), te typowo letnie i cudownie pachnące jest wyjątkowo krótki. A przynajmniej takim się zawsze wydaje. Nigdy nie zdążę nacieszyć się choćby truskawkami, nie najem się do syta, zawsze jest miejsce na jeszcze odrobinę. Przepisy na smakołyki z sezonowymi owocami ciągną się w nieskończoność; co roku, zamiast skracać, lista się wydłuża. Znacznie
I kiedy wszyscy już mają w głowie i ustach tylko truskawki, w mojej kuchni nadal króluje rabarbar. Coraz trudniej go kupić, ale jednak nie jest to niemożliwe. A ja go tak lubię, że niestraszne mi wycieczki do najdalszych nawet sklepów, żeby zakupić jeszcze tylko kilka łodyg, na ostatnie już ciasto... Albo i nie.

Tym razem inspirację znalazłam w gazetce Pieczenie jest proste, nr 2/2014. Od dawna miałam ochotę na tę tartę - rabarbar, masa serowa, a wszystko zamknięte w pysznym, kruchym cieście. Tym razem orzechowym, którego smak wspaniale skomponował się z rabarbarem. Warstwa z moimi ulubionymi łodygami przypomina konsystencją budyń, jest trochę kwaśna, trochę waniliowa. Masa serowa smakuje... Cóż, jak sernik. Cytrynowy, delikatny i leciutki. Pyszny. Całość komponuje się znakomicie, wszystkie elementy łączą się w idealną całość.
Jeśli jeszcze gdzieś zobaczycie rabarbar - kupcie. I upieczcie sobie tartę. Gwarantuję, że nie będziecie żałować.

Tarta rabarbarowo-cytrynowa na orzechowym spodzie

Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 200 g mąki pszennej
  • 50 g cukru
  • 50 g zmielonych orzechów laskowych
  • 80 g zimnego masła
  • 1 jajko

masa rabarbarowa:
  • 500 g rabarbaru
  • 100 g cukru
  • 1 laseczka wanilii
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 2 łyżki budyniu waniliowego (proszek)
  • 4 łyżki zimnej wody

masa serowa:
  • 150 g serka mascarpone
  • 2 jajka
  • 1 żółtko
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok z 1 cytryny
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 100 g cukru

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z cukrem i orzechami. Dodać zimne masło, posiekać, po czym rozetrzeć w palcach na kruszonkę. Wbić jajko, szybko zagnieść gładkie ciasto. Uformować z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Rabarbar pokroić na niewielkie kawałki, zasypać cukrem i odstawić na 30 minut. Po tym czasie dodać cukier, wyskrobane nasiona i laskę wanilii oraz startą skórkę z cytryny. Całość zagotować, zmniejszyć ogień i dusić pod przykryciem 5 minut, aż rabarbar zacznie się rozpadać. 
Budyń rozrobić w wodzie, dodać do rabarbaru. Całość zagotować, zdjąć z palnika i przestudzić.

Kruche ciasto rozwałkować, wyłożyć nim natłuszczoną formę do tarty. Nakłuć wielokrotnie widelcem.
Z papieru do pieczenia wyciąć okrąg, przykryć ciasto i wsypać suchy groch lub specjalne kamyki do pieczenia.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Wyjąć z piekarnika, usunąć groch i papier.

Piec w 200 st. C. kolejne 10 minut.
Wyjąć z piekarnika, lekko przestudzić.

Na spód wyłożyć masę rabarbarową.
Wszystkie składniki na masę serową krótko zmiksować, tylko do połączenia się składników.
Wyłożyć na masę rabarbarową.

Piec w 160 st. C. przez 30-35 minut, aż masa serowa się zetnie.
Przestudzić w uchylonym piekarniku; wyjąć z piekarnika i całkowicie ostudzić.
Schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny, a najlepiej całą noc.

Smacznego!

W prognozie straszyli mnie nie deszczowym, a wręcz ulewnym tygodniem. Co rano spoglądam więc w niebo z niepokojem, żeby po chwili odetchnąć z ulgą - słonko świeci, temperatura zdecydowanie zadowalająca, lekki wietrzyk sprawia, że na zewnątrz jest przyjemnie, a nie upalnie. Wymarzona pogoda na zbliżające się wakacje.

sobota, 21 grudnia 2013

Świąteczne babeczki. Bez zapachu piernika

Tak sobie myślę, że wszystkim w głowach już tylko piernikowe smaki. Lukrujemy pierniczki wyczekujące w puszkach od miesiąca, albo dopiero pieczemy takie na ostatnią chwilę. Przełożony powidłami piernik czeka w spiżarni. Na stole pysznią się makowe strucle, w lodówce czeka sernik i wszystkie wytrawne dania - pierogi, uszka, barszczyk... Jak dobrze, że większość tych smakołyków można przygotować troszkę wcześniej - dzięki temu tych ostatnich chwil nie trzeba spędzać w kuchni. Zamiast tego można się całym sercem oddać ubieraniu choinki i pakowaniu prezentów, kiedy dzieci już głęboko śpią...

Ja jednak, wyłamując się z szeregu, chcę Wam zaproponować pyszne babeczki, które będą pasować nie tylko na Święta. Połączenie słynnego red velvet z twarożkowym kremem jeszcze przed pieczeniem - czyż nie brzmi intrygująco...? Efekt jest bajeczny - ślicznie wyglądają czerowono-białej zawijasy, szczególnie jeśli opakujemy je w soczyście zielone papilotki. Moje powędrowały ze mną kilka dni temu z wizytą do przyjaciółki, i zniknęły błyskawicznie, wzbudzając liczne pomrukiwania zadowolenia. Są dość ciężkie, takie troszkę browniowate, a do tego delikatna, rozpływająca się w ustach masa jakby sernikowa. Mmm, pyszności! Poza tym - co niezwykle istotne było dla mnie - są dużo łatwiejsze do zabrania ze sobą niż babeczki z górą kremu na wierzchu. I dzieciom się je łatwiej je... Mogą stanowić uroczy świąteczny prezent.
A jeśli nie jesteście w stanie opędzić się od cynamonu, to koniecznie przypomnijcie sobie o tych babeczkach po Świętach - zdecydowanie bowiem zasługują na uwagę.

Przepis z Saved by cake Marian Keyes - uwielbiam tę książkę!

A jeśli już o książkach mowa - miałam ogromną przyjemność być gościem w cyklu Kulinarni czytają na blogu Gosi. Tutaj możecie przeczytać o tym, co czytam najchętniej. Gosi dziękuję za zaproszenie, a Was zachęcam do zapoznania się z jej blogiem (jeśli jeszcze go nie znacie) - można tam znaleźć wiele interesujących tytułów, a także dowiedzieć się, co czytają koleżanki blogerki.

Zakręcone babeczki red velvet

Składniki:
(na 12 sztuk)
  • 110 g masła
  • 150 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 40 g kakao
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 łyżka czerwonego barwnika spożywczego w żelu
  • 1 łyżeczka białego octu winnego
  • 2 jajka
  • 160 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

masa serowa:
  • 200 g serka kremowego
  • 1 jajko
  • 40 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Najpierw przygotować masę serową:
Serek, jajko, cukier i ekstrakt krótko, ale dokładnie ze sobą zmiksować. Odstawić.

Masło rozpuścić i przestudzić. Zmiksować z cukrem na puszystą, jasną masę. Następnie po kolei dodawać ekstrakt z wanilii, kakao, sól, barwnik i ocet, dokładnie miksując po każdym dodaniu. W osobnej misce ubić jajka, delikatnie wmieszać je do masy maślanej. Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem, partiami dodawać do ciasta, delikatnie mieszając łyżką. 

4/5 ciasta rozłożyć równomiernie w formie na muffiny wyłożónej papilotkami. Następnie rozłożyć masę serową, a na wierzch resztę ciasta. Wykałaczką lub patykiem do szaszłyków zrobić w cieście esy-floresy tak, żeby masy się nieco wymieszały.

Piec w 180 st. C. przez 18-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Kupiłam sobie barwniki. Do tej pory miałam tylko czerwony i czarny, teraz mam jeszcze żółty, zielony i niebieski. Z tych kilku kolorów można tworzyć niekończące się kombinacje. Może wreszcie zdecyduję się na tort tęczowy...? Kto wie...

sobota, 4 maja 2013

Cytrynowy zawrót głowy

Po pierwsze z dumą chciałam donieść, że wczoraj przerosłam samą siebie: upiekłam focaccię, ciasto ucierane bez zakalca i biszkopt z ośmiu jajek, i od momentu, kiedy przygotowałam zaczyn do wyjęcia ostatniego ciacha z piekarnika minęły raptem cztery godziny. Wzniosłam się na absolutne wyżyny dobrej organizacji czasu i pracy, i sama siebie za to podziwiam, bo ostatnio mam totalnego lenia, odkładam wszystko na jutro, a najlepiej na za tydzień, zasypiam bez ostrzeżenia w najdziwniejszych pozycjach i naprawdę bardzo, ale to bardzo chcę już nosić szorty. O.

Dzisiaj jednak, nie bacząc na moje wczorajsze poczynania, chcę Wam napisać o cieście z początku tygodnia, które przygotowałam, żebyśmy mieli coś słodkiego do podjadania w urodziny C. (i nic nie szkodzi, że tak się najadłam w restauracji, że ciacho jedliśmy dopiero dnia następnego).
Jakiś czas temu zaczęłam z fascynacją oglądać Baking mad with Eric Lanlard. Muszę powiedzieć, że ten Francuz z zabawnym akcentem mnie zauroczył, a jego wypieki wywołują ślinotok momentalnie. Kiedy więc zobaczyłam jego boskie ciasto cytrynowe wiedziałam, że muszę je przygotować. Nie widziałam jeszcze ciacha, które miałoby w sobie aż tyle cytryn! Zaczęłam więc szukać przepisu, i co się okazało...? Że na stronie programu są wszystkie receptury z odcinka, poza oczywiście tą, która mnie interesuje! Ależ byłam nieszczęśliwa... Opatrzność jednak nade mną i moimi zapędami pieczeniowymi czuwała, gdyż kilka dni później udało mi się trafić na powtórkę programu. Czym prędzej sięgnęłam po kartkę i długopis, i skrupulatnie wszystko sobie zapisałam. Kiedy więc tylko nadarzyła się okazja, kupiła tymianek i upiekłam mega cytrynowe ciacho Erica.

Wyszło obłędne - naprawdę bardzo cytrynowe, ale smaki są idealnie wyważone - nie jest ani za kwaśne, ani za słodkie. Cytryny zdecydowanie grają pierwsze skrzypce, ale nie są aż tak dominujące, jak można by się spodziewać. Pycha! Konsystencję ma bardzo ciekawą - niby biszkoptowo-ucieraną, ale jednak nieco cięższą, bardziej zwartą, wilgotną, a jednocześnie rozpływającą się w ustach. Ciacho najpierw pięknie urosło, później nieco opadło i bałam się, że będzie zakalec, ale nic z tych rzeczy. Jest idealne, cudowne i wspaniałe. Nie można mu się oprzeć. Koniecznie musicie spróbować!

Sycylijskie ciasto cytrynowe z tymiankiem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 175 g miękkiego masła
  • 175 g cukru
  • 3 jajka
  • 250 g ricotty
  • skórka otarta z 4 cytryn
  • sok wyciśnięty z 3 cytryn
  • 100 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 25 g mielonych migdałów
  • listki z 4 gałązek tymianku

dekoracja:

Oddzielić żółtka od białek. Białka ubić na sztywną pianę.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodawać po jednym żółtku, cały czas miksując. Następnie dodać ricottę, połączyć. Powoli wlewać sok z cytryny ze skórką, nie przerywając miksowania. Następnie partiami dodwać przesianą mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i migdałami. Następnie wsypać drobno posiekany tymianek. Na końcu dodać białka, delikatnie mieszając łyżką.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia, boki wysmarować masłem. Przełożyć masę do formy, wyrównać wierzch.

Piec w 180 st. C. przez 30-40 minut, do suchego patyczka.

Przestudzić, następnie zdjąć obręcz i wyłożyć na talerz do góry nogami. Zostawić do całkowitego ostudzenia, a następnie udekorować plasterkami cytryny i tymiankiem.

Smacznego!

Oczywiście dzień po tym, jak już wszystko było gotowe, znalazłam przepis w internecie na stronie Baking mad (nie wiem, jakim cudem nie udało mi się jej wcześniej zlokalizować). Okazało się, że należy użyć formy o średnicy 20 cm, a nie 26, jak to zrobiłam. Dzięki temu ciacho będzie wyższe i będzie się ładniej prezentować. Pamiętajcie tylko, żeby wydłużyć wtedy czas pieczenia o 5-10 minut.

środa, 27 lipca 2011

Na imieniny - rabarbar

Wczoraj miałam imieniny. Bardzo dziękuję wszystkim za życzenia - miłe to ogromnie, że ktoś pamięta. 
Moi Panowie wrócili do domu z butelką wina, bardzo smacznego, które wieczorem z Szanownym Bratem degustowaliśmy. Poza tym, że wywróciłam się na rowerze, zdarłam skórę na dłoni i dorobiłam się potężnego siniaka na lewym udzie, to dzień był naprawdę bardzo przyjemny. Chyba wszystko zaczyna się układać, jak trzeba, i będę mogła odetchnąć od tych wszystkich skomplikowanych, urzędowych spraw.

Imprezy żadnej nie było, ale założyłam (słusznie), że Panowie nie odmówią czegoś słodkiego po obiedzie. Jeszcze w sezonie w gazetce Pieczenie jest proste, nr 3/2009 znalazłam przepis na tartę z rabarbarem. Właściwie przepisy były dwa, oba apetyczne, z pięknymi zdjęciami. Chciałam tym razem przygotować tą drugą, ale jak na złość, za mało rabarbaru miałam. Do tej pierwszej w oryginale proponowano ricottę, ale że w lodówce czekają cierpliwie serki kremowe zakupione w promocji stwierdziłam, że z nimi też będzie dobrze.
I jest! Tarta wyszła niezwykle delikatna, na cienkim, kruchym, wyraźnie cytrynowym spodzie. Jedyne co, to według moich Panów jest za mało słodka... Mi to akurat odpowiada - słodkie ciasto, a do tego kwaskowe nadzienie. Świetny duet. Pamiętajcie tylko, że cukier puder na wierzchu jest absolutnie konieczny! Ewentualnie można całość dosłodzić (ja pewnie tak zrobię następnym razem), ale nadzienie jest jak najbardziej godne uwagi, w takiej czy innej wersji. Rozpływa się w ustach, smakuje naprawdę świetnie. Polecam!

A skąd rabarbar? Krzaczki w ogródku zrobiły mi niespodziankę, i wypuściły jeszcze kilka gałązek. Niezbyt okazałych, raczej kwaśnych, ale zawsze! A że rabarbar uwielbiam, z przyjemnością zrobiłam sobie z niego imieninowy prezent.

Tarta serowa z rabarbarem



Składniki:
(na tartę o średnicy 28 cm)

spód:
  • 200 g mąki pszennej
  • 125 g masła
  • 55 g jasnego brązowego cukru
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 1 żółtko

masa:
  • 300 g serka kremowego
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 2 żółtka
  • sok z 1/2 cytryny
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 250 g rabarbaru

dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru

Mąkę przesiać do miski. Dodać pokrojone w kostkę masło, zagnieść kruszonkę. Dodać cukier i skórkę z cytryny, połączyć. Wbić żółtko, szybko zagnieść ciasto.
Schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Po tym czasie ciastem wylepić formę do tarty, gęsto nakłuć widelcem.

Podpiec w 200 st. C. przez 10 minut.

Serek zmiksować na gładko z cukrem wniliowym, żółtkami i sokiem z cytryny. Wlać kremówkę, połączyć. Przesiać mąkę z cukrem pudrem, dokładnie wymieszać.
Rabarbar pokroić na niewielkie kawałaki, wmieszać do masy.

Masę wylać na podpieczony spód.

Piec 30-35 minut w 200 st. C.
Wystudzić w uchylonym piekarniku, schłodzić w lodówce przez 3-4 godziny.

Przed podaniem posypać cukrem pudrem.

Smacznego!

Z racji mojego małego wypadku, wyjście na basen zostało odłożone. Może jutro Panowie pójdą sami, a ja się z nimi wybiorę w przyszłym tygodniu, jak przestanę być tak obolała... 
Mówię Wam - sznurówki bywają niebezpieczne!