Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mąka ryżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mąka ryżowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 listopada 2017

Szczęście w nieszczęściu i duńskie ciasteczka z kardamonem

Wypadki chodzą parami - z pewnością znacie to powiedzenie. W gorszych czasach bywa, że i trójkami czy czwórkami. Mi tym razem zdarzył się pojedynczy; do dzisiaj czekam na ciąg dalszy, bo takie wypadki to się chyba nie zdarzają.

W zeszły czwartek, kiedy mentalnie już szykowałam się do pójścia do domu, próbowałam upchnąć ostatnie ciasta w zamrażarce. Przechowujemy je na wysokich wagonach; ten akurat miał miejsce na osiemnaście blach, wypełniony był roladami i spodami biszkoptowymi, które, choć pojedynczo lekkie, w takiej ilości w magiczny wręcz sposób nabierają zaskakującej wagi. W pewnym momencie kółka się zablokowały, ja pociągnęłam... I już. Więcej nie było trzeba. Wszystko poleciało prosto na mnie.
Jako zagorzały fan wszelkiej maści książek przygodowych, próbowałam zgrywać bohatera i uratować wszystko przed upadkiem. Kiedy dotarło do mnie, że nic z tego, spróbowałam się cofnąć; było już jednak za późno. Wagon wylądował prosto na mojej lewej stopie, a mnie aż tchu zabrakło z wrażenia. 

Koledzy natychmiast rzucili się na pomoc; uwolnili mnie spod ciężaru i odprowadzili do kantyny, gdzie padłam na krzesło ze łzami w oczach i z zagryzionymi niemal do krwi wargami. Zdjęłam but, potem skarpetkę, i ze zdziwieniem odkryłam, że stopa nie jest zupełnie płaska. Za to zrobiła się ogniście wręcz czerwona i puchła w zastraszającym tempie. Szybko dostałam worek z lodem, i tak siedziałam i się zastanawiałam, co teraz... 
Nie pozostawiono mi wyboru - Lisbeth szybciutko uporała się z pozostałą pracą i zawiozła mnie na pogotowie. A tam... No cóż, znów nastąpiło brutalne zderzenie z duńskim systemem służby zdrowia. Choć działa zdecydowanie lepiej niż w Polsce, to nadal nie jest idealny. Po odczekaniu w kolejce do rejestracji, dostałam numerek i miła pani poinformowała mnie, że gabinet jest na drugim końcu baaardzo długiego korytarza. Zanim zdołałam się doczłapać, lekarka wyszła na korytarz zaniepokojona faktem, że numer drugi wywołano pięć minut temu, a pacjenta jak nie było, tak nie ma. Gdy w końcu udało mi się do niej dotrzeć, obejrzała mi stopę i... Odesłała do rejestracji ze świstkiem kierującym mnie na prześwietlenie. Uwierzcie - ten korytarz znienawidziłam już na zawsze. Z kilkoma przystankami, dotarłam z powrotem do miłej pani, która wykonała telefon, nakrzyczała na kogoś po drugiej stronie, że czterdzieści minut oczekiwania w głowie się nie mieści, i odesłała na prześwietlenie. Oj, daleka to była droga... 
W końcu opadłam na kozetkę, pozwoliłam stopę obfotografować z każdej możliwej strony, żeby wrócić do poczekalni. Na szczęście tego dnia tłumów nie było, i już po kwadransie przyszła po mnie pielęgniarka. Zaprowadziła do gabinetu, gdzie po raz pierwszy zaproponowano mi środki przeciwbólowe. Przyjęłam je z wielką ulgą i tą odrobiną godności, która jeszcze mi została.
Po kilku minutach przyszła lekarka, która oświadczyła, że nic nie jest złamane, za tydzień się wygoi, i jeśli nie mam ochoty, mogę jutro nie iść do pracy. A w ogóle to po co zawracam głowę - boli, wiadomo, ale to nie powód, żeby zaraz w panikę wpadać. 
Popatrzyłam na nią z wyraźnym brakiem szacunku, podziękowałam za pomoc i pokuśtykałam do wyjścia. Na szczęście tabletki zaczynały powoli działać, i nie wyglądałam aż tak żałośnie, jak wcześniej...

Później tylko musiałam poczekać, aż C. po mnie przyjedzie i zabierze do domu, gdzie w końcu mogłam usadowić się na sofie, z wygodnie ułożoną stopą, i odetchnąć głęboko.
Uff, co za dzień...
Dzisiaj, niemal tydzień później, nadal utykam i nadal boli, a stópka w okolicach palców przybrała zadziwiająco intensywny odcień fioletu. Lekarzom jednak nie można wierzyć...

Korzystając z wolnej środy, upiekłam dzisiaj trzy rodzaje ciasteczek. Zamknęłam je w puszkach; część zabiorę ze sobą w niedzielę na Zelandię, żeby umilały mi czas z dala od domu, resztę zostawię C.; niech on też ma coś od życia.
Dzisiaj będzie o tych z kardamonem - skandynawski wypiek z tą właśnie przyprawą był bowiem tematem naszego wspólnego pieczenia. Fedtebrød to duński klasyk (w dosłownym tłumaczeniu oznacza tłuszczowy chlebek, co brzmi co najmniej dziwnie. Ważny jest tu sposób formowania ciastek - piecze się długie, spłaszczone ruloniki, które po upieczeniu i polukrowaniu kroi się na małe ciasteczka); tym razem jednak wybrałam przepis z magazynu Mad og venner, nr 158/2017, gdzie posunięto się nieco dalej w komponowaniu składników. Dodatek kardamonu i kokosa mnie zaintrygował, miałam na te ciasteczka ogromną ochotę.
Dzięki amoniakowi są niesamowicie chrupiące, a dodatek kardamonu sprawia, że niesamowicie kuszą zapachem. Kwaskowa, mocno cytrynowa glazura pasuje tutaj po prostu idealnie. Całość jest niesamowicie uzależniająca - tak naprawdę nie jestem pewna, czy doczekają do niedzieli... Nie wyszło ich bowiem wcale tak dużo.

Po inne skandynawskie smakołyki z kardamonem koniecznie zajrzyjcie do Ani Pierwszej, Ani Drugiej i Mirabelki.

Fedtebrød z kokosem i kardamonem


Składniki:
(na około 45 ciasteczek)
  • 150 g zimnego masła
  • 125 g mąki pszennej
  • 30 g mąki ryżowej
  • 1/4 łyżeczki amoniaku
  • 80 g cukru
  • 80 g wiórków kokosowych
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
glazura:
  • 150 g cukru pudru
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 1-2 łyżki wrzącej wody
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
Masło, mąki pszenną i ryżowa, amoniak, cukier, wiórki kokosowe i kardamon zmiksować w malakserze do połączenia. Zagnieść z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.
Po tym czasie podzielić ciasto na 4 równe części, z każdej uformować wałeczek nieco krótszy niż blacha. 
Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Ułożyć na niej wałeczki z ciasta, następnie spłaszczyć dłonią.

Piec w 190 st. C. przez 12-15 minut, aż ciasto nabierze złoto-brązowego koloru.
Przestudzić.

Cukier puder przesiać, wymieszać z kardamonem. Dodać sok z cytryny, a następnie po trochu wlewać wodę. Lukier powinien być średnio gęsty.
Posmarować lukrem paski ciasta, a następnie - jeszcze ciepłe - pokroić ostrym nożem po skosie na ciasteczka.7
Gdy lukier całkowicie zastygnie, przełożyć do szczelnej puszki.

Smacznego!

My tu gadu-gadu, a to najwyższy czas spać; za chwilę trzeba przecież jechać do pracy...

Tymczasem przepis, oczywiście, dodaję do akcji Ani:

wtorek, 21 lutego 2017

Afrykańskie pączki. Kokosowe!

Powoli popadam w nerwicę. Zbliżające się wielkimi krokami egzaminy przyprawiają mnie o ból głowy, niemożność zaśnięcia, a co za tym idzie - chroniczne niewyspanie. Przez to, że jestem zmęczona, jestem jeszcze bardziej nerwowa... I kółko się zamyka. Ale my, kobiety, już chyba tak po prostu mamy.

Dla przykładu, sytuacja z zeszłego tygodnia. 
Na zajęciach dźwięk w telefonie mam oczywiście wyłączony, gdy więc wychodzę z sali, zerkam kontrolnie na ekran, czy przypadkiem ktoś nie dzwonił. I tak jak zazwyczaj nie dzieje się zupełnie nic, tak pewnego dnia zobaczyłam dwa nieodebrane połączenia! W dodatku oddalone od siebie zaledwie o kilka minut; pierwsze od Karoliny, drugie od C. Od razu więc wymyśliłam, że na pewno coś się stało (i to z pewnością coś niedobrego; zauważyliście, że ludzie dużo szybciej dzielą się złymi wieściami niż dobrymi...?). Czym prędzej wykonałam więc telefony do obojga, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się, cóż to za niesłychane wypadki sprawiły, że niemal jednocześnie próbowali się ze mną skontaktować.
Oczywiście okazało się, że jedno z drugim nie miało nic wspólnego. C. akurat wracał z pracy, więc postanowił sprawdzić, czy mam chwilę na pogaduchy, a telefonem Karoliny bawił się jej syn i nieopatrznie wybrał mój numer. Ot, i cała tajemnica. Ja już tymczasem zdążyłam ułożyć teorie spiskowe, których sam Faber by się nie powstydził...

Tak więc, nerwowość i panika to aktualnie moja codzienność. I nic się w tej materii nie zmieni aż do przyszłego piątku, kiedy będzie po wszystkim i dowiem się, czy zaliczyłam. Na samą myśl trzęsą mi się ręce...

Tymczasem jednak zajmijmy się czymś przyjemniejszym. Już za dwa dni Tłusty Czwartek - ulubione święto C., które bardzo szybko postanowił zaszczepić na naszym domowym gruncie. Polega to na tym, że już w połowie stycznia zaczyna marudzić o pączki. Gdy dowiedział się, że w tym roku nic z tego nie będzie, bo nie tylko w sam najważniejszy w roku czwartek, ale też w jego okolicach w domu mnie nie będzie, popadł w odrętwienie. W weekend zakasałam więc rękawy, i zabrałam się za wyrabianie ciasta. Drożdżowe zawsze mnie uspokaja; postanowiłam i tym razem zawierzyć jego terapeutycznym możliwościom. 

Przepis z bloga Hello morning przypadł mi do gustu od pierwszego wejrzenia. Nietradycyjne, bo trójkątne, w dodatku pochodzące z dalekiej Afryki. Ciekawymi składnikami są tutaj mleczko i wiórki kokosowe, a także mąka ryżowa. Nie mogłam się oprzeć, musiałam spróbować.
Pączki okazały się wyśmienite! Lekkie i delikatne, a do tego chrupiące! Wydaje mi się, że to właśnie dzięki mące ryżowej zyskują chrupiącą skorupkę. Wnętrze pozostaje przy tym miękkie i puszyste, o idealnie zrównoważonym, kokosowym aromacie. Wstyd się przyznać, ale od razu zjedliśmy ponad połowę. Takie jeszcze ciepłe smakują przecież najlepiej!

Kokosowe mandazi - afrykańskie pączki


Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 55 g cukru trzcinowego
  • 12 g świeżych drożdży
  • 165 ml letniej wody
  • 125 ml mleczka kokosowego
  • 300 g mąki pszennej
  • 120 g mąki ryżowej
  • 20 g wiórków kokosowych
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu

dodatkowo:
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu

Drożdże rozetrzeć z 1 łyżeczką cukru, dodać 65 ml wody i 3 łyżki mąki. Wymieszać, odstawić na 10-15 minut.
Do rozczynu dodać mleczko kokosowe i resztę wody, wymieszać. Następnie dodać przesiane mąki, pozostały cukier, wiórki kokosowe i kardamon. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na 1 godzinę.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Podzielić na 4 równe części, każdą rozwałkować na okrąg o grubości 5 mm. Każdą część pokroić na 6 trójkątów, jak tort. Zostawić na oprószonym mąką blacie na 15 minut.

W dużym, szerokim garnku rozgrzać olej. Smażyć pączki z obu stron na jasnobrązowy kolor.
Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem wymieszanym z cynamonem.

Smacznego!

Szczerze mówiąc, są tak pyszne, że nawet nie brakowało mi nadzienia. Same w sobie są wystarczająco aromatyczne i pełne smaku. W dodatku robi się je naprawdę szybko i przyjemnie, i nawet to smażenie w głębokim oleju nie jest tak straszne, jak można by się spodziewać...

czwartek, 22 grudnia 2016

Świąteczne ciasteczka dla alergików (bez glutenu i bez jajek)

We wtorek kupiliśmy ostatnie prezenty; teraz leżą w pokoju gościnnym na kanapie, krzesłach i podłodze, i czekają, aż wreszcie będę miała czas zapakować te, których w sklepie zapakować mi nie chciano. Kupiłam nawet papier, wstążki i bileciki do kompletu, żeby wszystko pięknie się pod choinką prezentowało.
Na deser zostawiłam sobie niespodziankę dla C. Nie myślcie sobie jednak, że traktuję go po macoszemu! Już ponad tydzień temu zrobiłam rozpoznanie, i pan o miłym głosie poinformował mnie przez telefon bardzo skrupulatnie, że tego, co chcę zakupić, akurat na stanie nie mają, ale pojawi się w środę. I to w takiej ilości, że nie mam się co martwić, że akurat dla mnie zabraknie. Wczoraj więc, zaraz po pracy, pojechałam do sklepu (uprzednio sprytnie wypłacając gotówkę z bankomatu, żeby nie zostawić żadnych śladów dla wytrawnego tropiciela świątecznych niespodzianek), gdzie z niezadowoloną miną pryszczaty młodzian oświadczył, że nie ma, bo wykupili, i przed Świętami już nie będzie. Mina, muszę przyznać, mocno mi zrzedła. Gdyby nie automatyczne drzwi, ostentacyjnie trzasnęłabym na odchodnym. Obiecałam sobie solennie, że moja noga w tym sklepie więcej nie postanie. Wróciłam do domu, zamówiłam mroczny przedmiot pożądania przez internet i teraz modlę się, żeby doszedł na czas. Ale w przedświątecznej gorączce ciężko mi w takie cuda uwierzyć...
Cóż, w tym roku znów wydrukuję obrazek, włożę go w kopertę i wyręczę C. po wigilijnej kolacji. Z pewnością się ucieszy, tak i jak i w poprzednim...

Czasu nie mam zupełnie na nic, pracy i przygotowaniom do Wigilii poświęcam całą moją uwagę. W międzyczasie, mimochodem jakby, przygotowałam korzenne ciasteczka, które znalazłam na blogu Kulinarne pomyłki. Spodobał mi się ich kształt i rozmiar, tak bardzo podobny do duńskich pieprznych orzeszków. Marcepanowe niespodzianki w środku każdej kuleczki przekonały mnie ostatecznie, że te maleństwa zachwycą każdego Duńczyka. Na specjalną prośbę C. przygotowałam je w wersji bezglutenowej, żeby mógł je zabrać do pracy (jedna z jego koleżanek ma alergię; zawsze mi przykro, gdy zabiera ze sobą ciasta z glutenem, a ona musi obejść się smakiem). Oczywiście, mieszankę mąk można zastąpić pszenną, będzie jej trzeba jednak dodać nieco więcej. 
Ciasteczka, wbrew pozorom, wcale nie są zbyt słodkie. Pięknie pachną korzennymi przyprawami, a ich pierniczkowy smak doskonale komponuje się z marcepanem. Są kruche i po prostu rozsypują się w buzi.
A ich przygotowanie wcale nie zabiera dużo czasu.

Spróbujcie koniecznie!

Korzenne ciasteczka nadziewane marcepanem


Składniki:
(na około 100 sztuk)
  • 120 g miękkiego masła
  • 140 g cukru
  • 50 g mąki gryczanej
  • 150 g mąki ryżowej
  • 90 g mąki kukurydzianej pełnoziarnistej
  • 1 łyżka przyprawy do piernika
  • 110 g creme fraiche (18%)

dodatkowo:
  • 200 g marcepanu

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać śmietanę, połączyć.
Mąki przesiać, wymieszać z przyprawą do piernika. Dodać do masy maślanej, zagnieść. Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 2 godziny (można przez noc).

Od schłodzonego ciasta odrywać niewielkie kawałki, wielkości mniej więcej orzecha laskowego. Z każdego kawałeczka formować kulkę, spłaszczać, na środku układać kawałeczki marcepanu. Zawijać ciasto wokół marcepanu, formować kulki.
Ciasteczka układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-17 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

Trzy dni przed Świętami ciśnienie mi tak podskoczyło, że odechciało mi się nawet dekorowania ostatnich pierniczków. Na szczęście już wszystko wraca do normy, i znów cieszy mnie nadchodząca Wigilia.
A jak u Was? Trzymacie nerwy na wodzy, czy też dajecie się im momentami ponieść...?

sobota, 20 lutego 2016

Ciasteczka z mąką ryżową

W Danii w absolutnie każdej cukierni można znaleźć pewne charakterystyczne smakołyki. Jednym z nich są Napoleonshatte, czyli po prostu kapelusze Napoleona. Nazwę swoją wzięły od kształtu, w jaki formuje się kruche ciasto z marcepanową kuleczką w środku. 
Druga praktykantka, troszkę tylko młodsza ode mnie, niedawno dostąpiła zaszczytu robienia ich po raz pierwszy. Moim zdaniem nie jest to specjalnie skomplikowane zajęcie, ale jej wyraźnie nie szło. Męczyła się dziewczyna okrutnie. W końcu podszedł do niej Ole, piekarz z - tak na moje oko - czterdziestoletnim stażem; westchnął i stwierdził: To nie są kapelusze Napoleona, tylko kaszkiety spod Waterloo... 

Uwielbiam moją pracę! I nawet nie narzekam, że zamiast cudownego, wolnego weekendu czeka mnie wstawanie o drugiej nad ranem... Dla takich chwil warto się poświęcić.

Ponieważ czasu wolnego u mnie jak na lekarstwo, mam dla Was znów szybciutki i prosty przepis. Na ciasteczka, a jak!
Robi się je bardzo łatwo i szybko; mimo, że to kruche ciastka, nie trzeba ciasta chłodzić. Nawet wałkowanie można pominąć, jeśli ktoś potrafi ugnieść placuszek mniej więcej tej samej grubości.
Dzięki dodatkowi mąki ryżowej są niesamowicie kruche; mają też charakterystyczną, lekko ziarnistą strukturę.
Nam smakowały bardzo.

Przepis z Macaroons and biscuits The Australian women's weekly.

Kruche ciastka z mąką ryżową


Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 250 g miękkiego masła
  • 75 g cukru
  • 1 łyżka wody
  • 300 g mąki pszennej
  • 90 g mąki ryżowej

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Mąki przesiać, partiami dodawać do masy
maślanej. Na końcu dodać wodę, połączyć.

Masę podzielić na pół. Na blachach wyłożonych papierem do pieczenia uformować okręgi o średnicy 20 cm, brzegi uformować, szczypiąc je palcami. Każdy okrąg naciąć nożem na 12 kawałków (jak tort). Nakłuć widelcem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut.

Odstawić na 5 minut, przekroić ostrym nożem w oznaczonych miejscach. Ostudzić całkowicie. 

Smacznego!


Nie wiem jak u Was, ale tutaj pogoda szaleje. Raz słonko i niemal wiosennie, niebo błękitne i aż chce się żyć, a za chwil kilka pada śnieg. 
Świat staje na głowie, nie ma co.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Mój pierwszy spływ kajakowy. I muffinki dla alergików

Z wielkiej wyprawy kajakowej wróciłam cała, zdrowa i względnie sucha. I mimo, że mam zakwasy, a tyłek boli mnie niesamowicie, uważam to za jeden z ciekawszych dni tych wakacji. Podobało mi się dużo bardziej, niż oczekiwałam.

Oczywiście zwleczenie się z łóżka o wpół do siódmej nie było rzeczą łatwą. Ale skoro tata C. zarządził zbiórkę o dziewiątej, nie mieliśmy wyjścia. Co, jak co, ale jak pan V. oczekuje Was na konkretną godzinę, nie chcecie się spóźnić.
Zasady tej nie wyznaje jego najstarszy syn z małżonką, niemal za każdym razem doprowadzając swojego ojca rodzonego do rozpaczy. Tym razem wpadł do kuchni za piętnaście dziesiąta i werwą oświadczył: No, zbierajcie się, dlaczego ja zawsze muszę na was czekać...?
W efekcie dotarliśmy na miejsce nieco tylko spóźnieni. Wypchany do granic możliwości wan i jedno z aut zostało u celu podróży, my zapakowaliśmy się w pozostałe trzy i ruszyliśmy na start. Okazało się, że rzeczka jest malutka, u początków miała raptem półtora do dwóch metrów szerokości, za to nurt jest na tyle wartki, że wiosło służyło tylko do sterowania. Usiadłam z przodu, C. zajął miejsce z tyłu, i zaczęliśmy płynąć. Najpierw siedziałam nieco niepewnie, sztywno, oczekując w każdej chwili wywrócenia się kajaku. Jednak po jakimś czasie, nie widząc zagrożenia życia, zaczęłam się rozluźniać i chłonąć otoczenie. Najpierw płynęliśmy między polami - cichymi, tylko szum wiatru w trawach i zbożach. Gdzieniegdzie zamuczała krowa czy zabzyczała pszczoła. Najbardziej urzekły mnie miejsca, gdzie całe masy niezapominajek niemal wpadały do wody - wyglądało to naprawdę zachwycająco.
Od czasu do czasu zbieraliśmy wszystkie kajaki w grupę, piliśmy, jedliśmy i się śmialiśmy. Najbardziej ryzykowne były momenty, kiedy przepływaliśmy pod naprawdę niskimi mostkami - trzeba było położyć się zupełnie płasko na dnie kajaka i uważać, żeby nie przytrzeć nosem o drewniane belki. I w jednym miejscu trzeba było kajaki przenieść na drugą stronę tamy. Poza tym mogliśmy cieszyć się upajającą ciszą i spokojem.
Nie obyło się bez kąpieli, choć do tej pory podziwiam odważnych - woda była bowiem lodowato zimna. Właśnie przy okazji kąpieli odkryto, że klucze do auta, które miało posłużyć do zabrania pozostałych z drugiego końca, zostały właśnie na tym końcu w innym samochodzie zamknięte... Pan V. nie był zadowolony. Użył słowa idiota. Kilka razy.
Nie zepsuło to jednak naszych humorów, wręcz przeciwnie - nadąsana mina taty C. wywołała wybuchy radosnego śmiechu u młodszych uczestników spływu. Pan V. wkrótce się rozchmurzył, choć na winnego ciągle patrzył potrząsając głową z dezaprobatą.

Najbardziej podobało mi się parę ostatnich kilometrów, gdy płynęliśmy w lesie. Reczka rozlała się tutaj szerszym korytem, nad nami zielony baldachim, a spomiędzy liści oblewało nas zielonkawe, niemal czarodziejskie światło. W zadumie oglądaliśmy zachwycające widoki.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, kajaki został spakowane, a auta odebrane, urządziliśmy grilla. Mmm, po ponad sześciu godzinach na wodzie apetyty dopisywały! Były kiełbaski, karkówka, kurczak, polędwiczki, a nawet zaskakująco smaczne kurze serca. Była kukurydza i mocno pachnące czosnkiem domowe bułeczki. Było ognisko i pieczone na patykach pianki. A gdy zrobiło się chłodno, pojechaliśmy na kawę do rodziców C.

Jak już napisałam wyżej - podobało mi się ogromnie, i mam nadzieję, że za rok znów wybierzemy się na spływ. 

W ramach przepisu mam dzisiaj muffinki. Smakują inaczej - mąka ryżowa ma charakterystyczną strukturę; muffinki smakują jak z dodatkiem kaszy manny.
Przepis, z myślą o alergicznej siostrze C., znalazłam na opakowaniu mąki ryżowej. Smakowały.

Minimuffiny ryżowe z czekoladą

Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 125 g miękkiej bezmlecznej margaryny
  • 100 g cukru
  • 2 jajka
  • 125 g mąki ryżowej
  • 125 mąki ziemniaczanej
  • 1/4 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 50 g ciemnej czekolady bez laktozy (75%)
Margarynę utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.
Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem. Partiami dodawać do masy, miksując na najniższych obrotach miksera.
Na końcu dodać niezbyt drobno posiekaną czekoladę.

Masę równomiernie wyłożyć do formy na minimuffiny wyłożonej papilotkami.

Piec w 180 st. C. przez 15-20 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A jutro idę do szkoły. Pierwszy raz po wakacjach. Szczerze - to już się trochę stęskniłam...