Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem pistacjowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem pistacjowy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 lutego 2018

Pączki z pistacjami

Dzieje się dzisiaj, oj dzieje... 
Po pierwsze, jedna z grup cukierniczych miała dzisiaj egzaminy końcowe, a między nimi znajdowała się moja współlokatorka. Mimo widocznego zdenerwowania zakrawającego momentami na panikę, poszło jej dobrze - zdała. Dokładnych wyników jeszcze nie znam, ogłoszą je dopiero późnym wieczorem. Najważniejsze jednak, że wszyscy zaliczyli i wydawali się zadowoleni. Oczywiście, nie mogłam odmówić sobie przyjemności obejrzenia wyników ich całodziennej pracy - i mówię Wam, były imponujące (a przynajmniej większość z nich). Trzypiętrowe torty wypełnione najróżniejszymi musami, nadziewane czekoladki, ciasto duńskie i francuskie w kilku wydaniach, desery, słynne duńskie kransekage, ciasta ucierane i klasyki (według duńskich standardów jest ich osiemnaście, na egzamin końcowy losuje się jeden z nich, a są to - między innymi - francuska tarta cytrynowa, creme brulee, panna cotta, tort szwardzwaldzki, Othello, Georgina i parę innych niezłych kwiatków). Objadłam się za wszystkie czasy, ale naprawdę niemożliwością jest oprzeć się takim wspaniałościom.

Tymczasem w Polsce mamy dzisiaj Tłusty Czwartek. Objedliście się pączkami po same uszy...? Ja nie zjadłam ani jednego... Nie mam dostępu do kuchni, w której mogłabym szaleć z garnkiem pełnym gorącego tłuszczu, ale przygotowałam się na zapas. W miniony weekend nasmażyłam jednych z najlepszych pączków, jakie jadłam. Wyszły lepiej, niż się spodziewałam: puszyste, delikatne ciasto o cytrynowej nucie, a do tego rozpływający się w ustach krem z pistacji i ricotty. Połączenie zwalające z nóg, mówię Wam!
I tak, wiem, że dzisiaj już za późno, żeby się za smażenie pączków zabierać, ale zapiszcie sobie ten przepis - przyda się za rok. A może postawicie świat na głowie, i zrobicie pączki w najbliższy weekend...? Ja, szczerze mówiąc, bardzo poważnie rozważam taką ewentualność...

A po inne tłustoczwartkowe smakołyki koniecznie zajrzyjcie do Mopsika i Ani.

Pączki cytrynowo-pistacjowe


Składniki:
(na 16 sztuk)
  • 550 g mąki pszennej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 70 g cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g masła
  • 2 łyżki likieru cytrynowego
  • skórka otarta z 1 cytryny
krem:
  • 250 g serka ricotta
  • 140 g kremu pistacjowego
lukier:
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1-2 łyżki gorącej wody
dodatkowo:
  • 20 g pistacji bez łupinek
  • 1,5 l oleju do smażenia
Mąkę przesiać do dużej miski, po środku zrobić wgłębienie. Wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać połowę mleka. Odstawić na 10-15 minut w ciepłe miejsce.
W tym czasie masło rozpuścić, przestudzić.

Do zaczynu dodać pozostałe mleko i cukier, jajka oraz żółtka. Zagnieść. Dodać masło, sól, likier i skórkę cytrynową, wyrobić gładkie, dość luźne ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około 1 godzinę.

Po tym czasie odrywać kawałki ciasta o wadze około 70 g, formować z nich kulki, układać na oprószonym mąką blacie, zachowując odstępy. Zostawić do napuszenia na 25-40 minut.

W tym czasie rozgrzać olej do temperatury 175 st. C. Smażyć pączki na rozgrzanym oleju, przez około 90 sekund z każdej strony. Odkładać na papierowy ręcznik.

Serek utrzeć z kremem pistacjowym na puszysty krem. Nadziewać nim całkowicie ostudzone pączki.

Z wody, soku z cytryny i cukru pudru utrzeć lukier. Polać nim pączki, posypać posiekanymi pistacjami. Odstawić do zastygnięcia lukru.

Smacznego!


Tak sobie myślę, że chociaż nie zjadłam ani jednego pączka, to i tak szczęście będzie mi sprzyjać. W końcu tyle słodkiego, które w siebie dzisiaj wcisnęłam, nie może przejść bez echa!

niedziela, 24 września 2017

Jej puchatość drożdżówka. I o moim nastawieniu do jesieni

Jesień... 
W tym roku, muszę przyznać, niemiło zaskoczyła mnie jeszcze pod koniec lata. Wracając z cudownych wakacji, prosto z ciągle jeszcze przyjemnie ciepłej Barcelony i słonecznego Turynu, trafiłam wprost pod duńskie ulewy. Wrzesień był mokry, wietrzny i nieprzyjemny, a pochłaniające świat ciemności już w okolicach dwudziestej przygnębiają mnie ogromnie. Jeszcze chwila, a znów wejdę w wampirzy tryb - wychodzę do pracy po ciemku, wracam po ciemku... Ciężko wtedy znaleźć motywację do czegokolwiek; siedzenie na kanapie pod kocem (albo dwoma), z kubkiem gorącej herbaty w zasięgu ręki i talerzykiem pachnącego ciasta na kolanach, wydaje się być szczytem możliwości. 

Gdy w końcu znalazłam chwilę na przejrzenie znajomych blogów, niemal wszędzie wyczytałam mniej lub bardziej zawoalowane przytyki pod adresem jesieni. Że brzydka, deszczowa i zimna, i że w ogóle nikt jej nie chce. A wiecie, co ja Wam powiem...? Ja już wolę jesień od lata, którego w tym roku jakby nie było. Bo pierwszy jesienny dzień (ten kalendarzowy) przywitał mnie słońcem i ciepłem. Z kubkiem herbaty usiadłam w ogrodzie i wystawiłam twarz na słoneczne promienie; z zadowoleniem przymknęłam oczy i spod przymrużonych powiek obserwowałam lepkie nitki babiego lata leniwie osiadające na żywopłocie. Po niebie snuły się białe obłoczki, a ja nie mogłam przestać się uśmiechać. Mam nadzieję, że taka właśnie jesień zostanie z nami jak najdłużej i wynagrodzi deszczowe, zimne lato...

Jeszcze przed wyjazdem upiekłam nam drożdżówkę. Prostą, szybką, a jednocześnie efektowną z uwagi na jej ślimaczy kształt. Młoda nazbierała jeżyn, w szafce znalazłam słoiczek kremu z białej czekolady z pistacjami, i tak powstała mięciutka, słodka i pyszna drożdżówka. Wyrosła niesamowicie; wyszła zaskakująco puchata i delikatna. Lekko kwaśne jeżyny świetnie skomponowały się ze słodkim kremem; skubaliśmy ją w drodze do Amsterdamu i muszę przyznać, że zniknęła szybciej, niż się spodziewałam. W końcu byliśmy już tylko we dwoje...

Drożdżówka z kremem czekoladowo-pistacjowym i jeżynami


Składniki:
(na formę o średnicy 28 cm)
  • 650 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 80 g cukru
  • 300 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 80 g masła
  • 1 łyżeczka soli

nadzienie:
  • 150 g kremu czekoladowo-pistacjowego
  • 100 g jeżyn

dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka
  • 2 łyżki cukru pudru

Masło rozpuścić, przestudzić.
Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, wsypać 1 łyżeczkę cukru i wlać 100 ml mleka. Odstawić na 10-15 minut, aż na powierzchni pojawią się bąbelki. Dodać pozostałe mleko i cukier, wbić jajko. Zagnieść. Powoli wlać masło, na końcu dodać sól. Wyrobić gładkie, nieco lepkie ciasto.

Odstawić do wyrośnięcia na 45-60 minut.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x50 cm. Przeciąć wzdłuż na trzy paski, każdy z nich posmarować kremem czekoladowym, a następnie zwinąć w rulon. 
Formę wyłożyć papierem do pieczenia, a w niej ułożyć ruloniki z ciasta w formie ślimaka. Pomiędzy nie wcisnąć jeżyny, jedna przy drugiej.
Odstawić do wyrośnięcia na 20 minut.

Posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec w 180 st. C. przez 30-35 minut.
Ostudzić.

Oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


I tak, wiem; miałam pisać o ślubie i podróżach. Ale powrót do pracy nie był łatwy, i zanim wejdę znów w codzienny rytm i na nowo przyzwyczaję się do wstawania o nieludzkich porach, będę pisać, co z palców na klawiaturę spłynie...

wtorek, 18 kwietnia 2017

Powielkanocny śnieg i wieniec drożdżowy. Truskawkowo-pistacjowy

Nie uwierzycie, na co właśnie patrzę. Tak naprawdę, sama w to nie wierzę. Śnieg.
Siedzę na kanapie, nogi opatuliłam wełnianym kocem, bo w końcu mamy już prawie koniec kwietnia, za nami kilka prawdziwie wiosennych dni i jakoś tak głupio palić w kominku. A od rana dzisiaj chłodno i pochmurnie; na spacer z psami włożyłam czapkę i rękawiczki, zupełnie się tego nie wstydząc. Szukając natchnienia w żywopłocie za oknem, spostrzegłam najpierw pojedyncze i nieśmiałe, a po chwili otwarcie już sypiące, białe płatki. Wpatrywałam się w nie z lekko i niezbyt mądrze rozchylonymi ustami, nie wierząc własnym oczom. Przecież mamy już wiosnę!
Proszę, powiedzcie, że to tylko zły sen...

Pamiętam Wielkanoc, podczas której w Lany Poniedziałek ubrałam się w granatową, letnią sukienkę (żeby po pięciu minutach wrócić do domu kompletnie przemoczona i z bielizną, kiedyś białą, teraz w gustownym odcieniu chabrowym); dzisiaj, po zimie, której tak naprawdę nie było, obserwuję prószący leniwie śnieg.
Świat staje na głowie.
A posty piszą się niemal same.

Przed i w trakcie Świąt miałam prawdziwie urwanie głowy. Zupełnie nie ogarnęłam się z przepisami, życzenia składałam na ostatnią chwilę. Dlatego dzisiaj jeszcze pokażę Wam ciasto, które stworzyłam z myślą o Wielkanocy, ale które równie wspaniale sprawdzi się w roli smakołyku na czerwcowy piknik, kiedy truskawki są najsmaczniejsze.
Zamiast puszystej, dorodnej baby stworzyłam równie efektowny, drożdżowy wieniec. Kiedy po długich poszukiwaniach kremu pistacjowego odkryłam, że mogę go kupić w markecie w mojej mieścinie, zaopatrzyłam się (na zapas) w kilka słoiczków, i teraz namiętnie dodaję go do wszystkiego. Drożdżowemu też się dostało.
Ciasto wyszło mięciutkie i przyjemnie przyjemnie maślane, a nadzienie ze słodkiego kremu i całkiem już smacznych truskawek pasuje tutaj idealnie. Słodka, cukrowa skorupka i chrupiące kawałki orzeszków tylko dodają mu atrakcyjności.
Wygląda ślicznie, a smakuje jeszcze lepiej.
Nie czekajcie na kolejną Wielkanoc, żeby wypróbować ten przepis.

Drożdżowy wieniec z kremem pistacjowym i truskawkami


Składniki:
(na tortownicę z kominem o średnicy 26 cm)
  • 375 g mąki pszennej
  • 15 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 1 jajko
  • 40 g cukru
  • 40 g masła

nadzienie:
  • 150 g serka kremowego
  • 100 g kremu pistacjowego
  • 230 g truskawek

dodatkowo:
  • 20 g niesolonych pistacji bez łupinek
  • 2 łyżki cukru perłowego
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka

Mąkę przesiać do dużej miski. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać 1 łyżeczkę cukru, wlać połowę mleka i odstawić na 15 minut.
W tym czasie rozpuścić masło, przestudzić.

Do wyrośniętego zaczynu dodać pozostały cukier oraz mleko, wbić jajko. Zagnieść ciasto. Dodać masło, wyrobić gładkie ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia na 60-90 minut. 

Serek wymieszać z kremem pistacjowym na gładką masę.
Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki. Pokroić w plasterki.
Po tym czasie ciasto jeszcze raz szybko zagnieść. Rozwałkować na oprószonym mąką blacie na prostokąt o długości 40 cm. Posmarować kremem, równomiernie rozłożyć truskawki. Zwinąć ciasno wzdłuż dłuższego boku, następnie rozciąć wzdłuż ostrym noże. Zawinąć ze sobą oba końce.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Przełożyć ciasto do formy, łącząc końce.
Odstawić do wyrośnięcia na 20-30 minut.

Wyrośnięte ciasto posmarować roztrzepanym z mlekiem jajkiem, posypać posiekanymi pistacjami i cukrem perłowym.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


A jutro zabierają mnie na kurs czekoladowo-glazurowy. Cieszę się ogromnie! Czekolada to mój konik, ale w kwestii glazur lustrzanych muszę się jeszcze dużo nauczyć... 
A egzamin już za rok!

sobota, 15 kwietnia 2017

Zielona pascha. Pistacjowa

Wielkanoc w tym roku ucieka mi między palcami. Owszem, na gałązce w kuchni powiesiłam kolorowe jajka, a w wazonie stoją, lekko już przywiędłe, żonkile. W lodówce czeka kilka kawałków zielonej paschy, a ja mam wrażenie, że to wszystko dzieje się obok mnie. Od środy pracuję, jeżdżę i śpię. Ach, no i od czasu do czasu coś przegryzę, bo inaczej padłabym gdzieś po drodze. Końca Świąt wyczekuję niczym urodzinowych prezentów; jestem zmęczona i bardzo, ale to bardzo chciałabym się wyspać.

Ten nieco depresyjny wstęp ma być moim usprawiedliwieniem. Mam jednak nadzieję, że jeszcze nie jest za późno, żeby życzyć Wam wspaniałych, rodzinnych i pogodnych Świąt Wielkiej Nocy. Żeby jutrzejsze śniadanie było wyjątkowe i niezakłócone troskami i nieprzyjemnościami. I żeby baby, mazurki i serniki smakowały Wam jak nigdy.

Wesołych Świąt!

Ja tymczasem przekazuję Wam przepis na zieloną paschę.
Odkąd odkryłam, że w lokalnym markecie mają pastę pistacjową, kupuję namiętnie słoiczek za słoiczkiem i wtykam ją, gdzie tylko się da. A że paschę po raz ostatni robiłam trzy lata temu stwierdziłam, że będzie to doskonałe połączenie.
Przepisu na pistacjową paschę nie mogłam znaleźć, wróciłam więc do sprawdzonego już w minionych latach. Delikatnie zmieniłam proporcje, dodałam pistacje i wyrazisty sos żurawinowy. 
Wyszło znakomicie! Pascha jest kremowa, słodka i rozpływa się w ustach, a sos nadaje jej charakteru. Poza tym pięknie komponuje się kolorystycznie.

Wiem, że w tym roku już za późno, ale może przepis przyda Wam się przy okazji kolejnej Wielkiej Nocy...?

Pascha pistacjowa z sosem żurawinowym


Składniki:
(na miskę o pojemności 2 l)
  • 2 l mleka
  • 500 g kwaśnej śmietany
  • 6 jajek
  • 200 g miękkiego masła
  • 20 g cukru pudru
  • 200 g kremu pistacjowego
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 50 ml amaretto
  • 25 g niesolonych pistacji bez łupinek

sos żurawinowy:
  • 150 g świeżej lub mrożonej żurawiny
  • 50 g cukru
  • 30 ml amaretto
  • 100 ml wody
  • 2 łyżeczki kisielu żurawinowego

Mleko zagotować. Jajka roztrzepać ze śmietaną, powoli wlewać do gotującego się mleka, cały czas mieszając. Kiedy oddzieli się serwatka, zdjąć z ognia i ostudzić.
Sitko wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć odciśnięty ser. Zostawić na noc do odcieknięcia.

Żurawinę zalać amaretto, zostawić na noc.

Następnego dnia ser jeszcze raz odcisnąć. Powinien być sypki.

Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Po łyżce dodawać ser, cały czas miksując. Dodać pastę krem pistacjowy, połączyć. Dodać odciśniętą żurawinę i posiekane pistacje, wymieszać.

Miskę wyłożyć podwójną warstwą gazy, wyłożyć masę serową, dobrze docisnąć. Zawinąć brzegi gazy na masę, schłodzić w lodówce przez noc.

Rano odwinąć gazę, wyłożyć paschę na talerz, zdjąć gazę z wierzchu.

Żurawinę, cukier, amaretto (również to pozostałe z moczenia suszonej żurawiny) oraz 75 ml wody umieścić w garnuszku. Zagotować.
Kisiel rozmieszać w pozostałej wodzie, wlać do żurawiny, wymieszać i gotować jeszcze chwilę.
Przestudzić.

Pachę podawać z ciepłym lub zimnym sosem żurawinowym.

Smacznego!


Zamiast żurawin, można i w samym cieście, i w sosie użyć wiśni. Efekt będzie równie doskonały.

piątek, 7 kwietnia 2017

Kwiecień - plecień i sernik z musem pistacjowym

Tak się nachwaliłam tej wiosny, a tu proszę - za pasem weekend, wolny w dodatku, a pogoda płata figle. Zrobiło się zimno i tak wietrznie, że Ptysi i Pączusi na spacerach uszy powiewają niczym bandery pirackich statków, a okna w sypialni otworzyć nie mogę, bo boję się, że nas wszystkie trzy wywieje do Kansas. Drzwi na taras, ku wyraźnemu niezadowoleniu futrzaków, pozostają zamknięte. Żeby im tę niewygodę wynagrodzić, siadam w bujanym fotelu, biorę je na kolana i bujam nas powoli i rytmicznie. Po chwili wiercenia Ptysia układa mi się na kolanach, Pączusia wciska nos pod ramię i tak celebrujemy spokojne, leniwe popołudnie. Gdyby C. był w domu, namówiłabym go na rozpalenie w kominku. W końcu to dopiero kwiecień...

Dwa tygodnie temu mieliśmy gości. Kuzyn C. przyjechał do nas z dziewczyną. Na początku planowaliśmy wspólny lunch; skończyło się na lunchu, obiedzie i deserze w dwóch odsłonach. W międzyczasie opróżniliśmy dwie butelki wina i rozmawialiśmy, rozmawialiśmy i rozmawialiśmy... I chociaż nie jestem zbyt towarzyska, a ludzi z zasady nie bardzo lubię, to muszę przyznać, że spędziłam niesamowicie przyjemny dzień. Normalnie odmłodniałam!

J. jest wielkim fanem serników, wiedziałam więc, że właśnie sernik dla niego przygotuję. Pozostawało tylko pytanie: jaki? Odpowiedź znalazłam u Doroty; od dawna w szufladzie czekał słoiczek kremu pistacjowego; niedawno przygotowałam creme brulee i musiałam zużyć resztę, zanim stanie się z nią coś niedobrego. Przygotowałam więc idealnie kremowy, waniliowy sernik z pistacjowym musem. 
Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła bubla. Podpiekłam sernik, zmniejszyłam temperaturę i poszłam się kąpać. Już pod prysznicem miałam złe przeczucia; gdy tylko nieco się ręcznikiem osuszyłam, pobiegłam do kuchni, znacząc drogę śladami mokrych stóp. Oczywiście, ustawiłam zegar na kolejne pięćdziesiąt minut, ale o zmniejszeniu temperatury tylko pomyślałam... Efekt był taki, że sernik wyrósł jak szalony, żeby później spektakularnie opaść. Złapał też nieco złoto-brązowego koloru, co w przypadku serników amerykańskich pożądane zdecydowanie nie jest. Nie miałam już czasu na przygotowanie nowego; przełknęłam więc łzy (takie rzeczy zdarzają mi się tylko, gdy spodziewam się gości), przygotowałam mus i zastanawiałam się, co z tego będzie...
Na szczęście sernik był zjadliwy. Nie był tak kremowy, jak być powinien, ale w połączeniu ze słodkim, intensywnie pistacjowym musem nikt nie zwrócił na to uwagi. Nasłuchałam się komplementów, goście byli zachwyceni, a sernik zniknął cały już następnego dnia.

To jak - skusicie się...? W wiosennie zielonym kolorze będzie piękną ozdobą wielkanocnego stołu.

Propozycje ciast na wielkanocny stół znajdziecie również u Ani i Chantel.

Sernik z musem pistacjowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 90 g ciastek digestive
  • 40 g masła
masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 100 g serka mascarpone
  • 225 ml śmietany kremówki (38%)
  • 125 g cukru
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 4 jajka
mus pistacjowy:
  • 100 g kremu pistacjowego
  • 125 g serka mascarpone
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny
dodatkowo:
  • niesolone pistacje bez łupinek
  • kilka bez
Ciasteczka pokruszyć.
Masło rozpuścić, przestudzić. Wlać do ciastek, dobrze wymieszać.

Masą ciasteczkową wyłożyć dno tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia, ugnieść.

Podpiec spód w 180 st. C. przez 15 minut.
Przestudzić.

Serek kremowy i mascarpone, kremówkę, cukier, ekstrakt i jajka zmiksować tylko do połączenia składników. Wylać na spód.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec 50-60 minut, aż wierzch będzie ścięty.

Sernik wystudzić w uchylonym piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
50 ml kremówki zagotować, zdjąć z palnika i dodać odciśniętą żelatynę. Wymieszać aż do jej rozpuszczenia. 
Krem pistacjowy zmiksować z mascarpone, dodać żelatynę, połączyć.
Pozostałą kremówkę ubić, dodać do kremu, delikatnie wymieszać.

Mus wyłożyć na sernik, schłodzić w lodówce 3-4 godziny.
Przed podaniem posypać posiekanymi pistacjami i pokruszonymi bezami.

Smacznego!


Wygląda na to, że z prac ogrodowych nici... Ale, jak mawia Babcia, co się odwlecze, to nie uciecze
Póki co, zadowolę się zieleniącymi się jarzębinami...

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

O tym, dlaczego nie warto sprawiać sobie szczeniaka. I pistacjowo-niebiański creme brulee

Szczeniaki do domu nie nadają się zupełnie. Po pierwsze, podstawowe potrzeby załatwiają gdzie popadnie - najprawdopodobniej będzie to jedyny kawałek wykładziny, który macie w domu. Rzeczona wykładzina prawdopodobnie szczeniakowi do gustu nie przypadnie zupełnie, będzie więc ją podgryzał i obgryzał, a drobniutkie kawałeczki rozwlecze po całym domu. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, ale codzienne odkurzanie. Wyzbieranie bowiem tych wszystkich kłaczków nie leży w granicach możliwości przeciętnego człowieka. Jeśli, a właściwie: kiedy (bo jest to tylko kwestia czasu) zostanie sam w domu, poprzenosi wszystkie buty w okolice schodów, psie łóżka zostaną rozbebeszone, a to, co leżało na ławie... Tak, zgadliście - znajdziecie na schodach. Piachu i drobnych gałązek nie nadążycie zamiatać. Urocze poduszki zostaną pozaciągane tak, że wstyd będzie gościom pokazać. Nie obędzie się też bez porcji ruchu. Szczeniak ma w nosie, że wstaliście o wpół do czwartej rano i byliście w pracy ponad dziesięć godzin. Kawałek patyka trzeba będzie rzucać przynajmniej przez dwadzieścia minut, choć zdecydowanie preferowane będzie pół godziny. W dodatku taki szczeniak, jak niebacznie go pomoczycie, będzie śmierdział psem. 
Koszmar.
Nie sprawiajcie sobie szczeniaka.

No, oczywiście, są też plusy. Każdy medal ma dwie strony. Nie będę więc oszukiwać.
Kiedy wrócicie do domu, będzie się tak cieszył, skakał i rozdawał całusy, że wybaczycie te wszystkie mokre plamy na wykładzinie. Psie łóżko sam zaciągnie na miejsce pod Waszym groźnym spojrzeniem, a gdy wreszcie po odkurzaniu usiądziecie na kanapie, przyjdzie wtulić Wam nos pod pachę. W ciągu kilku zaledwie godzin doprowadzi Was do histerycznego śmiechu przynajmniej kilkanaście razy, a na spacerze, choć wszystko jest takie ciekawe i nowe, będzie wracał do Was z prędkością błyskawicy na najlżejsze gwizdnięcie. Nie pozwoli Wam się nudzić, już po paru dniach będzie wyczuwał Wasze nastroje. Będzie się w Was wpatrywał wielkimi, czarnymi oczkami z miłością, która ledwo się w tym małym ciałku mieści.

Że co proszę? Że niby po co sprawiłam sobie trzeciego, skoro to takie straszne...? 
Ano. Może jednak wcale nie...

Zeszły tydzień mocno dał mi się we znaki. Pięćdziesiąt osiem godzin w pracy, w weekend od trzeciej nad ranem. Nie pamiętam już, kiedy spałam więcej niż pięć godzin... A właściwie nawet te pięć wydaje mi się niedoścignionym niemal luksusem. 
Codziennie obiecywałam sobie, że w końcu zabiorę się za pisanie posta; codziennie na obietnicach się kończyło. Dziś jednak, zmotywowana jutrzejszym wolnym dniem, w końcu usiadłam przed laptopem. Ptysia i Pączusia, wykończone szaleńczymi biegami po ogrodzie, śpią po moich obu stronach. Któraś pochrapuje, któraś wzdycha... Dobrze nam tak razem, leniwie...

Przepis mam dla Was dzisiaj bardzo prosty, a tak pyszny, że C. stwierdził, że to jeden z najlepszych, jakie przygotowałam. Cudownie zieloniutki, idealnie wiosenny, może stanowić ciekawy akcent na wielkanocnym stole. Mowa oczywiście o creme brulee w wersji pistacjowej. 

Krem pistacjowy kupiłam jeszcze w zeszłym roku z myślą o tym, że przygotuję z nim coś zielonego na Wielkanoc. Padło na klasykę w nowej odsłonie. Wyszło idealnie.
Creme brulee jest delikatny, kremowy i odpowiednio słodki, z wyraźnym pistacjowym smakiem. Do tego cukrowa skorupka na wierzchu i obiecuję, że od kokilki nikt Was nie oderwie.

Spróbujcie koniecznie!

Pistacjowy creme brulee


Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 200 ml mleka
  • 5 żółtek
  • 40 g cukru
  • 95 g kremu pistacjowego

dodatkowo:
  • 4-6 łyżeczek cukru trzcinowego
  • niesolone pistacje bez łupinek

Kremówkę z mlekiem zagotować. W tym czasie ubić żółtka z cukrem na puszystą, jasną masę. Na koniec dodać krem pistacjowy, połączyć. 
Miksując na najniższych obrotach miksera, powoli wlewać mleko ze śmietaną. Przelać masę do garnka, podgrzewać do temperatury 82 st. C.

Masę przelać do kokilek. Ustawić je w większej formie, wypełnić ją do połowy wysokości kokilek gorącą wodą.

Piec w 140 st. C. przez 50-60 minut.
Wyjąć z wody, ostudzić.

Schłodzić w lodówce minimum 2 godziny przed podaniem.

Przed podaniem posypać desery cukrem, skarmelizować za pomocą palnika. Posypać posiekanymi pistacjami.
Podawać natychmiast.

Smacznego!


W tym tygodniu postaram się poprawić. W końcu Wielkanoc za pasem, a przepisy na baby, mazurki i serniki czekają na wypróbowanie i publikację...