Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiśnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiśnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 lipca 2017

Szalona wyprawa C. i brownie. Z wiśniami i chałwą

O tym, że zmieniłam Niemca na Francuza, już Wam pisałam. Nie wspomniałam jednak, co było przyczyną tak zdecydowanego kroku. Odpowiedź jest prosta: rdza. Zżera biednego mercusia od spodu niczym wygłodzona mysz. A Duńczycy to naród specyficzny, rdzy nie tolerujący. Gdy nadszedł więc w końcu tak przerażający nas moment, czyli przegląd, zgodnie z naszymi najczarniejszymi przewidywaniami, autko go nie przeszło. I nie przejdzie, póki rdzy nie usuniemy. Do ostatniej, najmniejszej plamki. 
Oczywiście, koszt takich zabiegów w Danii przekracza - i to znacznie - wartość samochodu. C. jednak czuje się z nim związany bardzo grubym emocjonalnym sznurkiem, stwierdził więc, że działania podejmiemy w Polsce. Wiązało się to z karkołomną wyprawą, którą odbył w zeszły weekend. Nocna jazda do moich Rodziców, zostawienie autka pod pieczą Taty i powrót busem. 
I tu zaczynają się schody...

Kiedy w końcu udało mi się znaleźć firmę, której pracownicy chcieli ze mną rozmawiać w miarę przystępny sposób, byłam zachwycona. Ustaliliśmy odjazd na niedzielę między ósmą a dziewiątą, i wszystko byłoby pięknie, gdyby przed szóstą C. nie dostał smsa z lakoniczną informacją, że odjazd, z uwagi na awarię busa, opóźni się o pięć godzin.
Na tę wieść uniosłam brew w wyrazie irytacji, i czym prędzej sięgnęłam po telefon, żeby się w sprawie rozeznać. Pani, która wcześniej była bardzo miła, w niedzielę o siódmej rano nagle stała się dość nieprzyjemna i burkliwa. Na moje pytanie, co się właściwie dzieje odparła, że bus się zepsuł i trzeba sprowadzić nowy. Z Koszalina. Aha. Czy w takim wypadku mają przewidziane zniżki dla klientów? Oczywiście, że nie - niemal krzyknęła moja rozmówczyni z wyraźnym oburzeniem. Przecież to wypadek losowy, i co niby oni mają na to poradzić...? Na usta cisnęła mi się riposta, że trzymanie zapasowych busów na miejscu, zamiast na drugim końcu Polski, byłoby całkiem niezłym początkiem... 
I żebyście nie zrozumieli mnie źle - nie chodzi mi o to, że nagle chciałam zaoszczędzić. Ale gdyby pani zaproponowała, choćby i najdrobniejszą, rekompensatę, miałabym wrażenie, że zależy jej na kliencie. Zamiast tego burczała na mnie rozeźlonym głosem, co sprawiło, że pomyślałam, że albo takie sytuacje zdarzają się tak często, że nie mogą pozwolić sobie na straty z tym związane, albo swoich klientów mają po prostu w nosie. I jedna, i druga opcja sprawiły, że z pewnością już z ich usług korzystać nie będę.
Czarę przepełnił fakt, że kierowca, mimo solennych zapewnień wtedy jeszcze miłej pani, po angielsku potrafił wybąkać ze dwa zdania, co według mnie płynną angielszczyzną nie jest. Biedny C. zupełnie nie potrafił się z nim dogadać; na szczęście jeden z pasażerów przyszedł mu z pomocą. 
Nie jest lekko, oj nie...
Albo to może ja jestem zbyt wymagająca...?

Czekając na C. pomyślałam, że umilę mu powrót do domu ciastem. Zbiegło się to ze wspólnym wiśniowym gotowaniem, sięgnęłam więc po przepis z bloga Ginger & honey, który kusił mnie od dawna. Połączenie kleistego, intensywnie czekoladowego brownies z kwaskowatymi wiśniami i słodką chałwą jest obłędne. Sprawdziłam już to połączenie w torcie urodzinowym i wiedziałam, że się nie zawiodę. Ciasto wyszło bardzo wyraziste w smaku, z odpowiednio zbalansowaną słodyczą i głębokim smakiem. I mimo, że dość ciężkie, nie sposób oprzeć się dokładce...

Po przepisy na inne smakołyki z wiśniami koniecznie zajrzyjcie do MirabelkiAni i Mopsika.

Brownie z wiśniami i chałwą


Składniki:
(na formę 20x20 cm)
  • 75 g ciemnej czekolady (70%)
  • 75 g mlecznej czekolady
  • 115 g masła
  • 20 g kakao
  • 70 g cukru
  • 3 jajka
  • 95 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
dodatkowo:
  • 115 g wydrylowanych wiśni (mogą być ze słoika)
  • 100 g chałwy
Czekolady posiekać, umieścić w garnuszku razem z masłem, rozpuścić. Zdjąć garnek z palnika, dodać kakao i cukier, wymieszać. Po jednym wbijać jajka, dokładnie mieszając po każdym dodaniu (najlepiej trzepaczką). 
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą, dodać do masy czekoladowej. 
Przelać masę do formy, na wierzchu ułożyć wiśnie, na nie pokruszyć chałwę.

Piec w 170 st. C. przez 20-25 minut.
Ostudzić.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Mirabelki:

sobota, 16 lipca 2016

Dżem wiśniowo-herbaciany

Ciągle jestem na etapie przystosowywania się do nowego trybu życia. Niby niewiele się zmieniło, ale dwanaście godzin dziennie poza domem (przy sprzyjających wiatrach), potrafi człowieka zupełnie oszołomić. Skandalicznie wręcz brakuje mi czasu; a jednocześnie mam wrażenie, że ten, który jednak mam, wykorzystuję w niewłaściwy sposób. Chyba muszę zacząć lepiej wszystko planować.
Jak tylko porządnie się wyśpię...

Dlatego dzisiaj, bez owijania w bawełnę i zawracania głowy: przepis. Nie byle jaki, bo na obłędnie pyszny dżem wiśniowy. Zrobiłam go w Polsce, bo w Danii, niestety, ale wiśni brak. Pogodziłam się z zaistniałą sytuacją, jednak gdy jeżdżę do kraju w sezonie, nie potrafię się oprzeć tym lekko kwaśnym kulkom. Tak jak czereśnie uwielbiam zjadać prosto z drzewa (lub w wersji miejskiej - z miski), tak wiśnie idealnie nadają się do wszelakich wypieków i deserów ze względu na swój wyrazisty smak. No i ten piękny kolor... Czy ktoś potrafi oprzeć się tym ciemnoczerwonym kuleczkom...?

Tym razem do dżemu dodałam herbaty. Mocnej, czarnej, esencjonalnej. Koniecznie wybierzcie dobrą jakościowo, najlepiej liściastą - jej smak jest tutaj bowiem bardzo ważny. Dżem zaskakuje niezwykłą nutą; idealnie wprost pasuje do naleśników. Ja jestem nim oczarowana!

Dżem wiśniowo-herbaciany


Składniki:
(na 4,5 słoiczka)
  • 2 kg wiśni
  • 4 torebki czarnej herbaty aromatyzowanej wiśniami
  • 600 ml wrzątku
  • 700 g cukru
  • sok z 1 cytryny

Herbatę zalać wrzątkiem, przykryć, zostawić do ostudzenia. Wyjąć torebki.
Wiśnie wydrylować, włożyć do garnka. Dodać cukier, herbatę i sok z cytryny. Gotować na małym ogniu kilka godzin, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji.
Gorący dżem przełożyć do słoiczków, zamknąć, ustawić do góry dnem aż ostygnie.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!


Przepis, oczywiście, dodaję do akcji Mirabelki:

piątek, 14 sierpnia 2015

Lato w słoiku - dżem wiśniowy z czerwonym winem

Wiśnie to dla mnie szczególnie cenne owoce. Ale tak to jest - jak się czegoś nie ma, to się tego właśnie najbardziej chce. Wielokrotnie już narzekałam na wiśniowy deficyt w Danii, nie będę się więc powtarzać. Opowiem Wam za to, jak sobie z nim radzę.

Po pierwsze, ratuje mnie Mama i jej wiśnie w słoikach. Wydrylowane, zasypane cukrem i zapasteryzowane - ot, cała filozofia. Idealnie nadają się do wszelkiej maści ciast, i gdy przychodzi nieodparta ochota na kwaskowe kuleczki, zaspokoją ją od razu. 
Kolejny sposób to dżemy. Mamunia od jakiegoś czasu raczej ich nie robi, wzięłam więc sprawy w swoje ręce. Kupiłam wiśnie i odpowiednie dodatki, i zabrałam się do dzieła. Muszę przyznać, że proces takiego długiego gotowania bardzo mnie odpręża. Oczywiście po drylowaniu wyglądałam, jakbym kogoś zamordowała, i to bynajmniej nie z chirurgiczną precyzją, ale było warto. Pomysł na dżem z dodatkiem wina znalazłam w gazetce Moje gotowanie, lipiec-sierpień 2014, i muszę przyznać, że sprawdził się znakomicie. Do tego odrobina pieprzu syczuańskiego, i mamy niezwykle aromatyczny dżem, który idealnie nada się do naleśników, placuszków, na kanapki, a także jako nadzienie do rogalików, jeśli pogotujemy go nieco dłużej, żeby nabrał gęstości. 

Trzeci sposób, który mam zamiar praktykować w przyszłości, gdy już dorobię się tej wymarzonej, ogromnej zamrażarki, to, jak się już zapewne domyślacie, mrożenie owoców przywiezionych z Polski. Ale na to jeszcze muszę poczekać...

Dżem wiśniowy z czerwonym winem

Składniki:
(na 4 słoiczki)
  • 2 kg wiśni
  • 800 g cukru
  • 400 ml półwytrawnego czerwonego wina
  • 1 łyżeczka pieprzu syczuańskiego
  • skórka otarta z 1 cytryny

Wiśnie wydrylować, włożyć do garnka. Dolać wino, dodać cukier, zmielony pieprz i skórkę z cytryny. Gotować na małym ogniu kilka godzin, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Marmolada powinna być bardzo gęsta, pod koniec należy często ją mieszać. W przypadku zdjęcia z palnika wcześniej, otrzymamy pyszny dżem.
Gorącą marmoladę przełożyć do słoiczków, zamknąć, ustawić do góry dnem aż ostygnie.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Połowa wakacji już za nami. Jak ten czas szybko leci, szczególnie, gdy człowiek dobrze się bawi! Póki co jednak, w myśl zasady, że szklanka jest do połowy pełna, cieszę się tygodniem, który ciągle przed nami.

piątek, 30 stycznia 2015

Ciasto chałwowo-wiśnione na czwarte urodziny bloga

Sama nie wiem, o czym powinnam dzisiaj pisać. Bo powinno być dostojnie, być może wzruszająco, lekko nostalgicznie i w klimacie podziękować i obietnic. A mi jakoś nic do głowy nie przychodzi...

Dzisiaj Pożeraczka skończyła cztery latka. Dużo to? Czy mało? Sama nie wiem. Odwiedzam wiele blogów, które są w sieci latami, mają stałe grono czytelników i zna je chyba każdy, kto choć trochę lubi gotować. Bywam też na takich, które znikają, zanim zdążę się do nich przywiązać. Pojawiają się w sieci na kilka chwil, a potem, porzucone i nieczytane, popadają w zapomnienie. Czasem jest mi ogromnie szkoda, bo miały potencjał - ciekawe teksty, oryginalne przepisy, śliczne zdjęcia. Autorom jednak zabrakło motywacji, chęci, inspiracji, pochłonęło ich pozablogowe życie, nie dające czasu na spędzanie długich godzin przed komputerem.

Na początku mojej przygody z blogowaniem podchodziłam do tego z dużym dystansem. Ot, pstryknęłam szybko zdjęcie, zanim całe ciasto się rozeszło, napisałam kilka słów na temat (lub nie), skleiłam przepis i już. Gotowe. Z czasem wkładałam w bloga coraz więcej czasu i serca. Gdy wychodzę na spacer z psem, układam w głowie zdania do kolejnego wpisu. Wyszukuję oryginalne receptury, poluję na niecodzienne składniki. Mam ochotę przygotowywać wielowarstwowe ciasta i małe, niepozorne makaroniki, które spędzają sen z powiek początkującym cukiernikom. Żeby zrobić na Czytelnikach odpowiednie wrażenie, żeby chcieli tu wrócić. Z drugiej strony, największym powodzeniem i tak cieszą się przepisy proste, na typowe domowe ciasta, które można przygotować łatwo i bez stresu. Których zapach wydobywający się z piekarnika przeniesie nas w kolorowe, dziecięce dni. I takie ciasta też lubię; babki, ucierane z owocami, szarlotki, pierniczki.
Choć zdjęcia są cały czas moją piętą achillesową, staram się, jak mogę. Czytam artykuły o fotografii kulinarnej, już za tydzień w moje ręce trafi książka poświęcona właśnie temu tematowi. Dni są coraz dłuższe, jeszcze tylko kilka miesięcy do wiosny, a więc bardziej sprzyjającego światła. Mam nadzieję, że moje zdjęcia będą coraz bardziej apetyczne; tak, żebyście mieli coraz większa ochotę na wypróbowanie konkretnych przepisów. Bo niestety, moje zapewnienia co do pyszności danego dania, nie zawsze są wystarczające.

Te cztery lata to była długa droga. Nie zawsze łatwa - często sprawy osobiste i zawodowe odbierały chęć na blogowanie. Były więc przerwy, krótsze i dłuższe, ale zawsze wracałam. Bo blogowanie sprawia mi mnóstwo frajdy. Motywuje mnie do działania, do poszerzania wiedzy i rozwijania umiejętności. Dzięki blogowi odkryłam, że to pieczenie sprawia mi najwięcej radości, i odważyłam zapisać się do szkoły. Póki co idzie nieźle, zobaczymy, jak po feriach pójdzie test z higieny pracy.

Oczywiście, musi się znaleźć miejsce na nieśmiertelne podziękowania dla Was, Czytelników. Chyba każdy pisze o tym przy okazji urodzin, jest to oklepane i może wydawać się wymuszone, ale to szczera, najświętsza prawda - blog bez Czytelników by nie istniał. Byłby tylko smutnym kątem zajmującym miejsce w sieci, którego nikt nie chce i nie potrzebuje. Dzięki Czytelnikom nabiera życia, rozmachu, rozkręca się i wywołuje uśmiech na twarzy autora. Tak więc serdecznie Wam dziękuję za to, że ze mną jesteście, że czytacie, odpowiadacie, pomagacie. Dzięki Wam wiele się nauczyłam, nie raz się uśmiechnęłam czy wręcz roześmiałam w głos. Ogromnie się cieszę, że tu jesteście, i mam nadzieję, że zostaniecie na dłużej.

Dobrze, dość już tych wynurzeń, bo nikomu się nie będzie chciało czytać, a warto dotrwać do przepisu. Bo mam dla Was coś absolutnie wyjątkowego! (W końcu urodziny zobowiązują.)

To ciacho przygotowałam właśnie z myślą o dniu dzisiejszym. Jest nieco bardziej czasochłonne, ale jednocześnie proste w przygotowaniu. A smakuje... Moi drodzy, ono wręcz powala smakiem!

Przepis na bazę, czyli ciasto czekoladowe, pochodzi z książki Signe Johansen, Scandilicious baking. Dość mocno je jednak zmodyfikowałam (w oryginalnej wersji też się pojawi - piekłam je wcześniej i smakuje wprost niebiańsko). Zamiast whisky pojawia się delikatniejsze amaretto, którego nuta jest jednak dobrze wyczuwalna. Dodałam też czekolady, aby jej smak był bardziej intensywny. Do tego lekka jak chmura i słodka jak marzenie beza. Warstwy ciasta i bezy przełożone są bajecznym kremem chałwowym z Moich wypieków - mój niestety nie chciał trzymać formy i musiałam dodać żelatyny. Można spróbować bez jej dodatku, ale nie zagwarantuję, że wtedy ciasto nie popłynie.
Żeby przełamać słodycz przygotowałam frużelinę z wiśni ze słoiczków, które dostałam od Mamy. Można użyć owoców mrożonych, a w sezonie świeżych, należy wtedy dodać do nich kilka łyżek cukru - frużelina ma być kwaskowa, ale nie kwaśna.
Wierzch ciasta polałam obłędnie chałwową polewą i ozdobiłam pokruszony bezami.

Prace przy cieście najlepiej podzielić na dwa dni - pierwszego upiec ciasto i bezę, przygotować bazę kremu i frużelinę. Kolejnego skończyć krem, przygotować polewę i złożyć wszystko w całość. Nie jest to tak trudne, na jakie może wyglądać. A smak... Smak jest po prostu niebiański - dla tych, którzy lubią chałwę. Ja lubię, i to bardzo, więc mnie ciasto zachwyciło. C. chałwę jadł pierwszy raz w życiu, i był lekko zdystansowany. Jeśli jednak ten sezamowy smak nie jest Wam obojętny, koniecznie zapiszcie sobie ten przepis. Ciacho może robić za tort - jest wysokie i ślicznie wyglądają te wszystkie warstwy. Jest też dość słodkie, więc mimo, że niewielkie, to podzielne.
Polecam, nie tylko na urodziny.

Ciasto z kremem chałwowym i wiśniami

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

ciasto czekoladowe:
  • 4 jajka
  • 200 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g masła
  • 50 g ciemnej czekolady (70%)
  • 50 ml amaretto
  • 200 g mąki pszennej
  • 15 g kakao
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia

beza:
  • 3 białka
  • 150 g cukru
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej

frużelina wiśniowa:
  • 400 g wiśni ze słoika
  • 200 ml soku z wiśni (zalewa ze słoika)
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżki zimnej wody
  • 3 listki żelatyny

krem chałwowy:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 200 g chałwy waniliowej
  • 250 g serka mascarpone
  • 3 listki żelatyny

polewa chałwowa:
  • 150 g chałwy waniliowej
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)

Ciasto czekoladowe:
Masło rozpuścić, dodać posiekaną czekoladą, przestudzić.
Mąkę i kakao przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia.
Jajka z cukrem ubić na puszystą, jasną masę. Powoli wlać masło z czekoladą, następnie amaretto. Na końcu partiami dodawać makę, delikatnie mieszając.

Ciasto przełożyć do formy wysmarowanej masłem.

Piec w 180 st. C. przez 40-50 minut, do suchego patyczka.
Wyjąć z piekarnika, ostudzić w formie.

Beza:
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier. Na końcu wsypać mąkę, połączyć.

Na blasze ułożyć papier do pieczenia, odrysować koło wielkości 19 cm. Wyłożyć 3/4 bezy, z reszty za pomocą worka cukierniczego z końcówką w kształcie gwiazdki wycisnąć małe beziki.

Piec w 140 st. C. przez 2 godziny.
Ostudzić w piekarniku.

Frużelina:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Wiśnie i sok umieścić w garnuszku, podgrzać. Mąkę rozmieszać z wodą, wlać do wiśni, wymieszać. Gotować, aż całość nabierze konsystencji kisielu. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Ostudzić.

Krem:
Chałwę pokruszyć, podgrzać ze śmietanką, aż całość połączy się gładką masę bez gródek. Ostudzić, schłodzić w lodówce minimum 12 godzin.

Polewa:
Chałwę pokruszyć, podgrzewać z kremówką w garnuszku, aż powstanie gładka masa. Ostudzić.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, następnie odcisnąć, rozpuścić i przestudzić.
Schłodzonę kremówkę ubić z mascarpone na puszysty krem. Powoli wlewać żelatynę, cały czas miksując.

Ciasto czekoladowe przekroić na pół w poziomie.
Na paterze ułożyć połowę ciasta, wyłożyć połowę kremu i połowę frużeliny. Przykryć bezą, wyłożyć pozostały krem i frużelinę, przykryć drugim blatem ciasta. Wierzch polać polewą.
Schłodzić w lodówce.

Przed podaniem posypać pokruszonymi bezikami.

Smacznego!

W tle moje jadowicie żółte kwiatuszki, które dostałam od C. Są jednocześnie śliczne i trochę przerażające... Ale bardzo oryginalne, więc mam nadzieję, że uda mi się nimi dobrze zaopiekować.

Przepis dodaję do konkursu na blogu Torta della figlia; mimo, że czekolada nie gra tu pierwszych skrzypiec, jest bardzo ważna i bez niej to ciasto nie smakowałoby już tak samo...

środa, 6 sierpnia 2014

Owoce w cukrze

Dzisiaj taki przepis - nie przepis. Panuje tu bowiem duża dowolność jeśli chodzi o ilości i produkty. Ale sposób zdecydowanie wart jest uwagi.

Po pierwsze - mam mikroskopijny zamrażalnik. A jeśli wcisnę do niego sorbetierę, to już w ogóle nie ma miejsca na nic innego. Marzy mi się taka wielka zamrażarka, otwierana od góry, do której będę mogła pakować całe mnóstwo letnich owoców i innych pyszności. Póki co jednak takiej możliwości nie mam.
Po drugie, problem stanowi transport. Niektóre rzeczy tutaj bardzo trudno dostać, a jak już się uda, to ceny są takie, że nie chce się kupować, tylko uciekać. Takie porzeczki na przykład. Tylko czerwone, w ilościach niewielkich, a w cenach zdecydowanie wysokich. A ja porzeczki lubię, i to nie tylko czerwone. Są idealne do słodkich ciast, z którymi ich lekko kwaśny smak wspaniale kontrastuje. I chciałabym sobie upiec sernik i muffiny z porzeczkami, albo zrobić porzeczkowe lody. I w końcu znalazłam sposób!

Byłam w Polsce trzy tygodnie, kupiłam po kilogramie porzeczki czarnej, czerwone i białej, i zapasteryzowałam je w cukrze. Nic skomplikowanego, choć jest to troszkę czasochłonna zabawa. Efekt jednak jest dokładnie taki, jakiego oczekiwałam - owoce nie tracą dużo na jakości (wiadomo, robią się trochę miękkie i mniej wyraziste w smaku, ale nie można mieć wszystkiego), a do tego wytwarza się pyszny sok, z którego można zrobić galaretkę, lemoniadę lub jesienią dodawać zamiast cukru do herbaty. Same plusy!
Poza porzeczkami można tak przygotować wiśnie, jagody, maliny i jeżyny. I być może agrest, ale tego jeszcze nie próbowałam. Truskawki robią się miękkie i ciapowate (maliny trochę też, ale za to ten sok - bajka) i takie mi nie odpowiadają. Wolę truskawkowy dżem.

Sposób ten podpatrzyłam u Mamy - w zeszłym roku dostałam od niej kilka słoiczków wiśni, i są po prostu idealne do ciast! 
Jeśli więc macie dużo owoców, a mało miejsca w zamrażarce - ten sposób jest dla Was.

Owoce w cukrze

Składniki:
(ilość zależy od ilości użytych składników)
  • owoce: wiśnie, porzeczki, jagody, maliny, jeżyny
  • 2-3 łyżki cukru na słoik

Owoce umyć, oczyścić, wiśnie wydrylować. Układać w słoikach, przesypując cukrem. Kilka razy uderzyć słoikiem o stół, żeby owoce się uleżały, dosypać do pełna.
Słoiki mocno zakręcić.
Pasteryzować 15-20 minut.

Smacznego!

Na zdjęciu czerwona i czarna porzeczka - tak jakoś akurat te dwa słoiczki wpadły mi w ręce.

poniedziałek, 17 marca 2014

Banany i wiśnie. W serniku

Oczywiście pogoda spłatała mi psikusa, i weekend, choć niezbyt zimny (a śniegiem straszyli!), to zabójczo wręcz wietrzny. Po dziesięciu minutach spaceru głowa mi pękała, i nawet cieplutka, zimowa czapka nie pomogła. Kiedy jednak ja chciałam jak najszybciej wrócić do domu, Ptysia miała zupełnie inne plany. Ogromnie jej się spodobało spacerowanie przy tym szalonym wietrze, który tarmosił jej uszy na wszystkie strony. Z szerokim uśmiechem i jęzorem na wierzchu dawała ogromne susy i wyglądała, jakby niewiele jej brakowało do wzniesienia się w powietrze... Doprawdy pocieszny widok; wynagrodził mi nawet niemal zmrożony nos.

A w domu czekał na nas serniczek. I to jaki...
Miałam banany, które domagały się natychmiastowego spożycia. Mam też jeszcze kilka słoiczków wiśni od Mamy. W gazetce Pieczenie jest proste, nr 2/2012 znalazłam przepis, łączący oba składniki. W dodatku w serniku, nie mogłam się więc oprzeć. Szczególnie, że C. wyraził żywe zainteresowanie bananowym sernikiem.
Do masy zamiast nektaru dałam rozgniecione banany. Plasterkami z dwóch owoców przełożyłam masę, dzięki czemu ich smak jest bardzo wyraźny. Na wierzch wiśnie i odrobina wiśniowego kisielu, bez cukru. Kwaśny dodatek świetnie równoważy słodycz z bananów, sprawia, że całość nie jest mdła. Muszę powiedzieć, że banany i wiśnie to zaskakująco udane połączenie. Jeśli jeszcze nie znacie - spróbujcie koniecznie.

Bananowy sernik z wiśniami (na zimno)

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 120 g ciastek digestive
  • 60 g masła

masa serowa:
  • 7 listków żelatyny
  • 600 g serka kremowego
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 50 g cukru pudru
  • 4 dojrzałe banany
  • 2 łyżki soku z cytryny

dodatkowo:
  • 125 wiśni ze słoika
  • 75 ml soku wiśniowego
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z rozpuszczonym i przestudzonym masłem.
Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Ciasteczka ugnieść na spodzie, wstawić do lodówki na 20 minut.

Mąkę ziemniaczaną rozmieszać z 2 łyżkami soku. Resztę soku zagotować, wlać rozrobioną mąkę, chwilę gotować, cały czas mieszając. Dodać wiśnie, przestudzić (kisiel ma być chłodny, ale nie zupełnie stężały).

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Banany obrać. Dwa pokroić w plastry o grubości 1,5-2 cm, dwa rozgnieść widelcem na miazgę. Oba rodzaje skropić sokiem z cytryny.
Serek zmiksować z kremówką, cukrem i cukrem pudrem na jednolitą masę. Dodać rozgniecione banany, zmiksować.
Żelatynę rozpuścić na parze, ostudzić. Powoli wlewać do masy, cały czas miksując.

Na spód wyłożyć 1/4 masy, rozsmarować. Ułożyć plasterki bananów, przykryć resztą masy, wyrównać wierzch. Ułożyć wiśnie, zrobić pajęczynę z kisielu.
Wstawić do lodówki na 3-4 godziny, a najlepiej na całą noc.

Smacznego!

Och, kiedy wreszcie ta wiosna przyjdzie na dobre...?

Serniki dla Miksera - edycja 1.14

wtorek, 29 października 2013

Krwawe gniazdka bezowe

Zasadniczo rzecz biorąc, nie świętuję w Halloween. Ale bardzo mi się ta tradycja podoba - odganianie duchów i te sprawy to zdecydowanie moje klimaty. Uwielbiam fantazjować, namiętnie czytam książki, które ocierają się o magię, sama wierzę w dobre duchy. Nie widzę powodu, żeby fukać na to amerykańskie święto - jest dobre jak każde inne, a jeśli daje powód do zabawy i uśmiechu, to tym lepiej. Wycinam więc dynię - co roku jest to Jack Skellington, mój najukochańszy bohater Tima Burtona. Co roku jest bardziej podobny do oryginału, choć tak naprawdę do ideału mu jeszcze daleko. Mimo wszystko sprawia mi to ogromną frajdę, nie widzę więc powodu, żeby martwić się drobnymi niedociągnięciami.
Przygotowuję też halloweenowe słodkości - tak na wszelki wypadek. W tym roku nie będziemy mieli gości, mam więc tylko dwie propozycje. Dzisiaj będzie o tej mniej strasznej.

Gniazdka te zobaczyłam u Doroty i od razu wiedziałam, że muszę takie zrobić. Mam znów spory zapas białek, a w szafce czekają wiśnie od Mamuni. Miałam więc wszystko co potrzebne w domu, i szybciutko zabrałam się do pracy.
Pierwszy raz piekłam bezę w tak niskiej temperaturze, i muszę powiedzieć, że wyszła idealna - bielusieńka, chrupiąca z wierzchu, odrobinkę ciągnąca w środku (właściwie to spód jest troszkę ciągnący, ścianki wysuszyły się zupełnie); po prostu ideał. Jeśli się więc Wam nie spieszy, zdecydowanie polecam tę metodę. Następnym razem spróbuję upiec w ten sposób Pavlovą - zobaczymy, co z tego będzie...
Gniazdka wypełniamy bitą śmietaną (bez cukru, zdecydowanie), a całość dekorujemy krwawą wiśniową frużeliną. Ja do jej przygotowania użyłam wiśni ze słoika. Mam je od Mamy, są takie prawie bez cukru. Sklepowe, jeśli są mocno słodkie, nie nadają się - frużelina wyjdzie mdła, a ma być lekko kwaskowa, żeby ożywić całość.
Deser wygląda zachwycająco! I jest naprawdę pyszny, mocno słodki, ale wiśnie tę słodycz równoważą. Jeśli lubicie bezy, te z pewnością przypadną Wam do gustu.

Gniazdka bezowe z bitą śmietaną i frużeliną wiśniową

Składniki:
(na 12 sztuk)

bezy:
  • 4 białka
  • 220 g cukru
  • 1 łyżeczka białego octu winnego

frużelina wiśniowa:
  • 250 g wiśni (świeżych, mrożonych lub ze słoika)
  • 110 g cukru
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżka wody
  • 2 listki żelatyny

dodatkowo:
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)

Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier. Na końcu wlać ocet, zmiksować.
Masę przełożyć do rękawa cukierniczego z końcówką w kształcie gwiazdki, wyciskać na balchę wyłożoną papierem do pieczenia gniazdka: najpierw okrągły spód, a później brzegi. 

Suszyć w piekarniku w 80 st. C. przez 4 godziny.
Ostudzić w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Wiśnie (jeśli ze słoika, to z sokiem) z cukrem umieścić w rondelku. Podgrzewać na średnim ogniu, nie gotując. Dodać sok z cytryny i wymieszaną z wodą mąkę, podgrzewać jeszcze trochę, zdjąć z palnika.
Żelatynę odcisnąć, dodać do masy, wymieszać aż do rozpuszczenia. Ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce. 

Kremówkę ubić na sztywno. Za pomocą rękawa cukierniczego wycisnąć do środka gniazdek, udekorować frużeliną w taki sposób, aby sok ściekał po ściankach gniazdek.

Smacznego!

Wczoraj w Danii był sztorm. Ponoć największy od chyba jedenastu lat. U nas nie było tak źle, ale na wieczornym spacerze z Ptysią znaleźliśmy kawałki rynien, dachówki, gałęzie... Liście z drzew niemal wszystkie został brutalnie zerwane. W innych regionach Danii było gorzej - pozrywane dachy, powywracane drzewa, zniszczone ogrody. Mam nadzieję, że nie doświadczymy czegoś takiego przez kolejnych jedenaście lat...

środa, 9 maja 2012

Zapomniany tort i pralka jak żywa

Uff... Dużo się ostatnio dzieje. W niedzielę byliśmy z C. na konfirmacji córki jego Brata. M. to słodka dziewczynka, impreza duńsko-brazylijska (jej Mama jest Brazylijką) jak najbardziej udana. Przez całe moje nie tak znowu krótkie życie nie wyściskało mnie tylu Duńczyków, co w niedzielne popołudnie. Nie narzekam - bardzo miło z ich strony. A ja jestem coraz lepsza w udawaniu zrozumienia dla tego ciut skomplikowanego języka. Najmłodsza Siostra C. próbowała upić mnie Malibu z colą - na szczęście bezskutecznie. Babcia C. z kolei bardzo dobrze się ze mną dogadała, bo była nauczycielką angielskiego (i niemieckiego, ale na tym gruncie czuję się niedużo pewniej niż z duńskim). A po wszystkim, kiedy C. wymieniał lampy w aucie (I killed Bambi, skat - usłyszałam o drugiej w nocy, kiedy wrócił do domu), ja rozmawiałam z jego Tatą o książkach - okazało się, że mamy zbliżony gust, przynajmniej jeśli chodzi o Folletta. 

Co do moich kuchennych poczynań - owszem, są. Ciasteczka czekoladowe z nutą kardamonowo-pomarańczową i pomarańczowe semifreddo wyszły zachwycająco dobre. Owszem, przepisy zapisałam, zdjęć jednak póki co nie mam jak zrobić - cały czas czekam na aparat. A telefonem pstrykać nie będę, bo fotki wychodzą co najmniej tragiczne, wyjątkowo nieapetyczne i w ogóle nie nadające się do publikacji gdziekolwiek. Dlatego na aktualne przepisy będzie trzeba jeszcze trochę poczekać. W związku z tym w najbliższym czasie będę Was molestowała postami o książkach, a dzisiaj, w ramach przypomnienia, że to mimo wszystko blog kulinarny, będzie o torcie.

Dawno, dawno temu... Naprawdę dawno, bo nie pamiętam, kiedy dokładnie. Chyba w tym roku. A może jeszcze w zeszłym...? Nie mam pojęcia. Nieistotne. Chodzi o to, że upiekłam tort. Na specjalne, urodzinowe zamówienie. Miał być klasyczny, ale nie nudny. Wyjątkowy - jak to tort. Na urodziny Szanownej Małżonki Zamawiającego.
Biszkopt - standardowo rzucany, jakżeby inaczej. Krem na bazie mascarpone, delikatnie wzmocniony żelatyną - co by się w czasie transportu nic nie rozjechało. Masa wiśniowa inspirowana tortem śliwkowym jak ze sklepu. Jak smakowało? Nie wiem, nie próbowałam. Ale z tego co mówili główni zainteresowani, efekt był jak najbardziej satysfakcjonujący.

Trochę pracy przy tym było - ale taka już uroda tortów. Polecam - wygląda naprawdę nieźle, no i - podobno - smakuje nawet lepiej.

Tort wiśniowy z bitą śmietaną


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

biszkopt:
  • 10 jajek
  • 400 g cukru
  • 230 g mąki pszennej
  • 90 g mąki ziemniaczanej

masa wiśniowa:
  • 550 g wiśni ze słoika (bez pestek)
  • 300 ml soku wiśniowego
  • 1 opakowanie kisielu o czerwonym kolorze (40 g)
  • 55 ml zimnej wody

krem:
  • 300 g serka kremowego
  • 150 g mascarpone
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 80 g cukru pudru
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • 3 łyżeczki żelatyny
  • 2 łyżki zimnej wody
  • 70 ml gorącej wody

nasączenie:
  • sok z 1 cytryny
  • 50 ml miodówki

wierzch:
  • 500 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 łyżeczki żelatyny
  • 2 łyżki zimnej wody
  • 50 ml gorącej wody

Biszkopt:
Białka ubić na sztywną pianę. Partiami dodawać cukier, nie przerywając miksowania. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu partiami wsypywać przesianą mąkę, miksując na najniższych obrotach.
Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia lub folią aluminiową. 
Masę wylać do formy.

Piec w 170 st. C. 70-80 minut, do tzw. suchego patyczka.
Upieczony biszkopt zrzucić na ziemię (w formie) z wysokości 60 cm, po czym wystudzić w uchylonym piekarniku.

Zimny biszkopt przeciąć na trzy blaty, ścinając z wierzchu ewentualną górkę - tak, żeby był idelanie płaski.

Sok wiśniowy zagotować. Kisiel rozmieszać w wodzie, powoli wlewać do soku, cały czas mieszając. Chwilę pogotować, zdjąć z ognia. Dodać dokłądnie odcedzone wiśnie, delikatnie wymieszać. Ostudzić.

Serek kremowy ubić z mascarpone. Wlać kremówkę, miksować, aż masa znów zgęstnieje. Przesiać cukier puder z waniliowym, zmiksować.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, następnie rozpuścić w gorącej. Wymieszać, żeby nie było grudek. Ostudzić.
Żelatynę wlać do masy serowej, zmiksować na gładko. Wstawić na kilka minut do lodówki, żeby nieco zgęstniała.

Sok z cytryny wymieszać z midówką.

Na paterze ułożyć pierwszy blat, skropić sokiem z cytryny wymieszanym z miodówką. Wyłożyć połowę wiśni, na wierzch połowę kremu. Przykryć drugim blatem, lekko docisnąć. Biszkopt nasączyć, wyłożyć resztę wiśni, na wierzch resztę kremu. Przykryć ostatni blatem, nasączyć.
Wstawić do lodówki na 2-3 godziny, żeby wszystko stężało.

Kremówkę ubić.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, następnie rozpuścić w gorącej. Ostudzić. Wlać do kremówki, cały czas miksując. 
Śmietaną obłożyć wierzch i boki tortu, zostawiając nieco do dekoracji.
Resztę śmietany przełożyć do szprycy, udekorować tort. 
Boki można obsypać startą czekoladą.

Smacznego!

A dzisiaj rano kupiliśmy pralkę. Nareszcie! Góry prania zalegały już wszędzie (w pokoju, który podobno ma być sypialnią, nie było miejsca na łóżko - wiem, wiem, nie ma się czym chwalić...), więc z wielką radością nastawiliśmy pierwsze pranie. C. pojechał do pracy, a ja wyszłam na chwilę do sklepu. Jakież było moje zdziwienie, gdy po powrocie znalazłam pralkę na środku kuchni! A później z wielkim poświęceniem musiałam ją trzymać w czasie wirowania, żeby mi z tej kuchni nie uciekła. Na szczęście po dwóch praniach chyba znalazła swoje miejsce, bo już grzecznie stoi i się nie rusza, i nawet tak bardzo nie hałasuje. O co chodziło? Nie mam pojęcia. Na pralkach to ja się nie znam.