Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cebula. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cebula. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 lutego 2018

Pissaladiere, czyli cebularz po francusku

Jako dziecko bardzo na siebie uważałam. Nie przychodziłam do domu z pozdzieranymi kolanami, nie obnosiłam się z zadrapaniami i nie zeskrobywałam z zapałem strupów, a bliznami mogę się pochwalić czterema, z czego jedną mam po ospie, a trzech kresek na kolanie nabawiłam się podczas jednego wjechania w płot (dostałam śliczny nowy rower, niestety - bez hamulców w pedałach... Gdyby ktoś się zastanawiał, rower wyszedł z tego wypadku bez szwanku). Zapewne wynika to z faktu, że przez pierwszych siedem lat życia byłam jedynaczką, traktowano mnie jak księżniczkę, wszyscy nade mną skakali, chuchali i dmuchali (taki już los córki pierworodnej i długo wyczekiwanej wnusi - Dziadek, po dwóch synach, miał parcie na dziewczynkę). 
Ostatnio jednak - co mój Mąż stwierdził z niejakim przerażeniem - ciągle coś. Niecałe trzy miesiące temu przewróciłam w pracy stojak z ciastami - prosto na lewą stopę (o czym pisałam Wam tutaj). Skończyło się na prześwietleniu, orzeczeniu stłuczenia i jednym dniu wolnym, który wykorzystałam na wylegiwanie się na sofie - w pełni zasłużone! Tymczasem w minioną sobotę zahaczyłam stopą (tym razem lewą) o krzesło. Tak nieszczęśliwie, że jeden z palców przybrał barwę głębokiego fioletu przechodzącego z jednej strony w purpurę, a z drugiej w navy blue; jest elegancko napuchnięty i boli, kiedy choćby próbuję włożyć skarpetkę. Nie jest dobrze, oj nie... 

Teraz mam tylko nadzieję, że nie upomną się o mnie wszystkie choroby wieku dziecięcego, których nie przeszłam w odpowiednim czasie. Ich lista jest bowiem zatrważająco długa...

W zeszły piątek, dziewiątego lutego, obchodzony był Międzynarodowy Dzień Pizzy. Jest to jedno z tych uroczych świąt, o którym najczęściej zapominam, ale jeśli ktoś akurat mi przypomni, celebruję zapamiętale. No bo przecież każda okazja do świętowania jest dobra, a jeśli jeszcze jest wymówką do zjedzenia wyśmienitej pizzy, to po prostu nie mogę sobie odmówić. 
Umówiłyśmy się z dziewczynami na wspólne pieczenie, jednak tu coś wypadło, tam się obsunęło - i udało się dopiero dzisiaj. Nic straconego - pizzę można zjeść zawsze, nie tylko od święta!

Ja tym razem temat potraktowałam bardzo luźno, i po inspirację zamiast do Włoch, udałam się do Francji. Pissaladiere pochodzi z Nicei; to tam wypiekano placki na chlebowym cieście z dużą ilością karmelizowanej, mięciutkiej cebuli, czarnymi oliwkami i anchovies, i sprzedawano każdego poranka. 
Muszę przyznać, że od dawna miałam ochotę na ten francuski przysmak; anchovies kupiłam już jakiś czas temu, i tylko czekało na swoją kolej. Przepis znalazłam u Truskawkowej Ani, i zmieniłam tylko odrobinkę, nie odchodząc jednak zbyt daleko od tradycji. Ciasto jak na grubą pizzę, jest miękkie i delikatne; a cała góra słodkiej, skarmelizowanej cebulki z dodatkiem wyrazistych oliwek i słonych filecików anchovies smakuje po prostu obłędnie! Do tego całość jest prosta i stosunkowo szybka (jak na ciasto drożdżowe) do przygotowania. Oczywiście, obieranie i krojenie kilograma cebuli do zadań łatwych nie należy; dobrze jest przygotować sobie paczkę chusteczek, tudzież rolkę papierowych ręczników kuchennych i mieć je w zasięgu ręki - gwarantuję, że się przydadzą. Ale dla takiego smaku warto pocierpieć.

To jak, skusicie się na francuską wersję cebularza...?

Po inne danie, które pizzą jest lub przy odrobinie wyobraźni mogłoby za nią uchodzić, koniecznie zajrzyjcie do Mopsika

Pissaladiere


Składniki:
(na formę o wymiarach 30x22 cm)
  • 250 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 120 ml letniej wody
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
duszona cebula:
  • 5 łyżek oliwy
  • 2 łyżki masła
  • 1 kg cebuli
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżeczka suszonego rozmarynu
  • 1 łyżka octu balsamicznego
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 75 g filecików anchois
  • 90 g czarnych oliwek bez pestek
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać cukier i zalać połową wody. Odstawić na 15 minut.
Po tym czasie do zaczynu dodać pozostałą wodę, zagnieść. Dodać sól, wyrobiź gładkie ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

W tym czasie cebulę obrać, pokroić w piórka.
Na patelni rozpuścić masło z oliwą, dodać cebulę, przeciśnięty przez praskę czosnek i rozmaryn. Dusić pod przykryciem na małej mocy palnika przez 45-60 minut, aż cebula będzie zupełnie miękka, ale nie zrumieniona. Dodać ocet, só i pieprz, wymieszać, smażyć jeszcze 5 minut.

Ciasto rozwałkować na wielkość formy, ułożyć w formie wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzch wyłożyć cebulę, a na niej ułożyć kratkę z anchois, wypełniając środki oliwkami.

Odstawić na 30 minut do napuszenia.

Piec w 220 st. C. przez 25 minut.

Podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!


Dzisiaj za to mamy Ogólnopolski Dzień Pisania Piórem. 
Macie jakieś...? Czy odręcznie piszecie już tylko wtedy, kiedy naprawdę trzeba...?

czwartek, 9 listopada 2017

O tym, dlaczego nie mogę czytać wzruszających książek i zupa krem z brukselki

Uwielbiam czytać książki; to chyba jedyne zajęcie, w którym potrafię całkowicie się zatracić. Jeszcze gdy mieszkałam z Rodzicami, Mama dostawała szału, gdy po kilkukrotnym wołaniu musiała pofatygować się do mojego pokoju, wyjąć mi książkę z rąk, odczekać chwilę, żebym wróciła do rzeczywistości, i po raz dziesiąty powtórzyć, żebym wyniosła śmieci/ wyprowadziła psa/ nakryła do stołu, etc. Wiem, że niektórzy nie potrafią się skupić na czytaniu, inni lubią mieć zajęte ręce. Ja odpływam w inny świat wraz z bohaterami; razem z nimi się zakochuję, pokonuję przeciwności losu, zwyciężam na starcie przegrane walki i... Wzruszam się do łez. 
Często się zdarza, że ukradkiem ocieram oczy, gdy jakiś bohater umiera (czy choćby jest tego bliski) lub też dokonuje heroicznych czynów, ratujących świat przed zagładą (a przynajmniej jego część, czasem ograniczającą się do jego własnego podwórka). C. się wtedy trochę ze mnie podśmiechuje, za to psy traktują sprawę bardzo poważnie i próbują ratować sytuację tak, jak najlepiej potrafią, czyli rzucając się na mnie i liżąc mi twarz bez opamiętania. Jest to jednocześnie urocze, wzruszające i straszliwie irytujące, szczególnie w momencie, gdy nie jestem pewna, czy ten bohater w końcu umarł, czy jednak po raz kolejny wyślizgnął się z zimnego uścisku śmierci. 

Tak więc wzruszające książki staram się czytać w ukryciu, co nie jest łatwe... Ale czego nie robi się dla przyjemności czytania...?

Dzisiaj mam dla Was przepis na boską zupę z brukselki. Jakoś wcześniej nie pomyślałam, że można z brukselki przygotować krem; a przecież to nic nadzwyczajnego. Miksuje się ją dokładnie tak samo, jak wszystkie inne warzywa. Przepis znalazłam na blogu Kuchenne zapiski Edyty, zmieniłam w nim w sumie niewiele - ot, wrzuciłam to, co miałam pod ręką, pomijając nieosiągalne składniki, jak choćby seler (teoretycznie mogłam iść do sklepu i zakupić smakowitą kulę, ale... Mi się nie chciało). 
Muszę przyznać, że zupka wyszła zaskakująco pyszna, kremowa i treściwa. Wprost genialnie smakuje w towarzystwie suszonych pomidorów; jestem pewna, że to połączenie wykorzystam jeszcze nie raz. 
Krem idealny na te chłodne, listopadowe popołudnia - szybki, sycący i rozgrzewający. Czego chcieć więcej...?

A po inne dania obiadowe z dodatkiem brukselki zajrzyjcie koniecznie do Mopsika, Malwiny, Marty i Pati.

Zupa krem z brukselki


Składniki:
(na 3 porcje)
  • 400 g brukselki
  • 150 g ziemniaków
  • 1 marchewka
  • 1 pasternak
  • 1 czerwona cebula
  • 1 łyżka masła
  • 1 liść laurowy
  • 800 ml bulionu
  • sól
  • pieprz
  • sok z 1/2 cytryny
dodatkowo:
  • czarny sezam
  • suszone pomidory w oliwie
Brukselkę umyć, oczyścić, odciąc twarde końcówki i przekroić na połówki.
Ziemniaki, marchewkę i pasternak obrać, pokroić w kostkę.
Cebulę obrać, pokroić w kosteczkę.

Na maśle zeszklić cebulę. Dodać ziemniaki, marchewkę i pasternak, podsmażać, aż warzywa chłoną tłuszcz. Dodać brukselkę, zalać wszystko bulionem, dodać liść laurowy i gotować pod przykryciem przez 30-40 minut, aż warzywa będą miękkie.
Wyjąć liść laurowy, zupę zmiksować blenderem na gładki krem, doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny.

Podawać posypaną czarnym sezamem, z dodatkiem suszonych pomidorów.

Smacznego!


Ja tymczasem wracam do aktualnej lektury - obiecałam sobie, że skończę w tym tygodniu. A tu już przecież czwartek się kończy!

czwartek, 2 listopada 2017

Duńskie pikle z czerwonej cebuli. I chwila na zadumanie...

Pierwszy listopada... W Polsce to czas głębokiej zadumy nad tymi, którzy odeszli. Moje myśli tego dnia nieodmiennie kierują się ku wspomnieniom o Dziadku; nie inaczej było i w tym roku. Tym razem jednak dawną tęsknotę przytłumiły inne wypadki.
Są ludzie, z którymi nasze drogi się rozeszły. Z którymi być może tak naprawdę nigdy nie byliśmy specjalnie blisko, ale mimo wszystko zajmują szczególne miejsce w naszych sercach.
W liceum miałam kilka dobrych koleżanek; nie wiem, jak nastoletnie przyjaźnie wyglądają teraz, ale wtedy od czasu do czasu u siebie sypiałyśmy. Najczęściej przegadywałyśmy całą noc, zasypiając nad ranem; w porze śniadania nadal byłyśmy zupełnie nieprzytomne. O czym mogą plotkować tyle godzin dziewczyny, które spędzają ze sobą po osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu z przymusu, i niemal drugie tyle z własnego wyboru...? Wiadomo; o szkole, wrednych nauczycielach, chłopakach, innych dziewczynach i najnowszym odcinku ulubionego serialu.

Nieodłączną częścią takich piżamowych spotkań są rodzice; głównie mamy. Niektóre pilnują, żebyśmy zgasiły światło o przyzwoitej porze, inne pakują się razem z nami do łóżka i podzielają zachwyt nad nową fryzurą. Są gdzieś tam; bardziej z boku, ale zawsze obecne. Gdy więc usłyszałam, że miesiąc temu jedna z takich mam zginęła w wypadku samochodowym, aż zabrakło mi tchu. Nie dlatego, że była dla mnie kimś ważnym dzisiaj, ale była obecna w moim życiu przez tyle lat. Nie raz poczęstowała herbatą czy obiadem, pomogła z lekcjami, czy po prostu pogadała od serca. Nie widziałam jej z dobrych dziesięć lat, a mimo wszystko poczułam zaskakujące mnie samą uczucie straty... Tak jakby coś zostało przypieczętowane; teraz już wiem na pewno, że stare, dobre czasy to już tylko wspomnienia...

Dzisiaj chciałabym Was poczęstować piklami. Cebulowymi.
Duńczycy takie uwielbiają; można je kupić w każdym sklepie, są nieodłącznym składnikiem kanapek z ciemnego, żytniego chleba z rullepølse - zwijaną szynką z dużą ilością czarnego pieprzu. Świetnie nadają się do sałatek i jako dodatek do obiadu. Tak przygotowana cebula, nadal wyrazista w smaku, nieco traci ostrość na rzecz innych tonów. Ja bardzo ją lubię, C. też, więc słoiczka nie pasteryzowałam, tylko wstawiłam do lodówki; jego zawartość znika systematycznie, i chyba niedługo będę musiała przygotować nowy... A bezsprzeczną zaletą tak piklowanej cebuli jest fakt, że robi się ją dosłownie chwilę.
Przepis znalazłam w magazynie Bage og sylte, nr 3/2016.

Przepisu na inne wytrawne przetwory idealne na jesień szukajcie dziś jeszcze u Emilii.

Pikle z czerwonej cebuli


Składniki:
(na słoik o pojemnśco 500 ml)
  • 3 czerwone cebule
  • 1 l wrzącej wody
  • 2 liście laurowe
  • 5 całych ziarenek pieprzu

zalewa:
  • 150 ml wrzącej wody
  • 200 ml octu jabłkowego

Cebule obrać, przekroić na pół, pokroić w cienkie piórka. Przełożyć do dużej miski, zalać wodą i odstawić na 1 minutę. Po tym czasie cebule odcedzić, przelać zimną wodą i przełożyć do słoika. Włożyć listki laurowe i pieprz.
Pozostały wrzątek wymieszać z octem, mieszanką zalać cebulę. Mocno zakręcić słoik, odstawić do całkowitego wystudzenia, a nastepnie wstawić do lodówki na minimum 12 godzin.

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

Kuchnia skandynawska 2017
 

środa, 25 października 2017

Studium w fiolecie. Krem z czerwonej kapusty

Nie gotuję dużo.
Po pierwsze, nie przepadam za tą czynnością. Owszem, uwielbiam krzątać się w kuchni i piec, ale dania wytrawne... To już nie moja bajka. Nigdy w życiu nie usmażyłam steku, nie zrobiłam gulaszu ani nawet sałatki warzywnej (choć parę razy się do tej ostatniej przymierzałam). 
Po drugie, C. gotować uwielbia, co właściwie zamyka listę. Kiedy tylko ma możliwość, z radością coś tam miesza, przyprawia i smakuje, żeby później wszem i wobec chwalić się swoimi dokonaniami (całkiem zresztą słusznie, bo kucharz z niego znakomity). Jedyny problem w jego przypadku stanowią surówki; jeśli mam na jakąś ochotę, muszę ją sobie sama przygotować. On się surowych warzyw nie tyka.

Od czasu do czasu trafia się jednak sytuacja, że jednak muszę coś ugotować. 
No dobrze - muszę jest tutaj określeniem nieco naciąganym. Bo jakbym nie ugotowała, to też nic by się nie stało. Ale jednak bywa, że mam ochotę postać chwilę nad garnkami, żeby później wydobyć z nich coś, co nie jest ciastem. Albo choćby deserem.
Ostatnio C. znalazł sobie dodatkową pracę na weekendy (bo ta, którą już ma, jakieś sześćdziesiąt godzin w tygodniu plus dojazdy, to jednak za mało), więc kiedy mam wolne, szykuję nam coś dobrego. 

Jakiś czas temu kupiłam w promocji dwie małe główki czerwonej kapusty i zastanawiałam się, co z nich zrobić. Bo takiej ilości surówki to nawet ja nie dam rady pochłonąć... Z pomocą przyszedł mi blog Zakochane w zupach (którego z miejsca zostałam wielką fanką, bo zupy to ja uwielbiam; kremy w szczególności, a tych na blogu dziewczyny mają naprawdę spory wybór) i zupa-krem z czerwonej kapusty właśnie. Przypomniała mi o tym, że już dawno chciałam coś takiego przygotować - kolor, musicie przyznać, ma niesamowity i wyjątkowo kuszący. Nie czekając długo, kupiłam gruszki, puszkę ciecierzycy znalazłam w spiżarce, i zabrałam się za gotowanie.
Najdłużej zabiera obranie i pokrojenie warzyw, reszta robi się praktycznie sama. Pieczoną ciecierzycę jako dodatek do zup robiłam nie raz; wychodzi boska, mocno chrupiąca i lekko pikantna. Jak zawsze - strzał w dziesiątkę. Do tego delikatna, mocno kremowa i zaskakująco sycąca fioletowa zupa, podana z plasterkami słodkiej gruszki. Smakuje trochę kapustą, trochę ziemniakami - sprawdzi się świetnie w chłodne, jesienne dni. Ja zwiększyłam proporcje, i mieliśmy obiad na trzy dni, co jest świetnym rozwiązaniem w ciągu zabieganego tygodnia.

A po inne specjały z kapustą w roli głównej koniecznie zajrzyjcie dziś do Pati, MirabelkiEmiliiMarty i Ani.

Krem z czerwonej kapusty z gruszką i pieczoną ciecierzycą


Składniki:
(na 6 porcji)
  • 900 g czerwonej kapusty
  • 1,5 czerwonej cebuli
  • 3 ząbki czosnku
  • 100 ml białego wina
  • 3 ziemniaki
  • 2 łyżki oliwy
  • 2 gruszki
  • 1,5 l bulionu
  • sok z 1/2 cytryny
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 6 łyżek creme fraiche
  • 1 gruszka
pieczona ciecierzyca:
  • 265 g ciecierzycy z puszki
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki
  • 1/2 łyżeczki wędzonej papryki
  • 2 łyżeczki oleju z chilli
  • 1 łyżka oliwy
  • 1 łyżeczka soli
Cebulę obrać, pokroić w kosteczkę. Czosnek przecisnąć przez praskę. Ziemniaki obrać, pokroić w kostkę. Gruszki obrać, wyciąć gniazda nasienne,pokroić w kostkę. Z kapusty wyciąć twarde częsci, resztę poszatkować.

W dużym garnku rozgrzać oliwę, dodać cebulę. Gdy się zeszkli, dodać czosnek, podlać winem i smażyć, aż alkohol odparuje. Dodać kapustę i gruszkę, smażyć jeszcze 5 minut. Dodać ziemniaki, zalać całość bulionem i gotować przez około 40 minut, aż warzywa zmiękną.
Zdjąć garnek z palnika, zmiksować blenderem na gładki krem. Doprawić do smaku sokiem z cytryny, solą i pieprzem.

Ciecierzycę odcedzić, przełożyć do miski. Posypać przyprawami, dodać olej i oliwę, dokładnie wymieszać.
Przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 200 st. C. przez 40 minut.

Ostatnią gruszkę pokroić w plastry, lekko zrumienić na patelni grillowej.

Zupę podawać z kleksem śmietany, pieczoną ciecierzycą i plastrami grillowanej gruszki.

Smacznego!


W tym roku późno, bo dopiero w październiku, otworzyłam sezon na zupy. Gorące, sycące, aromatyczne. Będzie ich tu teraz sporo, na zmianę z pierniczkami. Cóż, taki czas...

piątek, 20 października 2017

Weselne toasty po duńsku. I żółciutka tarta z kurkami

Niezwykle istotnym elementem duńskiego wesela są toasty. I to nie byle jakie, nie proste i oczywiste w stylu Za zdrowie państwa młodych!. Duńskie toasty to całe przemowy; historie poznania, wspólnego życia, wspominki i obserwacje. 

Muszę przyznać, że ten element wesela bardzo mnie stresował. Dlatego już kilka miesięcy wcześniej postanowiłam zabrać się do dzieła. Najpierw zapytałam C., co ja właściwie mam powiedzieć. A on, zawsze tak skory do pomocy i uczynny, odpowiedział z rozbrajającą szczerością: Co chcesz
Jasne. Nieco zdegustowana takim obrotem sprawy, usiadłam przy kuchennym stole z czystą kartką i długopisem, i zaczęłam myśleć.
Przez pół godziny zapisałam całą stronę. Było trochę skreśleń i poprawek, adnotacje i przypisy, ale muszę przyznać, że byłam z efektów całkiem zadowolona. Szczególnie, że pisałam po angielsku; uznałam go bowiem za najbardziej uniwersalny język. Polski nie wchodził w grę - C. i jego rodzina, czyli większość gości, nic by nie zrozumiała. Z tych samych powodów odpadł duński - tu moja Rodzinka nie wiedziałaby zupełnie, o co chodzi. Po niemiecku w temacie umiem powiedzieć tylko Ich liebe dich, mein Schmetterling, co nie do końca odkrywa głębię moich uczuć. No i brzmi tak, jakbym miała ochotę kogoś zjeść. 

Tak więc, wstęp przemowy miałam skończony. Później pracowałam, wypadło to to, to tamto, przygotowania do ślubu pochłonęły mnie niemal całkowicie, przyjechali Rodzicie i pozostali polscy goście i... Był piątkowy wieczór przed wielkim dniem. A ja nadal miałam tylko wstęp. Nawet chciałam się zaszyć w jakimś kącie i spróbować dopisać coś jeszcze, ale nie było mi dane. W końcu zrobiło się późno, za chwilę trzeba było wstawać i... Stwierdziłam, że jednak pójdę na żywioł.
Ale kartkę ze wstępem pieczołowicie zapakowałam do torebki i kazałam pilnować Młodej po groźbą utraty głowy, a przynajmniej narażenia się na wiązankę, która z ust panny młodej w dniu jej ślubu z pewnością wyjść nie powinna.

Na pierwszy ogień poszedł mój Tato. W krótkich, żołnierskich słowach wyraził uznanie i życzył nam wszystkiego najlepszego. C. z kolei wzruszył się niesamowicie i ze łzami w oczach dziękował gościom i rodzicom, a także opowiadał o tym, jakim to jest szczęściarzem (no ja myślę!). Mój Teść przełożył przez ramię ślubną chustę (która na każdym z wesel jego dzieci służyła mu do ocierania łez) i wspomniał o nieśmiałej Polce, która wślizgnęła się do rodziny nie powodując większego zamieszania, ale wypełniła ich kuchnię głośnym śmiechem, a życie jego syna miłością. Wszyscy, którzy zrozumieli, ukradkiem ocierali oczy.

W końcu przyszła mojej kolej. Odpowiedzialny za trzymanie wszystkiego w ryzach i lekko już pijany, mój ulubiony kuzyn C. podszedł do mnie i wyszeptał do ucha, że po deserze mam być gotowa. Wzięłam głęboki oddech, i stwierdziłam, że będę. Pięć minut później okazało się, że lody potrzebują jeszcze chwili, więc przemowę mam wygłosić przed deserem. Jonas ścisnął mnie za ramię, życzył szczęścia... I zapowiedział pannę młodą. Wydobyłam z torebki kartkę (Młoda spisała się na medal), wstałam, odchrząknęłam znacząco i zaczęłam...
Trochę zerkałam na to, co tak pieczołowicie wcześniej napisałam; gdy skończyłam wstęp, kartkę wyrzuciłam i kontynuowałam, wywołując kolejne salwy śmiechu i totalne zaskoczenie moich gości. Okazało się, że trafiłam w dziesiątkę, opowiadając o naszym pierwszym, niezwykle romantycznym spotkaniu, gdy C. z górą brudnych talerzy próbował zachować równowagę, a ja pędziłam gdzieś ze ścierką i mopem pod pachą. 
Już po wszystkim zebrałam całe mnóstwo gratulacji, a brat C. stwierdził, że czegoś takiego to on się po mnie nie spodziewał. No cóż, ciche myszki też potrafią. Muszą tylko chcieć.

Mnie za to najbardziej zaskoczył fakt, że moja młodsza, tak mało podatna na wzruszenia Siostra, zalała się łzami.
Po wszystkim dałam C. soczystego całusa i usiadłam z policzkami zaczerwienionymi z emocji i uczuciem dobrze spełnionego obowiązku. I choć wyszło świetnie, to cieszę się, że akurat tego powtarzać nie muszę.

Tymczasem mam dla Was przepis na idealnie jesienną tartę z kurkami.
W końcu udało mi się kupić koszyczek w cenie wołającej o pomstę do Nieba, ale czego nie robi się dla tego smaku... I choć oczyszczanie tych żółto-pomarańczowych grzybków to droga przez mękę, to warto. 
Przepis znalazłam na blogu Kolorowy Talerz, i zmieniłam nieznacznie proporcje, żeby pasował do większej formy. Wyszło bosko - kruchutkie ciasto wypełnione śmietanowo-jajeczną masą i grzybkami, których delikatny smak nie został niczym zakłócony, a tylko podbity dzięki dodatkowi białego wina i tymianku. Mówię Wam - coś wspaniałego! Do tego lekka, zielona sałata z winegretem i kieliszek dobrego białego wina. Idealny zestaw na romantyczną kolację w pierwszą miesięcznicę ślubu.

Tarta z kurkami, tymiankiem i białym winem


Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 26 cm)

spód:
  • 100 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 200 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 150 g zimnego masła
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • 2-3 łyżki zimnej wody

dodatkowo:
  • 1 białko

nadzienie:
  • 400 g kurek
  • 1 cebula
  • 2 łyżki masła
  • 3 jajka
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 50 g twardego, wędzonego sera
  • 3 gałazki tymianku
  • 100 ml białego wytrawnego wina
  • sól
  • pieprz

Mąki, sól, masło, jajko i żółtko umieścić w malakserze, zmiksować. Po łyżce dodawać wody, aż ciasto nabierze odpowiedniej konsystencji.
Ciasto rozwałkować między dwoma arkuszami papieru do pieczenia, przełożyć do fromy, odpowiednio przyciąć.
Schłodzić w lodówce przez minimum 30 minut.

Schłodzone ciasto gęsto nakłuć widelcem, przykryć papierem do pieczenia i obciążyć.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Zdjąć obciążenie i papier.

Piec przez kolejne 15 minut w 180 st. C.
Gorące ciasto posmarować roztrzepanym białkiem.

Kurki oczyścić, opłukać, osuszyć. Większe przekroić na połówki lub ćwiartki.
Cebulę pokroić w drobną kosteczkę.

Na patelni rozgrzać masło, zeszklić cebulę. Dodać kurki. Smażyć, aż cały płyn odparuje. Wlać białe wino, smażyć nadal, aż alkohol odparuje. Posolić.
Jajka roztrzepać, dodać śmietanę, ser i listki tymianku, doprawić solą i pieprzem.

Na przestudzony spód wyłożyć kurki, zalać masą jajeczno-śmietanową.

Piec w 160 st. C. przez 25 minut, aż masa jajeczna się zetnie.
Podawać na ciepło.

Smacznego!


Przede mną wolny weekend - nie macie pojęcia, jak się cieszę! Ostatnio jestem ledwo żywa; praca naprawdę daje mi się we znaki. A za pasem Święta, czyli ruch w interesie będzie coraz większy. Uff...

czwartek, 22 czerwca 2017

O fretce, która nie jest fretką, czyli poznajcie Mortena. I różowy, letni chłodnik

Pamiętacie, jak pisałam o naszym powrocie z wakacji i wściekłej fretce, która przywitała nas godnymi fretki prychnięciami? Po bliższych oględzinach okazało się jednak, że rzeczona fretka wcale fretką nie jest. A okazja znalazła się szybciej, niżbyśmy sobie tego życzyli, bo futrzak, podczas naszej dwutygodniowej nieobecności, postanowił wprowadzić się na poddasze. 
Muszę przyznać, że kiedy C. mnie o tym poinformował, lekko zdębiałam. Nie tak bowiem wyobrażałam sobie nasz przytulny domek; nie z dzikim (dosłownie!) lokatorem. 
Obejrzeliśmy dach, znaleźliśmy dziurę, psy kunę wywęszyły. Roboczo nazwaliśmy ją Morten (po duńsku kuna to mår, co przy poprawnej duńskiej wymowie rymuje się z Morten) i zaczęliśmy się zastanawiać, co by tu teraz zrobić... C., po dogłębnej analizie internetowych mądrości, znalazł jedyne słuszne remedium: Metallikę. Tak, ten zespół, który dla niewtajemniczonych po prostu hałasuje na bardzo dużą skalę. Codziennie rano tuż pod dachem ustawiał głośnik, i puszczał największe przeboje chłopaków. Okazuje się, że chyba mamy z Mortenem inny gust muzyczny; po kilku dniach się wyprowadził. A przynajmniej taką mamy nadzieję, bo nagle zapadła cisza, i nie znajdujemy już niepokojącej ilości piór na trawniku przed domem. 
Teraz czeka nas tylko ściąganie dachówek i sprzątanie po gościu... 

I co? Nadal marzycie o własnym domu i ogrodzie...?

Tymczasem póki co - odpukać! - w Danii nadal lato w pełni, mam więc dla Was przepis na chłodnik, który znalazłam w magazynie Moje gotowanie, nr 7/2016. Skusił mnie absolutnie cudownym, różowym kolorem i dodatkiem botwinki - a jak wiecie, przywiozłam ze sobą z Polski dwa pęczki tego specjału. Grzechem byłoby wyrzucić! 
Ten akurat chłodnik to miks świeżych, wiosennych warzyw z maślanką, lekko tylko doprawiony solą i pieprzem, podany z jakiem i słonym serem feta. Całość smakuje nieźle - według mnie, i naprawdę dobrze - według C. Ale ja chyba nigdy nie polubię chłodników... Dla mnie zupa musi być gorąca - i basta. Jeśli jednak w ciepły, letni dzień miska z chłodnikiem wypełnia Wasze myśli, ten będzie doskonały. Szczególnie, że dzięki dodatkowi ziemniaków naprawdę syci i może stanowić pełnoprawny obiad nawet dla głodnego przedstawiciela płci silnej - sprawdziłam.

Dania z dodatkiem kalarepki znajdziecie też dzisiaj u MopsikaPati, Marty i Malwinny.

Chłodnik z wiosennych warzyw na maślance



Składniki:
(na 6-8 porcji)
  • 1 pęczek botwinki
  • sól
  • pieprz
  • cukier
  • sok z 1 cytryny
  • 1,5 l maślanki
  • 500 g creme fraiche (18%)
  • 1 długi ogórek
  • 1 pęczek rzodkiewki
  • 1 kalarepka
  • 500 g młodych ziemniaków
  • 4 dymki
  • 6-8 jajek
  • koperek
  • natka pietruszki
  • 100 g fety
Ziemniaki ugotować w mundurkach, ostudzić.
Botwinkę umyć, osuszyć, posiekać. Wrzucić na lekko osolony, doprawiony cukrem i sokiem z 1/2 cytryny wrzątek. Gotować 5 minut, odcedzić, ostudzić.

Maślankę dokładnie wymieszać z creme fraiche. 
Ogórek obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić na nieduże kawałki. Rzodkiewki pokroić w plasterki. Kalarepkę obrać, zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Ziemniaki obrać, pokroić w plastry. 
Dymki drobno pokroić, oddzielając białe części od zielonych. Koperek i natkę posiekać. 
Do maślanki dodać ogórka, rzodkiewki, kalarepkę, ziemniaki, botwinkę i białe części cebuli. Dokładnie wymieszać, doprawić do smaku solą, cukrem, pieprzem i sokiem z cytryny. Dobrze schłodzić.

Jajka ugotować na pół twardo. 
Nalać chłodnik do miseczek. Podawać z połówkami jajek i pokruszoną fetą, posypany szczypiorem, koperkiem i natką.

Smacznego!


Ja tymczasem codziennie smaruję mój łaciaty nos grubą warstwą kremu, ale chyba nawet to już mu nie pomoże...

wtorek, 7 lutego 2017

Wspomnienie zimowej focacci i o tym, co w szkole słychać

I tak znów znalazłam się w internacie. Tym razem nie miałam tyle szczęścia co ostatnio, i dostałam współlokatorkę. Nie zrozumcie mnie źle - dziewczyna jest przemiła, ale... Brakuje mi chwili dla siebie. Od dwóch dni bez przerwy ktoś ze mną jest, a dawno już się od takiego stanu rzeczy odzwyczaiłam. Pokój jest malutki, drzwi od szafy skrzypią niemiłosiernie, a w łazience ledwo się mieszczą nasze dwie szczoteczki do zębów i wspólne mydło do rąk. Potrzebuję miejsca i czasu tylko dla siebie; a na to, niestety, trochę sobie poczekam...

Tymczasem w szkole jest ciekawie. Co prawda wczoraj dowiedziałam się, że na egzaminie muszę przygotować słynne duńskie kransekage, i jestem tym lekko przerażona, ale... W trzy tygodnie się nauczę, prawda...? Przynajmniej taką mam nadzieję... Póki co pomalutku pieczemy ciasta czekoladowe, cytrynowe i marchewkowe, dzisiaj przygotowaliśmy karmel, a jutro będę lepiła różyczki z marcepanu i malowała czekoladą. Świetna zabawa!
Szkoda tylko, że tak daleko od domu...

Dzisiaj mam dla Was przepis na focaccię, który znalazłam u Ani. Od razu się w nim zakochałam - połączenie słodkawej, karmelizowanej czerwonej cebuli i kwaśnej żurawiny z aromatycznym rozmarynem i nutą pomarańczy nie mogło się nie sprawdzić. I tak, brzmi całkiem świątecznie, ale za oknami typowo bożonarodzeniowa pogoda - śnieg sypie bezustannie od dwóch dni, przykrywając wszystko białym puchem. I jak tu się oprzeć świątecznym połączeniom smaków...?

Czyżbym aż tak wcześnie w tym roku miała zacząć z pierniczkami...?

Pomarańczowa focaccia z cebulą, żurawiną i rozmarynem


Składniki:
(na 1 focaccię)
  • 170 ml letniej wody
  • 15 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 300 g mąki pszennej
  • 2 łyżki oliwy
  • skórka otarta z 1/2 pomarańczy
  • 1 gałązka rozmarynu
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku

dodatkowo:
  • 2 czerwone cebule
  • 1 łyżka oliwy
  • 1 łyżka masła
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • 100 g świeżej żurawiny
  • świeży rozmaryn
  • płatki soli morskiej

Przesiać mąkę do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, zasypać cukrem i zalać połową wody. odstawić na 10-15 minut.
Po tym czasie dodać resztę wody, zagnieść ciasto. Dodać oliwę, sól, drobno posiekany rozmaryn, tymianek i skórkę z pomarańczy. Wyrobić gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.

W tym czasie obrać cebule, pokroić w piórka. Na patelni rozgrzać masło z oliwą, dodać cebulę i zeszklić. Zalać octem, podsmażać jeszcze chwilę, zdjąć z palnika i ostudzić.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na wielkość blachy z piekarnika. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 45-60 minut.
Na wyriśniętym cieście równomiernie rozłożyć cebulę, posypać żurawiną, igiełkami rozmarynu i solą morską.

Piec w 220 st. C. przez 20-25 minut.
Pokroić na mniejsze kawałki, podawać na ciepło lub zimno.

Smacznego!

I wiecie co...? Wczoraj, z nudów, zaczęłam się uczyć. Sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle...

wtorek, 17 stycznia 2017

Na rozgrzanie: pikantna zupa z kurczakiem

Jesteście przesądni...?
Ja niby nie. Ale mam wrażenie, że od czasu do czasu miewam przebłyski nerwicy natręctw. Zdarza się, że przejdę całą drogę do sklepu, nie następując na łączenia płytek. Często nerwowo szukam niemalowanego, żeby odpukać jakieś wyimaginowane nieszczęście. Bywa, że waham się już z dłonią na klamce, czy aby na pewno bezpiecznie będzie wejść do ciemnego pokoju...
Nie mam pojęcia, skąd to się bierze, i czy może właściwie powinnam udać się z tym do specjalisty...? 

W każdym razie chodzi o to, że miniony piątek był piątkiem trzynastego. Przerażający, owiany złą sławą piątek, którego staramy się wystrzegać, jak tylko możemy. Niestety, nieubłagany kalendarz raczy nas takimi niechcianymi piątkami od czasu do czasu, pozostawiając właśnie nam to, jak się z nimi obejdziemy.

Niektórych nie rusza to zupełnie. Są całkowicie odporni na zabobonne lęki, nie wierzą w duchy i przesądy. Piątek trzynastego traktują jak każdy inny, czyli powolny wstęp do weekendu. Chwała im za to!
Są też tacy, którzy czują lekkie mrowienie w koniuszkach palców już w czwartek po południu. Tego dziwnego dnia starają się unikać wszelkich potencjalnych niebezpieczeństw i zagrożeń, wypatrując ich na każdym kroku. Do północy siedzą na kanapie, pod kocem, i odliczają ostatnie sekundy, żeby wreszcie odetchnąć z ulgą. Bo teraz już przecież nic złego stać się nie może; prawda...?
Zdarzają się też ci, którzy ten dzień przeczekują schowani głęboko pod kołdrą, w pracy tłumacząc się zagrażającym życiu katarem. Bo jeśli tylko przekroczyliby próg mieszkania, ba! Własnej sypialni! To z pewnością skończyłoby się to katastrofą. Z fajerwerkami. Co prawda tych nieszczęsnych piątków przeżyli już kilkadziesiąt, a to, że nic się nie stało, tylko dowodzi słuszności ich tezy; póki siedzą pod kołdrą, są bezpieczni. Lepiej licha nie kusić i na zimne dmuchać...

A Wy? Boicie się piątku trzynastego...?

Tę zupę przygotowałam już jakiś czas temu. Wyszła pyszna: dość pikatna, sycąca i obłędnie aromatyczna. Idealnie rozgrzewa, gdy człowiek wraca do domu zmęczony po długim dniu pracy, gdy za oknami ciemności rozpanoszyły się już znowu na dobre, a ulubione puchate skarpetki są akurat w praniu. 
Chciałam podzielić się z Wami przepisem... I tu nastąpił problem. Bo za nic nie mogłam źródła rzeczonego przepisu znaleźć! Ubzdurałam sobie, że widziałam go w takim, a nie innym, magazynie. Przejrzałam więc prawie wszystkie numery, bez rezultatów. Gdy już zabierałam się do całej zabawy od początku, zauważyłam wystający róg Mad!, nr 10/2015. Pacnęłam się z rozmachem w czoło: oczywiście, że to tutaj!
Przepis znalazłam w kilka minut, szybciutko zanotowała źródło i czym prędzej dzielę się nim z Wami; zupa bowiem ta jest tak pyszna, że grzechem byłoby się nie podzielić.

Pikantna zupa z kurczakiem i mlekiem kokosowym


Składniki:
(na 6-8 porcji)
  • 800 g piersi z kurczaka (bez skóry)
  • 2 łyżki oliwy z chilli
  • 2 bananowe szalotki
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 cm kawałek świeżego imbiru
  • skórka otarta z 1/2 cytryny
  • 3 łyżki karry (proszek)
  • 1 łyżka mielonego kminu rzymskiego
  • 1 łyżka mielonej kolendry
  • 1 l bulionu drobiowego
  • 800 g mleczka kokosowego
  • 3 suszone liście kaffiru
  • skórka otarta z 1 limonki
  • sok z 1 limonki
  • 200 g mrożonego bobu

dodatkowo:
  • pęczek kolendry
  • pęczek dymki

Kurczaka pokroić w kostkę, doprawić solą i pieprzem.
Szalotki pokroić w drobną kosteczkę. Zeszklić na oliwie, dodać przeciśnięty przez praskę czosnek i kurczaka. Smażyć, aż mięso się zrumieni. Zetrzeć na tarce imbir, dodać do kurczaka razem ze skórką z cytryny, kminem, kolendrą i karry. Smażyć jeszcze chwilę. Zalać całość bulionem i mleczkiem kokosowym, dodać liście kaffiru. Gotować przez około 10 minut.
Na końcu dodać bób, gotować jeszcze 5 minut. Doprawić do smaku skórką i sokiem z limonki oraz solą i pieprzem. Wyjąć z zupy liście kaffiru.

Zupę podawać gorącą, posypaną posiekaną kolendrą i dymką.

Smacznego!

Ja tymczasem popadam w marazm; już za dziewiętnaście dni znów idę do szkoły!

czwartek, 17 listopada 2016

O bąbelkach słów kilka. I krem dyniowo-jabłkowy

Będąc piekarzem, trzeba się liczyć z możliwością oparzeń. Niestety - tam, gdzie są gorące piece, nie da się uniknąć drobnych, ale też bardziej poważnych wypadków. Każdy, prędzej czy później, zetknie się z rozgrzaną częścią piekarnika lub jego wyposażenia, żeby później móc opowiadać barwne historie, w których oparzenie było trzy razy większe, niż naprawdę, a on dzielny niczym bohater renesansowego romansu.

Mi się mały wypadek zdarzył w zeszłym tygodniu, i od razu, żeby nie było wątpliwości, przyznam się, że dzielna nie byłam zupełnie. Wsadziłam oparzoną dłoń pod strumień chłodnej wody, a łzy kapały mi ciurkiem po brodzie. Nie dlatego, żeby oparzenie było jakoś specjalnie poważne czy rozległe; piekło za to niemiłosiernie. Do dzisiaj obnoszę się zresztą z dwoma nieapetycznie prezentującymi się bąblami.
Co się stało? Otóż chciałam przesunąć stikvogn (proszę się ze mnie nie śmiać ani nie kiwać potępiająco głowami; naprawdę nie mam pojęcia, jak ten stelaż na blachy nazywa się po polsku) kantem dłoni, co robiłam już nie raz i nie dwa, próbując się dostać przez labirynt wszelkich możliwych sprzętów na kółkach do zlewu. Nie przewidziałam tylko, że z dala od piekarników może się znajdować jeden rozgrzany do temperatury dwustu trzydziestu stopni! Gdy go dotknęłam, aż pisnęłam. A później to już wiadomo - zimna woda i łzy.
Bohaterem raczej nie zostanę, choć obiecałam sobie solennie, że następnym razem będę twardsza.

Po tych wszystkich przygodach w domu czekał na mnie garnek zawczasu przygotowanej zupy.
Bo zupy to idealne danie na zabiegany środek tygodnia, gdy nikomu się nie tylko nie chce, ale też ciężko znaleźć czas na pichcenie, a coś ciepłego po powrocie do domu by się zjadło. 
Koniecznie musiałam wykorzystać przynajmniej część dyniowego puree, które ostatnio przygotowałam, bo w kolejce stoją przecież kolejne dynie czekające na przerobienie.
W magazynie Spis bedre, nr 10/2016 znalazłam prosty i niezwykle kuszący krem z dodatkiem jabłek i rozgrzewającego imbiru.
Zupa wyszła słodko-kwaśna, cudownie rozgrzewająca; nie taka zupełnie łagodna, ale też nie ostra. Gęsta i kremowa, wybornie smakowała ze świeżą bagietką. 
Pięknie pachnie, świetnie smakuje, syci i rozgrzewa. Idealna na ten pochmurny listopad.

Krem dyniowo-jabłkowy z imbirem i kolendrą


Składniki:
(na 6 porcji)

  • 800 g puree z dyni
  • 1,5 łyżeczki mielonej kolendry
  • 500 g kwaśnych jabłek
  • 2 cebule
  • 1 ząbek czosnku
  • 5cm kawałek świeżego imbiru
  • 1 l bulionu
  • 250 g creme fraiche (18%)
  • 2 łyżki oleju
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:

  • ziarna dyni
  • creme fraiche (18%)
  • świeża kolendra
Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w kostkę.
Cebule obrać i pokroić w kostkę. Czosnek i imbir zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.

W dużym garnku rozgrzać olej. Dodać kolendrę, podgrzewać przez 1-2 minuty. Dodać cebulę, zeszklić. Dodać czosnek i imbir, następnie jabłka i jeszcze chwilę smażyć. Dodać dynię, zalać bulionem i gotować przez 15-20 minut, aż jabłka będą zupełnie miękkie.
Zdjąć garnek z palnika, dodać do zupy śmietanę, doprawić do smaku solą i pieprzem.

Ziarna dyni uprażyć na suchej patelni.
Zupę podawać z kleksem śmietany, ziarnami dyni i świeżą kolendrą.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

piątek, 4 listopada 2016

Krem z kalafiora z ostrym dodatkiem

Wczoraj C. wyszedł do pracy ostentacyjnie oświadczając, że nie ma pojęcia, kiedy wróci, ale jak już wróci, nie pogardziłby obiadem. No dobrze - myślę sobie. I tak nie mam nic ciekawego w planach poza absolutnym nicnierobieniem (w końcu przed pracującym weekendem i poprzedzającymi go trzema zwariowanymi dniami muszę naładować akumulatory), to coś tam mogę ugotować. Tylko co...?
Najpierw pomyślałam o tarcie, ale jakoś nie mogłam znaleźć żadnego przepisu. Przeglądając magazyny, w oko wpadł mi w Hjemmets bedste mad, nr 10/2016, krem z kalafiora. Po przeanalizowaniu listy składników, okazało się, że niemal nic nie ma w domu. Ubrałam się więc niczym na Syberię (ostatnio rozpoczął się sezon słynnych, duńskich wiatrów, które po tylu latach mieszkania tutaj nadal prowadzą mnie prosto na dno czarnej rozpaczy), i poszłam do sklepu. A tam byłam świadkiem absolutnie komicznej sceny. 
Otóż zaraz za mną weszła mama z siedmio-, może ośmioletnią córką. Oczywiście wejście zapełnione jest już wszelkiej maści świątecznymi drobiazgami; mama zatrzymała się przed wystawą, wzięła do ręki świeczkę w kształcie krasnala, i pokazując córce z niekłamanym zachwytem powiedziała: O, spójrz; jakie ładne! Na to dziecko, z miną lekko zniecierpliwioną, a lekko pobłażliwą, odparło: Tak, tak, widzę. A teraz już chodź.
Mama, lekko zmieszana, odstawiła świeczuszkę na miejsce i podreptała za córką. A ja się poczułam, jakbym nagle trafiła do równoległego świata, w którym to dzieci pełnią role dorosłych.
Czy wszystko już staje na głowie, czy jeszcze coś z naszego prostego, dawnego świata zostało na swoim miejscu...?

Nieco rozkojarzona, zrobiłam zakupy (na szczęście zabrałam listę; bez niej pewnie wróciłabym do domu bez kalafiora). Po drodze zmokłam jak nieszczęście, ale za to widziałam piękną, jaskrawą tęczę. W listopadzie to już chyba widok na wagę złota, więc zamiast smęcić, z uśmiechem zabrałam się do pichcenia.

Sezon na gorące, rozgrzewające kremy zaczął się u nas w tym roku wyjątkowo późno. Wszystko przez to, że jeszcze do połowy października pogoda była na tyle ładna, że od czasu do czasu przygotowywaliśmy posiłki na zewnątrz. Listopad jednak dmuchnął nam w twarze zimnym wiatrem, i zagonił z powrotem do kuchni. A tutaj swojskie, korzeniowe warzywa z ochotą wskakują do garnka, by zamienić się w zupy właśnie.

Krem z kalafiora jest prosty i szybki w przygotowaniu, bez wyszukanych składników. Wielkim atutem jest sezamowa posypka - wyrazista w smaku, chrupiąca i aromatyczna. Zmienia delikatny krem w prawdziwe pyszne doznanie.
Pogoda zdecydowanie zachęca do sięgania po właśnie takie przepisy, więc może skusicie się i Wy...?

Krem z kalafiora z pikantnymi ziarenkami


Składniki:
(na 6 porcji)
  • 800 g kalafiora (różyczki)
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oliwy
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry
  • 1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
  • 1,5 l bulionu
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • 2 ząbki czosnku
  • 4 łyżki nasion słonecznika
  • 2 łyżki sezamu
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry
  • 1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
  • 2 łyżki oliwy

Cebulę pokroić w kosteczkę, czosnek przetrzeć przez praskę.
W dużym garnku rozgrzać oliwę, dodać kmin i kolendrę, podgrzewać przez 30-60 sekund, aż przyprawy zaczną intensywnie pachnieć. Dodać cebulę i czosnek, smażyć 3-4 minuty, aż cebula stanie się szklista. Dodać różyczki kalafiora podzielone na mniejsze części, zalać bulionem i gotować przez 20-30 minut, aż kalafior będzie miękki.

W tym czasie na patelni rozgrzać oliwę, dodać przyprawy, czosnek, słonecznik i sezam. Prażyć około 1 minuty, aż nasiona nabiorą ładnego koloru. Przełożyć do miseczki.

Zupę zmiksować na gładki krem z dodatkiem śmietany, doprawić do smaku solą i pieprzem.
Podawać gorącą z posypką z nasionek.

Smacznego!


Nie nazwałabym kremu z kalafiora duńską zupą narodową (w przeciwieństwie do jakby rosołu z klopsikami i kluskami; kiedyś Wam może taki pokażę), jednak z racji znalezienia przepisu w duńskiej gazecie i idealnego wpisania się tego dania w duńską aurę, dodaję tę propozycję do akcji Mopsika.

wtorek, 9 lutego 2016

Na Dzień Pizzy: pizza wiosenna

Tak, tak, dzisiaj jest ten piękny dzień, gdy możemy objadać się pizzą do woli! W końcu międzynarodowe święto zobowiązuje, nieprawdaż...? 
Można wybrać drogę prostą, czyli pójście do pizzerii na rogu i wybranie ulubionego numerka z listy, który już nieraz ratował nam życie, gdy w lodówce tylko światło i/lub echo (niepotrzebne skreślić), a chęci na przyrządzenie czegoś bardziej skomplikowanego od wody z kranu równały się zeru. 
Można też wybrać drogę nieco (ale naprawdę, tylko odrobinę!) bardziej skomplikowaną, i pokusić się o przygotowanie pizzy w domu. 

Wbrew pozorom, nie jest to wcale trudne ani czasochłonne; wystarczy sobie wszystko dobrze zaplanować. Ciasto można przygotować nawet wieczór wcześniej i wstawić na noc do lodówki; można też wybrać jakąś szybką, modną opcję bez drożdży. Wierzch to mozaika Waszych smaków, zawartości lodówki i kuchennych szafek; na pizzę można położyć niemal wszystko i prawie zawsze będzie pysznie. Hmm... W zasadzie nie przychodzi mi do głowy nic, co by pizzę definitywnie zepsuło... A Wam?

U mnie tym razem szparagi i mozzarella; tak, tak, wiem: to zupełnie nie ta pora. Uznajmy więc, że to wspomnienie wiosny, do której poważnie zaczynam tęsknić. Biały, delikatny sos, czerwona cebulka i kapary, żeby pizza nabrała charakteru; i gotowe. Nie potrzeba nic więcej, żeby cieszyć się wybornym smakiem w zaciszu domowym. 

A Wy pamiętaliście o Dniu Pizzy...?
MartaEmilia i Kasia pamiętały. 

Pizza ze szparagami i mozzarellą


Składniki:
(na 3 pizze)

spód:
  • 350 g mąki pszennej
  • 150 g mąki graham
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 400 ml letniej wody
  • 2 łyżki oliwy

sos:
  • 250 g serka kremowego
  • 75 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 ząbek czosnku
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • 500 g zielonych szparagów
  • 3 łyżki kaparów
  • 1,5 czerwonej cebuli
  • 250 g mozzarelli
  • 150 g żółtego sera

Mąki przesiać, wymieszać. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Zasypać cukrem i zalać 100 ml wody, odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dolać letniej wody, zagnieść. Dodać sól i oliwę, wyrobić gładkie ciasto (może się delikatnie lepić).
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Szparagi blanszować 2-3 minuty w lekko osolonej wodzie, odcedzić.
Serek wymieszać z kremówką, dodać przeciśnięty przez praskę czosnek, sól i pieprz. Połączyć.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 3 równe części. Każdą rozwałkować na okrąg nieco mniejszy niż średnica kamienia. Posmarować sosem, ułożyć szparagi, plasterki cebuli i mozzarelli, posypać kaparami i startym żółtym serem.

Piec w 180 st. C. przez 15-20 minut.
Podawać gorącą.

Smacznego!

Dzisiaj jest też Dzień Naleśnika; jakby się kto pytał... Tyle dobrego na raz; aż nie wiadomo, co jeść!

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Zimowa pizza

Spóźniona raptem miesiąc, zawitała do nas zima. Taka z prawdziwego zdarzenia: z oprószonymi śniegiem chodnikami i parkowymi alejkami, oblodzonymi szybami i szosami (szczególnie o trzeciej nad ranem), oszronionymi konarami nagich drzew i temperaturą zdecydowanie ujemną. Minus dziesięć to już nie przelewki! Na szczęście mam cieplutki, czerwony płaszcz i nowy szalik, który udziergała mi na drutach Siostra (dziękuję!). I choć marznę permanentnie, uśmiecham się, gdy biały puch skrzypi pod stopami, a niesamowicie jaskrawe słońce świeci prosto w oczy. Otulam się ciepłymi swetrami, piję ciągle lekko parzącą język herbatę i cieszę się, że jutro mam wolne. Może w końcu upiekę drożdżówkę...?

Gdy mam chwilę wolnego, a najlepiej cały dzień, lubię sięgnąć po drożdże. Mam wtedy czas, żeby dobrze wyrobić ciasto, a potem cierpliwie czekać, aż wyrośnie. Lubię podglądać przez szybkę piekarnika, jak rośnie; podwaja, potraja swoją objętość. Magia! Czasem żałuję, że rozumiem, jak działają drożdże...

I dzisiaj też mam dla Was przepis na coś z drożdżami, choć jeszcze nie pulchniutką, słodziutką drożdżówkę. Zamiast tego: obiad. Pizza.

Kto nie lubi pizzy, ręka w górę! Nikt...? Tego się właśnie spodziewałam.
W zależności od nastroju, może przybrać najróżniejsze formy. Ta jest na spodzie z dodatkiem mąki graham, który dzięki niej nabiera dodatkowej chrupkości. Na wierzchu buraki i ser pleśniowy. Hmm... Nie jestem fanką tego ostatniego... Tutaj smakował nieźle, ale z kozim byłaby jeszcze lepsza (moim zdaniem, rzecz jasna). Za to pieczone buraczki, mmm... Poezja. 
Jeśli więc macie trochę czasu, zachęcam do wypróbowania przepisu.

Pizza z burakami i serem pleśniowym


Składniki:
(na 3 pizze)

spód:
  • 350 g mąki pszennej
  • 150 g mąki graham
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 400 ml letniej wody
  • 2 łyżki oliwy

sos:
  • 150 g serka kremowego
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g pomidorów z puszki
  • 1 ząbek czosnku
  • i łyżeczka suszonej bazylii
  • 1 łyżeczka suszonego oregano
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • 1 duży burak
  • 150 g miękkiego sera z niebieską pleśnią
  • 150 g wędzonego boczku
  • 1,5 czerwonej cebuli
  • 150 g żółtego sera

Mąki przesiać, wymieszać. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Zasypać cukrem i zalać 100 ml wody, odstawić na 15 minut.
Po tym czasie dolać letniej wody, zagnieść. Dodać sól i oliwę, wyrobić gładkie ciasto (może się delikatnie lepić).
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Serek wymieszać z kremówką i pomidorami, dodać przeciśnięty przez praskę czosnek, sól, pieprz i zioła. Połączyć.

Wyrośnięte ciasto podzielić na 3 równe części. Każdą rozwałkować na okrąg nieco mniejszy niż średnica kamienia. Posmarować sosem, ułożyć plasterki buraczków, sera pleśniowego i cebuli, posypać pokrojonym w kostkę boczkiem, a na końcu startym żółtym serem.

Piec w 180 st. C. przez 15-20 minut.
Podawać gorącą.

Smacznego!


Zawsze sobie obiecuję, że popołudnia takie jak to, będę spędzać na słodkim nieróbstwie. Zamiast tego dostaję nieoczekiwany zastrzyk energii (który przydałby się dużo bardziej w inne dni), i odczuwam głęboką, wewnętrzną potrzebę działania. 
Też Wam się to zdarza...?

wtorek, 17 listopada 2015

Dynia, cebula, brukselka

Czy to nie dziwne połączenie...? Mi się tak wydawało, gdy pierwszy raz na nie spojrzałam. Pomyślałam, że te trzy rzeczy nijak do siebie pasować nie będą. A jeśli nawet, to i tak nic ekscytującego nie uda się z nimi przygotować. Dynię kocham miłością wielką, ale nawet ja muszę uczciwie przyznać, że sama w sobie jest dość mdła i potrzebuje towarzystwa wyrazistych dodatków. Cebula to najbardziej prozaiczne z warzyw; a brukselka... Cóż, ja za brukselką przepadam, ale znam wiele osób, które nawet na nią nie spojrzą. A gdy tylko poczują jej zapach, uciekną, gdzie pieprz rośnie (czyli naprawdę daleko, jeśli brać pod uwagę, że uciekać będą z Danii). 
Później stwierdziłam, że to wyzwanie. Nie tylko połączyć je w harmonijną całość, ale jeszcze wywołać przy tym efekt łał... Trudna sprawa. Ale nie niemożliwa! 
Zaczęłam się więc intensywnie zastanawiać, co by tu z tym fantem zrobić...

Po długich namysłach, odrzuconych projektach i chwilach zwątpienia, w końcu padło na zupę. Cóż, może i prozaiczna, ale w listopadzie, po powrocie do domu z zamglonego, deszczowego świata, miska z rozgrzewającą zupą to marzenie. Które tak łatwo spełnić!
Poza dynią dodałam marchewki (dla koloru i słodyczy), pietruszki (dla zaostrzenia smaku) i ziemniaków (żeby całość odpowiednio zagęścić). Z przypraw postawiłam na ostrą pastę curry i curry z mango, które jest bardzo aromatyczne i ma piękny, intensywnie żółty kolor, a które C. kupił jakiś czas temu, bez konkretnego pomysłu na jego wykorzystanie. Do tego odrobina słodkiej papryki, sól i pieprz; i naprawdę więcej nie potrzeba. Krem jest przyjemnie gęsty, intensywnie warzywny, po prostu pyszny. Można dodać kremówki czy mleczka kokosowego, dla złagodzenia smaku i jeszcze większej kremowości. Dodatki to brukselka, lekko podsmażona na patelni, dzięki czemu zyskuje na smaku; oraz chrupiąca, prażona cebulka. Całość wyszła zaskakująco pyszna i oryginalna, a przy tym naprawdę prosta w przygotowaniu. 
To co, skusicie się...?

Nad tym fantazyjnym trio zastanawiała się również Ania; sprawdźcie koniecznie, co wymyśliła!

Krem dyniowo-marchewkowy z brukselką i prażoną cebulką


Składniki:
(na 8 porcji)
  • 400 g marchewki
  • 400 g dyni (waga bez skóry i pestek)
  • 300 g pietruszki
  • 200 g ziemniaków
  • 1 czerwona cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżka zielonej pasty curry
  • 1 łyżeczka przyprawy mango-curry
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki
  • 1 l bulionu
  • 1 łyżka masła
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 400 g brukselki
  • 2 łyżki masła
  • prażona cebulka
Marchewki, pietruszkę i ziemniaki obrać, razem z dynią pokroić w kostkę mniej więcej tej samej wielkości.
Cebulę obrać, pokroić w kosteczkę.

Na rozgrzane masło dodać pastę curry i przyprawę, chwilę podsmażyć. Dodać cebulę i przeciśnięty przez praskę czosnek, zeszklić. Dodać pozostałe warzywa; gdy wchłoną cały tłuszcz, wlać bulion i dodać słodką paprykę.

Gotować 20-30 minut, aż warzywa będą miękkie. Zmiksować zupę na gładki krem, doprawić do smaku solą i pieprzem.

Brukselkę umyć, odciąć końcówki, przekroić na połowy. Ugotować w lekko osolonej wodzie.
Na patelni rozgrzać masło, podsmażyć brukselkę.

Zupę podawać gorącą, z podsmażoną brukselką i prażoną cebulką.

Smacznego!

Ja tymczasem muszę poważnie zastanowić się nad ostatnią z dyń, która czeka na wykorzystanie. A to całkiem specjalny okaz; moja pierwsza dynia makaronowa! 
Znacie, lubicie...?

czwartek, 22 października 2015

Rozgrzewający krem curry

Zimno.
Rtęć w termometrze nie ponosi się już powyżej dziesięciu kresek, i chyba jakoś podświadomie uznałam to za znak zbliżającej się nieubłaganie zimy. Owijam się w swetry i szale, piję gorącą herbatę i staram się nie myśleć o tym, że odmrożone palce mogą po prostu odpaść. Wychodzę z Ptysią na spacer; idziemy do parku i nagle przenoszę się w zupełnie inny, piękny świat. Liście w odcieniach złota, żółci, czerwieni i głębokiego brązu powoli spadają z drzew, tańcząc na wietrze. Ich szum pod stopami przypomina mi dzieciństwo, gdy z radością wbiegałam w kopczyki liści i rozsypywałam je na boki. Na ulicy szurałam nogami (co do szału doprowadzało Babcię), żeby tylko usłyszeć ten cudowny szelest. 
Teraz za szuranie nikt już nie daje mi bury...

Z uśmiechem obserwuję moją psę, która zanurza nos między liście, fuka i śmiesznie podskakuje. Ona też lubi jesień. Choć spacery są coraz krótsze; chyba nawet ona, mimo coraz dłuższego futra, jednak marznie...

W domu czekają na nas smakołyki - na Tinę jej ulubione psie ciasteczka, na mnie - rozgrzewająca, lekko ostra zupa. Przepis znalazłam na blogu Something ordinary, i od razu oczarował mnie kolorem. Gdy zagłębiłam się w recepturę stwierdziłam, że będzie idealny na te chłodne popołudnia, gdy człowiek po powrocie do domu marzy tylko o tym, żeby rozgrzać przemarznięte wnętrze. A czym innym, jak nie zupą...? Ta ma w swoim składzie chilli (możecie dodać papryczkę razem z pestkami, jeśli lubicie ostre dania, lub pesteczki usunąć, aby uzyskać nieco łagodniejszą wersję) i pastę curry, które łagodzi mleczko kokosowe. Smak papryki przełamany jest kwaśną limonką i aromatycznymi przyprawami. Zupa podana z makaronem ryżowym syci na długo; drugie danie jest zupełnie zbędne.
Jeśli więc jesteście takimi zmarzluchami jak ja, koniecznie musicie wpisać ten krem do Waszego jesiennego menu.

Tajski krem curry


Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 7 strąków czerwonej papryki
  • 1 łyżka oleju
  • 2 łyżeczki czerwonej pasty curry
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 1 łyżeczka mielonej słodkiej papryki
  • 2 liście kafiru
  • 1/3 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
  • 1 cebula
  • 1 jabłko
  • 1 papryczka chilli
  • 700 ml wody
  • 400 ml mleka kokosowego (1 puszka)
  • sok z 1/2 limonki
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • sól

dodatkowo:
  • 250 g makaronu ryżowego
  • 1 papryczka chilli
  • pęczek kolendry

Papryki ułożyć na blasze.

Piec w 200 st. C. przez 30-40 minut, aż skórka zrobi się czarna.

Przełożyć papryki do miski, dokładnie zawinąć folią spożywczą i odstawić na 10-15 minut. Po tym czasie obrać papryki ze skórki i wyjąć pestki.

Cebulę pokroić w kostkę. Jabłko obrać, wyciąć gniazdo nasienne, pokroić na mniejsze kawałki. Papryczkę posiekać.
Na oleju rozgrzać pastę curry, kurkumę, mieloną paprykę i ziele angielskie. Dodać liście kafiru. Podgrzewać, aż przyprawy zaczną intensywnie pachnieć. Dodać cebulę, podsmażyć. Dodać jabłko i posiekane chilli, smażyć jeszcze 2 minuty. Dodać upieczone papryki. 
Całość zalać wodą, gotować 10-15 minut, aż jabłka będą miękkie.

Zdjąć zupę z palnika, wyjąć listki kafiru. Zupę zmiksować blenderem na gładki krem. Dodać mleko kokosowe, sok z limonki i sos sojowy, wymieszać. Doprawić do smaku solą.

Makaron ryżowy przygotować według opisu na opakowaniu.

Zupę przed podaniem podgrzać (ale nie gotować). Podawać z makaronem ryżowym, pokrojonym w plasterki chilli i kolendrą.

Smacznego!

A jakie są Wasze ulubione jesienne rozgrzewacze...?