Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jabłka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jabłka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 listopada 2017

Psi sposób na listopad i placuszki z syropem mandarynkowym

Pączusia, znana też jako Pożeracz Niewinnych Krasnali (kiedy nie było nas w domu, dorwała mojego najnowszego pluszowego renifera i... Ujmijmy to tak: po tym spotkaniu stracił chłopak całą swoją reniferowatość), ostatnio zapałała niesamowicie intensywnym uczuciem do starego swetra C. Właściwie wcale nie jest taki stary; po prostu mój Małżonek najwspanialszy utytłał rękawy kawą (chyba; pewności żadne z nas nie ma) i wrzucił rzeczony sweter do kosza na brudną bieliznę. Ja plam nie zauważyłam, sweter wyprałam w gorącej wodzie... I nie udało się go uratować. Swetra. C. żyje i ma się dobrze, choć został ofukany z każdej możliwej strony. 
Na całym zdarzeniu zyskała Pączusia; dostałą sweter do przytulania. W jej przypadku bowiem w grę nie wchodzą jakiekolwiek pluszowe psie zabawki; wszystkie rozkłada na części pierwsze z szybkością błyskawicy. A ja później muszę zbierać puchate, białe farfocle po całym domu. Powiedziałam więc dość. Sweter okazał się być dużo bardziej odporny na rozrywanie, miętolenie i ciamkanie, a przez to też zdecydowanie ciekawszy. Chodzi więc z nim teraz wszędzie, plącze się jej między łapami, ale w ogóle jej to nie zniechęca. W tej chwili próbuje mi go wetknąć do ust; chyba uważa, że skoro jej gryzienie tak bardzo umila czas, to ja też powinnam spróbować. 
Hmm... W takich chwilach naprawdę się cieszę, że Ptysia i Pączusia są stosunkowo małe; nie wiem, czy z większymi potworami z takim charakterkiem potrafiłabym sobie poradzić...

Chwilę po ósmej obudziły mnie gęste krople deszczu zaciekle zacinające w szyby i dach. Leżałam w łóżku między dwoma ciepłymi, równo oddychającymi ciałkami. Bardzo się cieszyłam, że mogę pozwolić sobie na chwilę nic nierobienia, słuchania deszczu i cieszenia się chwilą. Na co dzień brakuje mi momentów totalnego spokoju i rozluźnienia; ciągle jest coś do zrobienia, do załatwienia, do nie-zapomnienia...
Kiedy już wydostałam się spod kołdry i psów, przywdziałam puchate, różowe skarpetki i gruby sweter, stwierdziłam, że pora na śniadanie. Ale nie takie na szybko, w biegu. Jedyny wolny dzień w tygodniu należy zacząć odpowiednio; celebracja śniadania wydaje się być doskonałym pomysłem.
Przygotowałam więc delikatne placuszki z tartym jabłkiem i syropem korzenno-mandarynkowym. Czyż nie brzmi to wyjątkowo kusząco...? Placuszki wyszły mięciutkie i soczyste, a syrop jest tak aromatyczny, że planuję przygotować większą porcję, zamknąć w buteleczce i dodawać do herbaty w te mroczne, listopadowe popołudnia. Już sam jego optymistyczny, intensywnie pomarańczowy kolor poprawia humor, a jeśli dodać do tego słodki,mandarynkowy smak z korzenną nutą, po prostu trzeba się uśmiechnąć.

Placuszki z jabłkami i syropem korzenno-mandarynkowym


Składniki:
(na około 15 placuszków)
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 45 g cukru
  • 2 jajka
  • 80 ml oleju
  • 200 ml mleka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 jabłka
syrop:
  • 40 g miodu
  • sok z 3 mandarynek
  • laska cynamonu o długości 5 cm
  • 2 goździki
  • 3 kapsułki kardamonu
  • 1 gwiazdka anyżu
Najpierw przygotować syrop:
miód, sok z mandarynek, cynamon, goździki, anyż i lekko zgnieciony kardamon umieścić w rondelku. Zagotować, zmniejszyć ogień i podgrzewać syrop, aż osiągnie pożądaną konsystencję - około 10 minut.

W tym czasie przygotować placuszki:
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać z solą i cukrem.
Jajka roztrzepać, dodać olej, mleko i ekstrakt. 
Jabłka obrać, zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Dodać do jajek i mleka, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, dokładnie wymieszac łyżką.

Smażyć placuszki na rozgrzanej patelni z obu stron na złoto-brązowy kolor.
Podawać polane syropem.

Smacznego!

Ja tymczasem zabieram się do pieczenia; drożdżówka na jutro do pracy nie zrobi się sama...

środa, 18 października 2017

Pierwsza w tym roku prawie szarlotka

Mamy w ogrodzie jabłonkę. Tak naprawdę rośnie za domem, w bardzo niedogodnym miejscu; między ścianą budynku, a wysokim żywopłotem. Mało tam słońca; tak naprawdę biedaczka nawet w pogodne dni rzadko ma możliwość wygrzania się w ciepłych promieniach. Była tam, gdy się wprowadziliśmy; straszliwie zaniedbana, z martwym konarem, który wysysał z niej ostatnie życiowe siły. Pierwszej jesieni w naszym nowym domu dała zaledwie kilka jabłek; średnio nawały się do jedzenia, bo są dość kwaśne, ale za to kruche i idealne do ciast. Na wiosnę więc C. zajął się jabłonką; dość brutalnie pozbawił ją utrudniających rozkwit pnączy, przyciął żywopłot tak, żeby choć trochę ułatwić jej życie i podlewał magicznymi miksturami ze sklepu ogrodniczego. Efekt przerósł nasze oczekiwania; w tym roku jeszcze w sierpniu ilość jabłuszek była wręcz zatrważająca! Część z nich spadła, zanim wróciliśmy z wakacji; większość pieczołowicie zebraliśmy i ułożyliśmy w piwnicy. Będą szarlotki, jak się patrzy!

Ostatnio C. przyszedł do mnie z miną niewiniątka i oświadczył, że obiecał w pracy ciasto. A właściwie to dwa. I z szelmowskim uśmiechem dodał, że jak nie mam czasu ani chęci, to on może przecież kupić coś w cukierni... Wie chłopak, jak mi na ambicję wjechać! I choć w poniedziałek po pracy wróciłam ledwo żywa, a we wtorek miałam w perspektywie wycieczkę do Kopenhagi, i jednego, i drugiego dnia upiekłam ciasto. Z jabłkami z naszej nie tracącej nadziei jabłonki.

Pierwsza wersja była migdałowa; z mielonymi migdałami w cieście i migdałowymi płatkami na wierzchu. Przy drugiej postawiłam na nieco bardziej charakterny smak, i migdały zastąpiłam orzechami laskowymi. C. nie potrafił się zdecydować, która smakowała mu bardziej; ja obstawiam orzechową, bo orzechy i jabłka to duet absolutnie doskonały.

A Wy? Upiekliście już pierwszą w sezonie szarlotkę...?

Ciasto orzechowe z jabłkami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)
  • 125 g miękkiego masła
  • 125 g cukru
  • 1 jajko
  • 150 ml maślanki
  • 175 g mąki pszennej
  • 100 g mielonych orzechów laskowych
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

dodatkowo:
  • 1 jabłko
  • 15 g orzechów laskowych w płatkach
  • 1 łyżka cukru perłowego

Masło z cukrem utrzeć na puszystą, jasną masę.
Mąkę przesiać z proszkiem i sodą, dodać zmielone orzechy, wymieszać.

Do masy maślanej wbić jajko, połączyć. Na zmianę dodawać mąkę i maślankę, miskując na najniższych obrotach miksera, tylko do połączenia składników.
Przełożyć masę do wysmarowanej tłuszczem formy.

Jabłko obrać, pokroić w ćwiartki, wyciąć gniazda nasienne, a następnie pokroić w cienkie plasterki. Ułożyć je na cieście, posypać orzechami i cukrem.

Piec w 175 st. C. przez 50-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!


Ciasto, dzięki dodatkowi maślanki, jest cudownie wilgotne. Ma delikatny, maślany posmak, który przy wersji migdałowej jest nieco wyraźniejszy. Przez dodatek orzechów jest nieco cięższe, ale nie zbite i nadal delikatne. No i ta chrupiąca, cukrowo-orzechowa skorupka na wierzchu... Uwielbiam!
Proste i szybkie w przygotowaniu, idealne na mały głód w środku tygodnia.

czwartek, 6 lipca 2017

Owocowy deser wprost ze Skandynawii

Mamy lipiec. Ale aura najwidoczniej jest w tym roku na bakier z kalendarzem; ewentualnie ma na głowie mnóstwo innych spraw i zapomniała wyrwać kilka kartek, lub też wyrwała całą garść w przypływie złości na... Sama nie wiem, na co zła może być aura. Niemniej, pogoda bardziej przypomina bardzo wczesną, deszczową wiosnę lub też raczej późną, wyjątkowo deszczową jesień. Jest też zimny wiatr chłoszczący rabarbar i miętę w ogródku, a słońce, które z rzadka wyjrzy zza granatowo-szarych chmur nie daje tyle ciepła, ile powinno. 
Jak to podsumowała koleżanka z pracy: Na całe szczęście nie mamy urlopów i możemy pracować
Bright side of life, że tak bezwstydnie zacytuję Monthy Pythona. 

Tymczasem stragany uginają się od wyjątkowo w tym roku drogich letnich owoców. Nie straszne mi jednak ceny; po dziwnej, szaro-błotnistej zimie nie mogę oprzeć się soczystym kolor. Znoszę więc do domu czereśnie, nektarynki i truskawki, z ogrodu przynoszę rabarbar i tworzę, na przekór aurze, letnie ciasta i desery. Jest pysznie!

Tym razem mam dla Was przepis z Bage og sylte, nr 1/2016. Nie mogłam oprzeć się tym pysznie zapowiadającym się warstwom. Jest więc idealnie gładki i soczyście czerwony mus truskawkowo-malinowy, jest kwaskowy, wyrazisty kompot rabarbarowy, a do tego wszystkiego kremowy serek z mascarpone i skyra. Ten ostatni to typowo skandynawski produkt, coś pomiędzy jogurtem a serkiem homogenizowanym. W zastępstwie możecie użyć jednego albo drugiego, albo mieszanki tych dwóch.
Całość smakuje wybornie, warstwy świetnie do siebie pasują i idealnie się uzupełniają. Następnym razem dodałabym tylko jeszcze coś chrupiącego - może warstwę ciasteczek amaretti...?

Deser ze skyrem, czerwonymi owocami i rabarbarem


Składniki:
(na 6-8 porcji)

mus rabarbarowy:

  • 425 g oczyszczonego rabarbaru
  • 1 jabłko
  • 75 g cukru
  • 50 ml wody
mus z czerwonych owoców:

  • 125 g truskawek
  • 100 g malin
  • 75 g cukru
  • 75 ml wody
krem:

  • 500 g skyra (gęstego jogurtu lub serka homogenizowanego)
  • 250 g serka mascarpone
  • 20 g cukru pudru
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
dodatkowo:

  • 100 g malin
  • 125 g truskawek
  • listki mięty
Rabarbar pokroić na kawałki, jabłko obrać, wyciąć gniazdo nasienne i pokroić w kostkę. Umieścić owoce w garnku, zasypać cukrem i zalać wodą. Gotować na średnim ogniu pod przykryciem, aż owoce się rozpadną.
Ostudzić.

Truskawki umyć, osuszyć, odciąć szypułki i pokroić na ćwiartki. Umieścić w garnuszki z malinami, cukrem i wodą. Gotować kilka minut, aż owoce zrobią się zupełnie miękkie. Zmiksować na gładki mus, przetrzeć przez sitko.
Ostudzić.

Skyr zmiksować z mascarpone, cukrem pudrem i ekstraktem na gładki krem.

W szklankach równomiernie rozłożyć rabarbar, następnie krem waniliowy, a wierzch polać czerwonym puree. Udekorować kawałkami truskawek, malinami i listkami mięty. Podawać dobrze schłodzone.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Czarno-biały tort na urodziny

Hmm... Powinnam dzisiaj napisać coś wyjątkowego. W końcu blog obchodzi szóste urodziny! Trzy razy sprawdzałam kalendarz, i do sześciu liczyłam na palcach - nie pomyliłam się. To tyle już lat piekę, robię zdjęcia i piszę czasem zawrotnie długie posty o niczym, które, o dziwo, ciągle czytacie. Sama nie wiem, co z tego zadziwia mnie najbardziej...

Żeby znaleźć inspirację do dzisiejszego wpisu, przejrzałam te z lat poprzednich. I nadal nie wiem, co Wam powiedzieć... Poczułam się nieco zawstydzona obietnicami, które poczyniłam, a których nie zrealizowałam. Ale i tak uważam, że blogowanie idzie mi całkiem nieźle. Szczególnie przez ostatnie pół roku, gdy poza domem spędzam minimum dwanaście godzin dziennie, wstaję o porach, z których istnienia połowa ludzkości nie zdaje sobie nawet sprawy, i wracam do domu wykończona po całych godzinach pieczenia i dekorowania ciast. Mimo wszystko, nadal mam ochotę piec, eksperymentować i szaleć w kuchni. Nie zawsze starcza mi siły, ale i tak próbuję. I nie mogę doczekać się wiosny i światła, bo ciągłe ciemności i tak już wątpliwej jakości moich zdjęć nie poprawiają...

Co wydarzyło się przez ten rok? Cóż, jestem już w dwóch piątych cukiernikiem. Za półtora roku, o ile nic paskudnego na mojej drodze nie stanie, będę zdawać egzaminy. Już trzęsę portkami na samą myśl...
Wymieniłam też kuchnię na większą, przygotowałam w domu pięciopiętrowy tort weselny, opanowałam obkładanie tortów marcepanem i wypełniłam wszystkie nowe szuflady cukierniczymi utensyliami. Całkiem niezły bilans, moim zdaniem.

No i oczywiście, jesteście Wy. Moi najlepsi, najcudowniejsi Czytelnicy. Bez Was już dawno bym ten projekt porzuciła, uznając za chwilową fanaberię. Jednak Wasze komentarze, porady i słowa zachęty sprawiły, że przeskoczyłam wszystkie przeciwności, i mimo pewnych zawirowań - zawsze wracałam. Póki co, nie wybieram się nigdzie, i mam nadzieję, że Wy też nadal tak chętnie będziecie odwiedzać ten mój malutki skrawek wirtualnej rzeczywistości. 

A teraz przejdźmy już do konkretów. Tak, wiem; przy takich okazjach zazwyczaj rozpisuję się niemiłosiernie. Co jak co, ale słów brakuje mi rzadko (w języku polskim; duński to zupełnie inna bajka...); dzisiaj jednak mam wrażenie, że napisałam już wszystko.
Tak więc - konkrety. Czyli ciasto. I to nie byle jakie, bo dwupiętrowy tort pokryty masą cukrową. Musze przyznać, że solidnie się nad nim napracowałam... A i tak trochę mnie zdenerwował, bo na górze miały być literki, które w ostatniej chwili się posypały, i przez to jest trochę zbyt płaski. Ale trudno - i tak wywarł na gościach odpowiednie wrażenie. No bo wiecie - tej wielkości smakołyków nie ma sensu przygotowywać dla dwóch osób...

Tak naprawdę upiekłam to ciasto na swoje urodziny; najpierw nie mogłam się zebrać, żeby rozpisać przepis, później... No cóż, zrobiło się za późno. Doszłam więc do wniosku, że z publikacją poczekam na kolejną, odpowiednio doniosłą okazję. No i proszę, ta dam!

Piętro dolne, większe, to biszkopt kawowy z musami kawowym i jeżynowym. Górne, mniejsze, to biszkopt orzechowy z kremem kajmakowym i jabłkami. Wydaje się, że do siebie nie pasują, ale to idealne połączenie końca lata i początku jesieni. Doskonale wpisuje się w czas moich urodzin. 
Każdy z tortów można przygotować osobno; zamiast kremu maślanego i masy cukrowej, użyć śmietany i owoców do dekoracji. Będzie jeszcze pyszniej (sama nie przepadam za kremem maślanym, a masa cukrowa jest przecież zupełnie bez smaku). Tym razem jednak miałam dokładną wizję; tort miał być czarno-biały, z koronką. Po prostu musiałam taki mieć! A trzydzieste urodziny wydają się doskonałym momentem na spełnianie tego typu zachcianek.

Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję, że jesteście tu ze mną. A tort polecam Wam z całego serca - cały, lub we fragmentach. Nie rozczarujecie się.

Tort czarno-biały


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 30 g mąki ziemniaczanej
  • 30 g mąki pszennej
  • 40 g mielonych orzechów laskowych

mus jabłkowy:
  • 450 g jabłek
  • sok z 1/2 cytryny
  • 65 g cukru
  • 2 listki żelatyny
  • 100 ml wody

mus kajmakowy:
  • 160 g masy kajmakowej
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 listki żelatyny

Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym wbić żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąki przesiać, wymieszać z orzechami, partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w niedużą kostkę. Skropić sokiem cytryny. Przełożyć owoce do garnka, dodać wodę i cukier. Gotować przez 15-20 minut, aż większość jabłek się rozpadnie, a płyn odparuje.
W tym czasie namoczyć żelatynę w zimnej wodzie. 
Zdjąć garnek z jabłkami z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, dokładnie wymieszać. Ostudzić.

Biszkopt przekroić w poziomie na 3 części. 
Na płaskim talerzu ułożyć pierwszy blat biszkoptu, zamknąć w okół niego obręcz tortownicy. Wyłożyć mus jabłkowy, przykryć kolejnym blatem, wstawić do lodówki.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. Kajmak dość mocno podgrzać, zdjąć z palnika i dodać odciśniętą żelatynę. Wymieszać, przestudzić.
Kremówkę ubić na sztywno. Partiami dodawać do letniego kajmaku, delikatnie mieszając łyżką.
Wyłożyć mus na ciasto, przykryć ostatnim blatem biszkoptu i wstawić do lodówki do całkowitego zastygnięcia, najlepiej na całą noc.

(na tortownicę o średnicy 26 cm)

biszkopt:
  • 7 jajek
  • 265 g cukru
  • 45 g mąki ziemniaczanej
  • 160 g mąki pszennej
  • 2 łyżki kawy rozpuszczalnej (proszek)

mus kawowy:
  • 350 ml śmietany kremówki (38%)
  • 135 g białej czekolady
  • 2 łyżki kawy rozpuszczalnej (proszek)

mus jeżynowy:
  • 185 g jeżyn
  • 65 g cukru
  • 2 listki żelatyny
  • 335 ml śmietany kremówki (38%)

Białka oddzielić od żółtek. Mąki przesiać, wymieszać z kawą.
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Partiami wsypywać mąkę z kawą, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać masę, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 60-70 minut, do suchego patyczka.
Wystudzić w uchylonym piekarniku.

Mus kawowy:
100 ml kremówki zagotować. Dodać kawę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Gorcą kremówką zalać drobno posiekaną czekoladę; mieszać, aż czekolada się rozpuści. Przestudzić.
Pozostała kremówkę ubić na sztywno, partiami dodawać do letniej czekolady, delikatnie mieszając łyżką.

Biszkopt przekroić w poziomie na 3 części. 
Na płaskim talerzu ułożyć pierwszy blat, zamknąć w okół niego obręcz tortownicy. Wyłożyć mus, przykryć drugim blatem i schłodzić w lodówce, aż mus stężeje.

Mus jeżynowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Jeżyny z cukrem zagotować, przetrzeć przez sitko. Do gorącego płynu dodać odciśniętą żelatynę, przestudzić.
Kremówkę ubić na sztywno. Partiami dodawać do owoców, delikatnie mieszając łyżką. 
Mus wyłożyć na ciasto, przykryć ostatnim blatem biszkoptu. Schłodzić w lodówce, najlepiej przez całą noc.

(na dwupiętrowy tort)

krem maślany:
  • 2 białka
  • 130 g cukru
  • 170 g miękkiego masła

dodatkowo:
  • 500 g białej masy cukrowej 
  • 500 g czarnej masy cukrowej
  • masa do koronek

Przygotować krem maślany:
Białka i cukier podgrzewać w kąpieli wodnej, cały czas mieszając, aż cukier całkowicie się rozpuści. Przelać do większej miski, ubijać, aż beza całkowicie wystygnie - około 10 minut. Dodawać po małym kawałeczku masła, miksując na najniższych  obrotach. Krem się zważy, a następnie przybierze pożądaną konsystencję.

Oba torty posmarować kremem maślanym, dolny obłożyć czarną masą cukrową, górny - białą.
Z pozostałej masy przygotować kwiaty: róże, orchidee, stokrotki i dowolne małe kwiatki, a także liście.
Przygotować koronki. Większy tort udekorować koronkami, na jego środku ułożyć mniejszy. Udekorować kwiatami. 
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Przepis jest dłuuuugi... Ale co zrobić; jest tam sporo warstw, a chciałam, żeby opis był w miarę klarowny. Mam nadzieję, że mi się udało...

czwartek, 17 listopada 2016

O bąbelkach słów kilka. I krem dyniowo-jabłkowy

Będąc piekarzem, trzeba się liczyć z możliwością oparzeń. Niestety - tam, gdzie są gorące piece, nie da się uniknąć drobnych, ale też bardziej poważnych wypadków. Każdy, prędzej czy później, zetknie się z rozgrzaną częścią piekarnika lub jego wyposażenia, żeby później móc opowiadać barwne historie, w których oparzenie było trzy razy większe, niż naprawdę, a on dzielny niczym bohater renesansowego romansu.

Mi się mały wypadek zdarzył w zeszłym tygodniu, i od razu, żeby nie było wątpliwości, przyznam się, że dzielna nie byłam zupełnie. Wsadziłam oparzoną dłoń pod strumień chłodnej wody, a łzy kapały mi ciurkiem po brodzie. Nie dlatego, żeby oparzenie było jakoś specjalnie poważne czy rozległe; piekło za to niemiłosiernie. Do dzisiaj obnoszę się zresztą z dwoma nieapetycznie prezentującymi się bąblami.
Co się stało? Otóż chciałam przesunąć stikvogn (proszę się ze mnie nie śmiać ani nie kiwać potępiająco głowami; naprawdę nie mam pojęcia, jak ten stelaż na blachy nazywa się po polsku) kantem dłoni, co robiłam już nie raz i nie dwa, próbując się dostać przez labirynt wszelkich możliwych sprzętów na kółkach do zlewu. Nie przewidziałam tylko, że z dala od piekarników może się znajdować jeden rozgrzany do temperatury dwustu trzydziestu stopni! Gdy go dotknęłam, aż pisnęłam. A później to już wiadomo - zimna woda i łzy.
Bohaterem raczej nie zostanę, choć obiecałam sobie solennie, że następnym razem będę twardsza.

Po tych wszystkich przygodach w domu czekał na mnie garnek zawczasu przygotowanej zupy.
Bo zupy to idealne danie na zabiegany środek tygodnia, gdy nikomu się nie tylko nie chce, ale też ciężko znaleźć czas na pichcenie, a coś ciepłego po powrocie do domu by się zjadło. 
Koniecznie musiałam wykorzystać przynajmniej część dyniowego puree, które ostatnio przygotowałam, bo w kolejce stoją przecież kolejne dynie czekające na przerobienie.
W magazynie Spis bedre, nr 10/2016 znalazłam prosty i niezwykle kuszący krem z dodatkiem jabłek i rozgrzewającego imbiru.
Zupa wyszła słodko-kwaśna, cudownie rozgrzewająca; nie taka zupełnie łagodna, ale też nie ostra. Gęsta i kremowa, wybornie smakowała ze świeżą bagietką. 
Pięknie pachnie, świetnie smakuje, syci i rozgrzewa. Idealna na ten pochmurny listopad.

Krem dyniowo-jabłkowy z imbirem i kolendrą


Składniki:
(na 6 porcji)

  • 800 g puree z dyni
  • 1,5 łyżeczki mielonej kolendry
  • 500 g kwaśnych jabłek
  • 2 cebule
  • 1 ząbek czosnku
  • 5cm kawałek świeżego imbiru
  • 1 l bulionu
  • 250 g creme fraiche (18%)
  • 2 łyżki oleju
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:

  • ziarna dyni
  • creme fraiche (18%)
  • świeża kolendra
Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w kostkę.
Cebule obrać i pokroić w kostkę. Czosnek i imbir zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.

W dużym garnku rozgrzać olej. Dodać kolendrę, podgrzewać przez 1-2 minuty. Dodać cebulę, zeszklić. Dodać czosnek i imbir, następnie jabłka i jeszcze chwilę smażyć. Dodać dynię, zalać bulionem i gotować przez 15-20 minut, aż jabłka będą zupełnie miękkie.
Zdjąć garnek z palnika, dodać do zupy śmietanę, doprawić do smaku solą i pieprzem.

Ziarna dyni uprażyć na suchej patelni.
Zupę podawać z kleksem śmietany, ziarnami dyni i świeżą kolendrą.

Smacznego!


Przepis dodaję do akcji Ani:

sobota, 12 listopada 2016

Placuszki dyniowe z jabłkami na leniwe śniadanie

W pracujące weekendy wstaję o zupełnie nieludzkiej porze, czyli wpół do pierwszej nad ranem. A właściwie to w środku nocy - dosłownie! Nie ma wtedy mowy o wymyślnych śniadaniach. Po pierwsze, za bardzo cenię dodatkowe piętnaście minut snu, po drugie - i tak nie mam apetytu. Zresztą, to podobno niezdrowo objadać się o takiej porze...
W końcu jednak doszłam do wniosku, że te śniadania muszę zacząć jeść. Dla własnego dobra. Inaczej w samochodzie skręca mi kiszki, i zaraz po przyjeździe do pracy łapię, co mi pierwsze w ręce wpadnie. Dla niewtajemniczonych dodam, że pracuję w cukierni, więc sami rozumiecie... Trochę tam ciężko o sałatki.
Robię więc solidne zapasy granoli; piekę drożdżówki w dużych ilościach, które mrożę z myślą o tych dziwnych śniadaniach, robię puddingi z szałwii hiszpańskiej, które zaskakująco dobrze sycą i wchodzą gładko, niemal bez gryzienia. Bo kanapki, które trzeba solidnie przeżuć przed połknięciem, to zdecydowanie zbyt duże wyzwanie...

W końcu jednak nadchodzi wolny weekend, i wtedy z C. śniadania celebrujemy. Często siedzimy przy stole ponad godzinę, jedząc i wymieniając wrażenia z minionego tygodnia (tak na co dzień nie widujemy się bowiem zbyt często). Nie liczymy kalorii, ale cieszymy się smakiem. Robimy więc kanapki w najbardziej kolorowych wersjach, jak tylko się da, zimą często jemy owsianki, czasem C. robi naleśniki, a ja - gofry. Bywa też, że piekę puchate placuszki w amerykańskim stylu, które polewamy miodem lub syropem klonowym i zajadamy się nimi, aż miło.

Tym razem do przygotowania placuszków z jabłkami zmotywowały mnie dziewczyny propozycją wspólnego pichcenia. Jabłka akurat miałam (rzadko kiedy nie mam), w lodówce czekało puree z dyni, które przyrządziłam w ilości przerażającej dla każdego, kto nie ma totalnego bzika na punkcie tych pomarańczowych kul; dodałam więc dwa do dwóch i na blogu Kuchenny bałagan znalazłam przepis łączący te dwa składniki w placuszkach właśnie. 
Ich przygotowanie zajmuje chwilę (o ile macie gotowe puree), a smak... Moi drodzy, ten smak! Wyraźnie jabłkowy, trochę dyniowy, niesłodki, więc koniecznie z jakimś słodkim dodatkiem. Tym razem syrop klonowy zastąpiłam miodem, z banalnej przyczyny - buteleczka z syropem zakleiła się na amen. Nie mam pojęcia, jak ja ją w ogóle otworzę...
Jabłuszka robią się miękkie, a placuszki są zaskakująco puszyste i delikatne. W dodatku przygotowujemy wszystko bez dodatku jajek - przepis w sam raz dla alergików.

Placuszki z jabłkami przygotowała również Ania; koniecznie zajrzyjcie, co wymyśliła!

Placuszki dyniowe z jabłkami


Składniki:
(na 10-12 placuszków)
  • 150 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 200 ml mleka
  • 125 g puree z dyni
  • 1 łyżka miodu
  • 1 jabłko
dodatkowo:
  • syrop klonowy, miód lub cukier puder do podania
  • olej do smażenia
Mąkę, sodę i cynamon wymieszać. Mleko roztrzepać z dyniowym puree i miodem. Wlać mokre składniki do suchych, dobrze wymieszać. Odstawić.
Jabłko obrać, wyciąć gniazdo nasienne i pokroić w plastry. 

Na rozgrzaną patelnię z olejem nakładać łyżką porcje ciasta. Smażyć, aż na powierzchni pojawią się bąbelki. Na wierzchu układać plastry jabłka, przewracać na drugą stronę i smażyć jeszcze kila minut.
Podawać gorące z miodem, cukrem pudrem lub syropem klonowym.

Smacznego!

Nie ma się co oszukiwać - listopad to nie październik. Ciemno, zimno, wietrznie, i już nawet mrozić zaczyna! Odpowiedniego światła do robienia zdjęć nie ma; z przepraszającym uśmiechem wróciłam więc do sztucznego oświetlenia. Wybaczcie więc jakość zdjęć - braku słońca nie umiem bowiem obejść.

czwartek, 13 października 2016

Dżem z fig. I kilka słów o powrocie

Wróciłam do domu, i nie ruszam się stąd przez najbliższe cztery miesiące. Oczywiście, będę jeździć do pracy, może nawet czasem kogoś odwiedzę ot tak, dla przyjemności; wybiorę się od czasu do czasu na spacer czy na zakupy. Jednak co wieczór będę wracała, będę spała we własnym łóżku i jadła śniadanie przy stole w kuchni, z widokiem na pobliskie pola, jarzębiny i śliwę sąsiadów. Internat zostawiłam za sobą z westchnieniem ulgi i szczerą radością. Poczucie zamknięcia w czterech ścianach (dosłownie!) mocno dawało mi się we znaki. Brakowało mi przestrzeni, własnego piekarnika, w którym mogłabym upiec ciasto, na które akurat mam ochotę, a nade wszystko - prywatności. Obcy ludzie co chwilę pukający do moich drzwi, posiłki jedzone wśród dziesiątek podobnych mi, zagubionych dusz i obowiązek wkładania butów za każdym razem, gdy chciałam iść zaparzyć sobie herbaty. Nie jestem pewna, czy zniosłabym kolejny miesiąc tak od razu. Chyba nie...

Teraz siedzę przy stole w jadalni, zupełnie sama w wielkim, cichym domu. Te wszystkie metry kwadratowe, po których mogę spacerować, nie niepokojona przez nikogo! Moje bajeczne łóżko, z włączonym już ogrzewaniem (kiedy zrobiło się aż tak zimno...?), czajnik, który czeka tylko na mnie, kanapa, na której mogę się wygodnie rozłożyć bez obawy, że zabieram komuś miejsce. Oj tak - własne cztery kąty (symboliczne tym razem) to moja świętość i ostoja. Lubię ludzi (czasami), ale jednak mam duszę samotnika. Introwertyka - że się tak skomplikowanie wyrażę. Lubię budować swój własny świat i nie lubię, gdy ktoś wpada mi weń nieproszony. 

Wykorzystując możliwości, jakie daje posiadanie kuchni, zabrałam się za pieczenie i kolejne przetwory. Sezon na te drugie powoli się kończy; coraz zimniej, coraz ciemniej, coraz mniej sezonowych warzyw i owoców. Trzeba więc korzystać, póki się da!

U mnie znowu figi - w tym roku sięgałam po nie wyjątkowo często. Uwielbiam ich delikatny, słodki smak i miliony drobnych pesteczek pękających między zębami. Tym razem zamknęłam je w słoikach w doborowym towarzystwie jabłek z pobliskiej jabłonki i aromatycznego kardamonu. Kardamon do jabłek pasuje znakomicie (według mnie tak samo dobrze jak cynamon, a może nawet lepiej), z figami również komponuje się wybornie. Gdy więc szukałam odpowiedniego akompaniamentu dla owoców, nie wahałam się długo.
Dżem wyszedł boski! Cudownie aromatyczny, delikatny i słodki. Do naleśników nadaje się idealnie, do nadziewania słodkich, drożdżowych bułeczek chyba jeszcze bardziej.
Jeśli macie ochotę zamknąć takie cudo w słoiczkach, spieszcie się! Figi bowiem zaraz znikną ze sklepowych półek...

Dżem figowo-jabłkowy z kardamonem


Składniki:
(na 4 słoiki)
  • 700 g świeżych fig
  • 850 g jabłek
  • 400 g cukru
  • 2 łyżeczki mielonego kardamonu

Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne, pokroić w kostkę.
Od fig odciąć twarde końcówki, pokroić owoce w ósemki. 
Przełożyć owoce do garnka, dodać cukier i kardamon, wymieszać. Gotować około 60 minut, mieszając od czasu do czasu, aż do uzyskania pożądanej konsystencji.
Gorący dżem przełożyć do wyparzonych słoiczków, zakręcić, odwrócić do góry spodem i zostawić do ostygnięcia.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Tak mi się jakoś na jesień zebrało na robienie przetworów. Mam jeszcze kilka planów, choć nie wiem, czy uda mi się ze wszystkim zdążyć... Trzymajcie kciuki!

piątek, 30 września 2016

Jesiennie: jabłecznik z marcepanem

Pamiętam, że gdy byłam młodsza, pory roku przechodziły w siebie bardzo płynnie. Nie było możliwości wskazania konkretnego dnia, w którym kończyła się jedna, a rozpoczynała druga. Ciepła wiosna powoli roztapiała śniegi, temperatura wzrastała stopniowo, a dni robiły się coraz dłuższe. Mniej deszczu, więcej słońca, wszystko wokół zalewała soczysta zieleń. Na polach wyrastały złote kłosy, słońce grzało coraz mocniej sprawiając, że chodziło się już tylko w letnich sukienkach i sandałach. Od czasu do czasu nocami zdarzały się burze, a nad ranem można było podziwiać doskonały łuk tęczy. Później sięgało się po baleriny, lekkie sweterki, aż wreszcie wieczorami trzeba było otulać się szalem. Krótkie dni, coraz chłodniejsze, czasem dżdżyste, czasem ciągle jeszcze słoneczne. Liście zmieniające barwy; zielenie przechodziły w czerwienie, żółcie i brązy. Szeleściły pod stopami, zapraszając do zasłuchania się w ten dźwięk. Później ścieżki w parkach pokrywała warstwa jesiennego błota, sięgaliśmy po płaszcze przeciwdeszczowe i kalosze. Pierwszy śnieg to zawsze ogromna frajda; świeże, rześkie powietrze i mróz szczypiący w policzki. Później śnieg powoli topniał, a spod niego nieśmiało wynurzały się pierwsze krokusy i przebiśniegi. Coraz dłuższe i cieplejsze dni sprawiały, że znów miało się ochotę spędzać dni na dworze; rękawiczki i czapki wędrowały na pawlacz, a lekkie sukienki zajmowały ich miejsce.

Tak wszystko toczyło się swoim rytmem; powoli, niestrudzenie. Bez zaskoczeń i niespodzianek.
Dzisiaj jest inaczej. Do wtorku było lato. Owszem, wieczory zaczynają się zdecydowanie zbyt szybko i sprawiają, że człowiek ma ochotę włożyć najgrubszy sweter z szafy, jednak jeszcze w zeszłym tygodniu paradowała w letniej sukience, i to bez rajstop! Słońce, ciepło; no coś cudownego. Nie do pomyślenia na koniec września.
W środę zaczęła się jesień. Nagle zerwał się porywisty wiatr, słońce schowało się za grubą warstwą chmur, z których co chwilę sączyły się gęste krople. Patrząc za okno myślę tylko o tym, że gdy już w końcu dojadę do domu, poproszę C., żebyśmy po raz pierwszy rozpalili w kominku. Zawinę się w ciepły koc i obejrzymy razem film; bo własnie tak najlepiej wykorzystywać jesienne wieczory, prawda...?

Ciągle zaskakuje mnie, że pogoda może się tak bardzo zmienić z dnia na dzień. Tak niespodziewanie, bez ostrzeżenia. 
Cóż, na lato znów przyjdzie czekać nam długie, ciemne miesiące...

Dawno już nic wspólnie nie piekłyśmy. Tym razem dziewczyny zaproponowały wspólne gotowanie z jabłkami; w końcu to najlepszy na nie czas. Nie wahałam się ani chwili; pierwszy raz w tym roku zebrałam jabłka z własnej jabłonki, i byłam z nich niezwykle dumna. Nie mogłam ich wszystkich ot tak, po prostu zjeść. Szarlotka była jedyną opcją.

Przepis na jabłecznik z marcepanem znalazłam u Gosi. Wprost nie mogłam się oprzeć temu połączeniu! Już kiedyś próbowałam jabłek z marcepanem i wiedziałam, że to doskonale zgrany duet. I tym razem się nie zawiodłam.
Mięciutkie, ucierane ciasto mocno pachnące cytryną świetnie współgra z soczystą warstwą miękkich jabłek i marcepanową, delikatną pianką. Nuta cynamonu nadaje ciastu jesiennego charakteru i sprawia, że całość staje się pełnoprawną szarlotką. A może jabłecznikiem...? Chyba nigdy nie rozwikłam tajemnicy nazewnictwa ciast z jabłkami.

Słodkości z jabłkami znajdziecie również u Ani i Mirabelki.

Jabłecznik z marcepanem


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)
  • 200 g miękkiego masła
  • 200 g cukru
  • 3 łyżki soku z cytryny
  • 4 jajka
  • 300 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
warstwa marcepanowa:
  • 1 jajko
  • 2 łyżki cukru
  • 100 g marcepanu
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
dodatkowo:
  • 700 g jabłek
Jabłka obrać, wyciąć gniazda nasienne i pokroić w ósemki.

Masło utrzeć z cukrem i sokiem z cytryny na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu.
Mąkę przesiać z proszkiem, wymieszać. Dodawać partiami do masy maślano-jajecznej, miksując na najniższych obrotach miksera.

Masę przełożyć do formy wysmarowanej masłem, wyrównać. Na wierzchu ułożyć jabłka.

Białko ubić, pod koniec dodając cukier i mąkę.
Marcepan zmiksować z żółtkiem i cynamonem. Partiami dodawać bezę, delikatnie mieszając łyżką.
Masę marcepanową wyłożyć równomiernie na jabłka.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut, pod koniec przykrywając wierzch folią, gdyby ciasto za bardzo się rumieniło.
Ostudzić.

Smacznego!

Jesień jesienią, a żyć trzeba. Jutro mam zamiar upiec w domu swój pierwszy chleb na zakwasie. Bardzo Was proszę: trzymajcie kciuki!

środa, 28 września 2016

Wielki finał i mus jabłkowy. Z czekoladą

Muszę przyznać, że wczorajszy dzień udał się znakomicie. Wstałam za pięć siódma, co w środku tygodnia jest niewiarygodnym wręcz luksusem. W południe spod szkoły odebrał mnie szef, i zabrał na małą wycieczkę do Kopenhagi. Wczoraj bowiem odbył się finał Danmarks bedste brød og kager, czyli jednego z najpopularniejszych duńskich konkursów dla piekarzy i cukierników. Niestety; w tym roku moja piekarnia nie dostała się do finału, ale i tak było na co popatrzeć. I czego spróbować! Tarty, ciasta i kransekage, czyli tradycyjne ciasto na masie marcepanowej w całkiem nowej odsłonie. Wyglądały jak marzenie, a smakowały jeszcze lepiej. Poza tym spotkałam nauczycieli ze starej szkoły i kilku znajomych piekarzy/cukierników, z którymi miło się gawędziło.
Po wszystkim poszliśmy na obiad - ach, jakże miła odmiana od szkolnego jedzenia! 

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o piekarnię znajomego Henryka, gdzie nie tylko mogliśmy porównać inną piekarnię do naszej, ale wyszliśmy z książkami pełnymi przepisów. A jak wiecie, książki kucharskie to to, co Tygryski lubią najbardziej...

Taki początek tygodnia to ja rozumiem!

Przepis dzisiaj będzie prosty. Mamy właśnie środek sezonu na jabłka, szkoda więc by było go nie wykorzystać. Tym razem przepis, do którego inspirację znalazłam na blogu Szczecinianka gotuje. Pomysł mi się spodobał, proporcje już mniej. Chciałam, żeby mój mus był bardziej jabłkowy, a mniej słodki. Zredukowałam więc znacząco ilość cukru i czekolady, dorzuciłam też kardamon, którego aromat i smak pasuje do tej mieszanki znakomicie. Wyszło coś pomiędzy dżemem a kremem; gładkie, intensywnie jabłkowe smarowidło, które sprawdzi się nie tylko na kanapkach, ale też w naleśnikach, a także wyjadane prosto ze słoiczka...
Spróbujcie teraz, kiedy jabłka są najsmaczniejsze.

Mus jabłkowy z białą czekoladą i kardamonem


Składniki:
(na 3 słoiki o pojemności 300-350 ml)
  • 1 kg jabłek
  • 200 ml wody
  • 50 g jasnego cukru trzcinowego
  • 200 g białej czekolady
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu

Jabłka obrać, pokroić na ćwiartki, wyciąć gniazda nasienne. Pokroić w kostkę. Przełożyć do garnka, zalać wodą i gotować pod przykryciem, aż owoce się rozpadną, około 1 godziny.
Miękkie jabłka przestudzić, zmiksować blenderem na gładki mus. Dodać posiekaną czekoladę, cukier, cukier waniliowy i kardamon. Gotować na małej mocy palnika przez kolejne 15-20 minut, aż wszystko się rozpuści i połączy w gładki krem.

Gorący mus przełożyć do wyparzonych słoików, zakręcić. Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!


W tajemnicy się Wam przyznam, że nieśmiało zaczynam myśleć o tym, czy by nie spróbować swoich sił za rok...
Ale do tego jeszcze daleko...

czwartek, 2 czerwca 2016

Piliście kiedyś żółte kiwi...?

Zeszłą sobotę spędziłam na znoszeniu całego mnóstwa kartonów z drugiego piętra, i wnoszeniu na rzeczone piętro małego, puchatego uciekiniera. Gdy tylko Ptysia zobaczyła możliwość prześlizgnięcia się, szybciutko, nisko na łapkach, w zasadzie niemal się czołgając, ruszyła w dół schodów. Nie pomogły prośby, groźby i okrzyki. Poszukiwania C. zostały rozpoczęte, i taki drobiazg jak zdenerwowana ja, nie mógł przecież ich uniemożliwić. Na szczęście w drzwiach wyjściowych wpadła wprost w ramiona C. 
Mały rozbójnik.

Gdy już bezpiecznie zapakowaliśmy wszystkie kartony do wynajętej specjalnie w tym celu przyczepy, a Ptysia wylądowała z powrotem w mieszkaniu, wyruszyliśmy w podróż do naszego nowego domu. Tam już poszło łatwiej, bo do pokonania były raptem cztery stopnie. Niemniej, głośno i wyraźnie zaznaczyłam, że przeprowadzam się ostatni raz w życiu. Ilość rzeczy, które zgromadziliśmy przez te pięć lat, jest niewyobrażalna. W zasadzie nie mam pojęcia, gdzie my to wszystko mieściliśmy... Kartony, które wywieźliśmy, już w poniedziałek zastąpiły nowe. Wypełnione do granic możliwości, czekają na swoją kolej. 
A to jeszcze nie koniec...

Pozytywna strona jest taka, że przynajmniej zaczęliśmy. Teraz to już będzie z górki, prawda...?
Ach! No i dostaliśmy pierwszy klucz. Fioletowy. C. stwierdził, że ten będzie dla mnie. 
Hmm... Zobaczymy, czy zmieni zdanie, jeśli okaże się, że kolejny jest różowy...

Urodzinowy prezent C., czyli wyciskarka, okazał się trafiony w dziesiątkę. Ja sama miałam na nią chrapkę od dawna, jednak troszkę się bałam, czy C. będzie podzielał mój entuzjazm. Okazało się, że jak najbardziej; nie wraca ze sklepu bez siatki wyładowanej owocami do wyciśnięcia. Cieszy mnie to ogromnie, bo takie soki są nie tylko zdrowe, ale przede wszystkim obłędnie pyszne!
Tym razem postawiliśmy na uwielbianego przez C. ananasa i zaskakująco żółte kiwi. W smaku nie ma różnicy, ale dzięki niemu sok ma zabójczo żółty kolor.
Odrobina imbiru do smaku, trochę jabłek - i gotowe. W upały sprawdzi się nawet zamiast deseru - obiecuję!

Sok z ananasa i kiwi z imbirem


Składniki:
(na 1,2 l soku)
  • 1 ananas
  • 800 g kiwi
  • 1-cm kawałek imbiru
  • 1 kg jabłek

Ananasa i kiwi obrać, jabłka pokroić na ćwiartki. Z owoców i imbiru wycisnąć sok przecierowy.
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Pogoda - odpukać! - znów przekonała mnie do wyjęcia z szafy letniej sukienki.
Bajecznie!

poniedziałek, 16 maja 2016

Truskawka i kiwi. Koktajl

Dwa tygodnie absolutnie idealnego lata. Umarłam i trafiłam do raju; nie może być inaczej. Cieszymy się każdą chwilą i wykorzystujemy wszystkie wolne godziny; chodzimy do lasu, jeździmy nad wodę, a nawet nieśmiało zerkamy na meble ogrodowe; a nuż się przydadzą...?

W najpiękniejszą niedzielę, jaką pamiętam, pojechaliśmy nad rzekę. Jest tam taka urocza ścieżka, trochę w lesie, ale niemal cały czas biegnąca nad wodą. Można na niej spotkać nielicznych rowerzystów, biegaczy i innych spacerowiczów; Tak daleko, jak my, zapuszcza się bowiem niewielu. 
Idziemy więc sobie pomalutku (bo zmęczona jestem straszliwie po ciężkim weekendzie w pracy), rozmawiamy o wszystkim i o niczym, a Ptysia radośnie biega wokół nas. 
I tutaj muszę uczynić małą dygresję dla dobra historii.

Moja psa nie znosi wody. Kąpiel to dla niej największa kara za grzechy; nigdy, przenigdy dobrowolnie nie weszła do jakiegokolwiek zbiornika wodnego. Omija kałuże, a na plaży biega przy brzegu i szczeka niecierpliwie. Nie chce nawet spacerować w deszczu; taką ma kocią duszę.
Gdy więc ruszyła pędem do wody, nie zastopowałam smyczy (mamy taką rozwijaną, pięciometrową), bo byłam pewna, że stanie na brzegu. A tu nic z tego! Ptysia wpadła do rzeki z całym impetem, i zatrzymała się tylko dlatego, że smycz się skończyła. A my z C. staliśmy, patrząc na nią, z rozdziawionymi ustami. Psa się chwilę pochlapała, coś tam obwąchała, i cała zadowolona (i mokra; bardzo, bardzo mokra) wróciła na brzeg.

Po chwili ruszyliśmy dalej, oboje w niebotycznym zdumieniu, a Ptysia z dumnie sterczącym ogonem. W końcu C. się odezwał: Uszczypnij mnie. 
Po co? - spytałam racjonalnie, nie widząc powodu do sprawiania mu bólu.
Pogoda jest piękna, kupiliśmy dom, a Tina sama weszła do wody. To przecież musi być sen!

Dzisiaj mam dla Was raczej pomysł niż przepis. Idealny na upały, gdy nie chce się jeść, za to bardzo, bardzo chce się pić. 
Uwielbiam owocowe koktajle. W letnie dni wspaniale zastępują posiłki; tak samo zresztą, jak owocowe zupy. Połączenia kiwi z truskawkami spróbowałam niedawno, gdy z C. weszliśmy do Joe and the juice. Szczerze mówiąc, zaskoczył mnie taki miks. Jakoś nigdy nie pomyślałam, że truskawki z kiwi będą smakować dobrze... A smakują wyśmienicie! Słodycz truskawek przełamana kwaskowatym kiwi - idealny koktajl na ciepły dzień. No i ten obłędny kolor, któremu wprost nie można się oprzeć!
Skusicie się...?

Koktajl truskawkowy z kiwi


Składniki:
(na 2 l napoju)
  • 900 g truskawek
  • 1 kg kiwi
  • 1,5 kg jabłek

Kiwi obrać, z truskawek odciąć szypułki. Zmiksować blenderem na gładko.
Z jabłek wycisnąć sok (przecierowy), wymieszać z musem owocowym. Schłodzić przed podaniem.

Smacznego!

Porcja jest słuszna. Teoretycznie
Praktycznie znika w ciągu dwóch dni, więc naprawdę, nawet nie zawracajcie sobie głów mniejszą ilością.

środa, 4 maja 2016

Sukienki tylko dla par i pijany dżem truskawkowy

W niedzielę byliśmy na konfirmacji. To taka duńska wersja Pierwszej Komunii Świętej, gdzie największą różnicą jest fakt, że podchodzą do niej dzieci starsze, czternasto-, piętnastoletnie. Moim zdaniem to ma sens; przynajmniej wiedzą, o co chodzi, a nie myślą tylko o białych sukienkach i fantastycznych prezentach, na które bliższa rodzina zbiera miesiącami. 
Ale ja nie o tym chciałam.

Na konfirmację trzeba się było odpowiednio ubrać. Były więc zakupy i mierzenie sukienek wyciągniętych z szafy. Moja ulubiona, czarna, się nie nadaje, bo noszę ją na wszelkie mniejsze uroczystości (a czasem nawet bez okazji). Wiśniową miałam na osiemdziesiątych urodzinach Babci C., a tą z dekoltem w fale na weselu jego siostry. W końcu zdecydowałam się na niemal klasyczną małą czarną, która nie jest czarna, tylko popielata, i zdobią ją wyjątkowo gustowne koronki. Przy mierzeniu pomagał mi C.; nie mam pojęcia, dlaczego odpinanie zamka na moich plecach sprawia mu taką frajdę.

Gdy ja szykowałam się do wyjścia, C. wielkodusznie zaproponował, że wyjdzie z psem. Nie było go i nie było; a ja próbowałam się ubrać. Wykonywałam przeróżne kombinacje, gimnastykę godną Chodakowskiej - i nic nie osiągnęłam, poza bólem w wykręconym nadgarstku. C. na szczęście pojawił się, zanim zaczęłam płakać, i uratował mój strój i humor, po prostu zapinając zamek.

A co ma zrobić kobieta, która mieszka sama...? C. stwierdził, że powinna poprosić o pomoc sąsiada; całkiem niezły sposób na rozpoczęcie znajomości. Tylko co, jeśli żaden się do tego typu spraw nie nadaje...? Nie wiem, naprawdę nie wiem. 
Wiem za to, że to kolejna rzecz, z którą bym sobie bez C. nie poradziła.

Tak sobie pomyślałam, że pokażę Wam dzisiaj dżem. Przygotowałam go w upalny lipcowy dzień (co było nie lada poświęceniem) z najlepszych, polskich truskawek. Truskawkowy klasyk wzbogaciłam o dodatek różowego wina; oczywiście alkohol wyparuje, ale pozostawi naprawdę pyszny, nieoczywisty smaczek. Dżem ten szybko zyskał rangę ulubionego w rankingu mojej wybrednej Siostry, spróbujcie więc koniecznie!

Dżem truskawkowo-jabłkowy z różowym winem


Składniki:
(na 4,5 słoiczka)
  • 2 kg truskawek
  • 2 jabłka
  • sok z 1 cytryny
  • 700 g cukru
  • 400 ml słodkiego różowego wina

Truskawki odszypułkować, jabłka obrać i pokroić w drobną kostkę. Owoce włożyć do garnka, dodać cukier, sok z cytryny i wino.
Gotować na małym ogniu kilka godzin, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji.
Gorący dżem przełożyć do słoiczków, zamknąć, ustawić do góry dnem aż ostygnie.
Ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!

Ostatnio wpis o sukienkach tylko dla par czytałam również u Limonki. To dowód na to, że to nie mój wyimaginowany kłopot, ale prawdziwy problem przynajmniej dwóch kobiet. 

czwartek, 14 stycznia 2016

Proste ciasto kokosowe. Z jabłkami i żurawiną

Ewidentnie brakuje mi energii. Ostatnio pisząc z Tatą, musiałam się bardzo mocno wysilić, żeby w połowie konwersacji głowa nie opadła mi na klawiaturę. Przeglądanie przepisów na ulubionych blogach to jedno z moich ulubionych zajęć w czasie wolnym; aktualnie dziesięć stron to maksimum. Później oczy zaczynają mi się kleić, literki robią się coraz mniejsze i nawet najapetyczniejszy sernik nie jest w stanie mnie pobudzić. Na czytanie książek staram się przeznaczać minimum pół godziny dziennie, plus nieco ponad godzina słuchania audiobooka w aucie. Mimo szczerych chęci, nie potrafię się skupić na tekście i następnego dnia nie pamiętam nic z tego, co przeczytałam. Trzeba zaczynać od początku... Na szczęście powieści z radia dają radę.

Za obecny stan rzeczy winię pogodę i pracę. Tą pierwszą z oczywistych względów: na zmianę deszcz ze śniegiem, plucha, a jednocześnie lód na drogach. Szaro, buro i ponuro. I choć dzień jest już dłuższy od tego najkrótszego w roku o niemal godzinę, świat nadal spowijają ciemności przez większość doby. Absolutny brak motywacji do jakichkolwiek działań.
Praca to zupełnie inna sprawa. Uwielbiam tam jeździć, spędzać dni na temperowaniu czekolady, robieniu ciast z kremem i - ostatnio - festelavnsboller (czyli bułeczek z ciasta duńskiego z kremem i bitą śmietaną, pieczonych właśnie w okresie karnawału). Nawet wałkowanie metrów kruchego ciasta nie sprawia mi już problemów. Ale przez te dziewięć-dziesięć godzin tak się wyeksploatuję, że w domu nie mam ochoty na nic innego niż ułożenie się na kanapie i wpatrywanie w sufit. I wiem, że muszę się wziąć za siebie, bo tak się przecież żyć nie da, ale... Czekam na jakiś znak. (Bo przecież nie napiszę, że się poddałam...)

W takich chwilach jedynym, na co jeszcze jestem w stanie wykrzesać z siebie chęci, jest ciasto muffinkowe. Suche składniki do jednej miski, mokre do drugiej, wymieszać, upiec i gotowe. Nie trzeba przy tym nawet myśleć! Tym razem upiekłam więc ciasto na jogurcie greckim, który ostatnio ciągle mam w lodówce (a C. się zastanawia, co ja z nim właściwie robię...), dodałam wiórków kokosowych i kokosowego cukru. Dzięki niemu ciasto ma cudownie karmelowy kolor i smak. Na wierzchu wylądowały jabłka i żurawiny, bo taki miałam kaprys. Okazało się, że całość smakuje wybornie. Ciasto jest dość ciężkie, konkretne, a jednocześnie puszyste. Wyborne z kwaskowatymi żurawinami.

Ciasto kokosowe z jabłkami i żurawiną


Składniki:
(na formę o średnicy 20 cm)
  • 225 g jogurtu greckiego
  • 3 jajka
  • 100 ml oleju
  • 250 g mąki pszennej
  • 110 g cukru kokosowego
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 30 g wiórków kokosowych
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

dodatkowo:
  • 2 jabłka
  • 100 g świeżej żurawiny

Mąkę przesiać z proszkiem i sodą, wymieszać z cukrem i wiórkami kokosowymi.
Jajka roztrzepać, wymieszać z jogurtem, olejem i ekstraktem. Mokre składniki wlać do suchych, wymieszać tylko do ich połączenia.
Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Jabłka obrać, pokroić na ćwiartki, naciąć wierzch w kratkę. Ułożyć jabłka na cieście, pomiędzy nimi wcisnąć żurawinę.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Smacznego!

Jeśli nie macie cukru kokosowego, możecie zastąpić go ciemnym muscovado lub po prostu zwykłym, białym. Ale przy tym ostatnim wypiek straci swój kolor i posmak karmelu.

niedziela, 13 grudnia 2015

Zamiast barszczu

Lubicie barszcz?
Nie pytam, czy jecie, bo to rozumie się samo przez się. Każdy przecież musi spróbować barszczu w Wigilię; przynajmniej w moich stronach. Wiem, że na południu jada się zupę grzybową lub rybną, albo jeszcze jakieś inne cuda... Ale na naszym stole, odkąd pamiętam, dwudziestego czwartego grudnia, zawsze stawał barszcz. Babcia robiła marynarski, lekko ostry; Mama troszkę oszukuje i nie nastawia zakwasu, ale barszczyk i tak smakuje wybornie. 

Szczerze mówiąc, ja przechodziłam różne etapy. Bywało, że sama wypijałam pół dzbanka; rok później brałam zaledwie dwa łyki. O co chodziło...? Nie mam pojęcia. Po prostu czasem miałam na niego ochotę, a czasem nie...
Teraz już się za barszczem stęskniłam. Od kilku lat spędzam Święta w Danii, a tu się barszczu nie jada... Już więc sobie wyobrażam jego smak i zapach, i aż mnie ciarki z podniecenia przechodzą. Mmm...

Jakoś nigdy nie pomyślałam o tym, żeby sobie samej barszcz ugotować. No nie wiem dlaczego... Ale z pewnością i do tego kiedyś dojrzeję. Póki co, gdy nachodzi mnie ochota na krwistoczerwoną zupę, sięgam po buraczkowe kremy. Eksperymentów było już kilka, ostatni zaliczam do jak najbardziej udanych. 
Przepis znalazłam na blogu Pod zielonym niebem, i od razu mi się spodobał. Dodatek jabłka jest wręcz tradycyjny; owoc ten doskonale łagodzi nieco ostry smak buraczków. Ale kasza jaglana...? Tego jeszcze nie próbowałam. Efekt był taki, jak się spodziewałam: zupa wyszła cudownie gęsta i sycąca, raczej łagodna, pyszna. No i ten kolor! Coś pięknego.

Dla tych, którzy postanowili w tym roku nie iść w kierunku tradycji, idealnie nada się na świąteczny stół. Dla tych, którzy sobie Wigilii bez barszczu nie wyobrażają, proponuję spróbować w każdy inny dzień roku. Nie rozczarujecie się!

Krem buraczkowo-jabłkowy z kaszą jaglaną


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 600 g buraczków
  • 2 marchewki
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżka oliwy
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka suszonego majeranku
  • sól
  • pieprz
  • 50 g kaszy jaglanej
  • 550 ml wody
  • 350 ml soku jabłkowego

dodatkowo:
  • 1 jabłko

Buraczki obrać, pokroić w ćwiartki, marchewki obrać, przekroić wzdłuż na pół.
Na balsze położyć duży arkusz folii aluminiowej. Ułożyć buraczki, marchewki i lekko zmiażdżone ząbki czosnku, polać oliwą, posypać solą i majerankiem. Zawinąć szczelnie w folię.

Piec w 180 st. C. przez 1,5 godziny.

W tym czasie kaszę zalać 350 ml wody, zagotować. Gotować pod przykryciem, aż kasza wchłonie całą wodę. Zmiksować blenderem na gładką masę.
Upieczone buraczki, marchewkę i wyłuskany czosnek dodać do kaszy. Zalać sokiem i pozostałą wodą, zmiskować na gładki krem. Doprawić do smaku solą i pieprzem.

Jabłko pokroić na plastry grubości 3-4 mm. Podsmażyć z obu stron na patelni grillowej, aż lekko zmiękną, ale nie będą się rozpadać.

Przed podaniem zupę podgrzać. Podawać z grillowanymi plastrami jabłek.

Smacznego!


Coraz bardziej udziela mi się świąteczna atmosfera. Dom już udekorowany, nawet choinka dumnie pręży się przy stole. Pachnie cynamonem, piernikiem i mandarynkami. 
Jak ja lubię ten czas!

niedziela, 29 listopada 2015

Skandynawski biszkopt z jabłkami

Tej jesieni zapomniałam o szarlotkach. Nie wiem, jak to się stało. We wrześniu ciągle jeszcze żyłam letnimi owocami: jeżynami, malinami, morelami. Później na ambicję weszły mi śliwki; tak mało z nimi piekę, że postanowiłam to zmienić i wykorzystać sezon, jak tylko się da. Sięgałam też po gruszki i egzotyczne granaty, aż wreszcie nagle obezwładnił mnie zapach cynamonu, więc przygotowałam przyprawę do piernika i zaczęłam planować, jakie ciasteczka upiekę do świątecznych puszek...
Jabłka jadam niemal codziennie, bo po prostu bardzo je lubię, a właśnie jesienią są najsmaczniejsze. Ale żeby zagnieść ciasto na szarlotkę i wykorzystać kilka sztuk w ten sposób, jakoś nie przyszło mi do głowy. Gdy więc Ania podrzuciła przepis na ciasto z jabłkami, poczuwszy wyrzuty sumienia, zabrałam się do działania.

Tutaj chciałabym pozwolić sobie na małą dygresję. Ostatnie posty były krótkie i konkretne, więc mała odmiana nikomu nie zaszkodzi (a już z pewnością nie mi, bo pomysły na posty kłębią się w mojej głowie niczym chmury na jesiennym niebie, tylko czasu, aby je spisać, brakuje).
W każdym razie: przepis pochodzi z książki Trine Hahnemann Scandinavian baking. Loving baking at home, która bardzo, ale to bardzo mi się podoba. Gdy więc kilka dni temu zaczęłam szukać promocji na Amazonie (słynny Black Friday mnie nie ominął), z niemal rozpaczą zauważyłam, że cena tej pozycji znacząco przekracza limit, który sobie postawiłam (nie kupię nic, co będzie kosztowało więcej niż pięć funtów!). Oczywiście, postanowienie delikatnie nagięłam dla Nigelli za sześć i nieco mocniej dla herbaty matcha w intensywnie zielonym kolorze (nie napiszę, za ile...). No ale... Black Friday jest tylko raz w roku, prawda...?
Cóż, mój portfel (i C.) pewnie się cieszą...

Wracając do ciasta: wyszło bardzo dobre. Szczerze mówiąc, nie powaliło mnie na kolana (ale o książce nadal marzę), bo to w końcu tylko biszkopt ze śmietaną, ale jabłka nadały mu wilgoci, a wierzch z chrupiącymi orzechami naprawdę przypadł mi do gustu. Nie miałam w domu alkoholu sugerowanego w przepisie, więc użyłam starego, dobrego rumu. Pasuje; pamiętajcie tylko, by nasączyć blaty równomiernie; mi trafił się naprawdę mocno rumowy gryz...

Ciasto polecam fanom biszkoptów i tym, którym potrzebne jest bezpieczne ciasto, które wszystkim będzie smakować. Nie zawiedziecie się.
Poza tym wpisuje się w kanon modnych ostatnio naked cake; jeśli więc podążacie za trendami, upieczcie koniecznie!

Jesienny biszkopt z jabłkami i orzechami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 125 g cukru
  • 100 g mąki pszennej
  • 25 g mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 15 g płatków z orzechów laskowych

nasączenie:
  • 90 ml ciemnego rumu

krem:
  • 300 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g jabłek
  • 100 g płatków z orzechów laskowych

dodatkowo:
  • 2 łyżki cukru pudru

Mąki przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia.
Białka ubić na sztywną pianę, pod koniec partiami dodając cukier. Wbić po kolei żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu partiami dodawać mąkę, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć ciasto, wyrównać powierzchnię. Posypać płatkami orzechowymi.

Piec w 160 st. C. przez 45 minut.
Wystudzić w piekarniku.
Odstawić na noc.

Następnego dnia ciasto przeciąć w poziomie na 3 blaty.

Jabłka obrać, zetrzeć na tarce o dużych oczkach, lekko odcisnąć.
Kremówkę ubić na sztywno. Wymieszać z jabłkami i orzechami.

Na paterze ułożyć spodni blat ciasta, nasączyć połową rumu, wyłożyć połowę kremu. Przykryć drugim blatem, nasączyć pozostałym rumem, wyłożyć resztę kremu. Przykryć ostatni blatem (z orzechami). Wyrównać brzegi ciasta.

Schłodzić w lodówce 30-60 minut.
Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!


Przepis dodaję do skandynawskiej akcji Mopsika. Mam przygotowany jeszcze jeden, ale nie jestem pewna, czy zdążę go jutro opublikować...
Na liście zakupów znalazł się ulubiony składnik Duńczyków. Zgadniecie jaki...?

Kuchnia skandynawska 2015

czwartek, 22 października 2015

Rozgrzewający krem curry

Zimno.
Rtęć w termometrze nie ponosi się już powyżej dziesięciu kresek, i chyba jakoś podświadomie uznałam to za znak zbliżającej się nieubłaganie zimy. Owijam się w swetry i szale, piję gorącą herbatę i staram się nie myśleć o tym, że odmrożone palce mogą po prostu odpaść. Wychodzę z Ptysią na spacer; idziemy do parku i nagle przenoszę się w zupełnie inny, piękny świat. Liście w odcieniach złota, żółci, czerwieni i głębokiego brązu powoli spadają z drzew, tańcząc na wietrze. Ich szum pod stopami przypomina mi dzieciństwo, gdy z radością wbiegałam w kopczyki liści i rozsypywałam je na boki. Na ulicy szurałam nogami (co do szału doprowadzało Babcię), żeby tylko usłyszeć ten cudowny szelest. 
Teraz za szuranie nikt już nie daje mi bury...

Z uśmiechem obserwuję moją psę, która zanurza nos między liście, fuka i śmiesznie podskakuje. Ona też lubi jesień. Choć spacery są coraz krótsze; chyba nawet ona, mimo coraz dłuższego futra, jednak marznie...

W domu czekają na nas smakołyki - na Tinę jej ulubione psie ciasteczka, na mnie - rozgrzewająca, lekko ostra zupa. Przepis znalazłam na blogu Something ordinary, i od razu oczarował mnie kolorem. Gdy zagłębiłam się w recepturę stwierdziłam, że będzie idealny na te chłodne popołudnia, gdy człowiek po powrocie do domu marzy tylko o tym, żeby rozgrzać przemarznięte wnętrze. A czym innym, jak nie zupą...? Ta ma w swoim składzie chilli (możecie dodać papryczkę razem z pestkami, jeśli lubicie ostre dania, lub pesteczki usunąć, aby uzyskać nieco łagodniejszą wersję) i pastę curry, które łagodzi mleczko kokosowe. Smak papryki przełamany jest kwaśną limonką i aromatycznymi przyprawami. Zupa podana z makaronem ryżowym syci na długo; drugie danie jest zupełnie zbędne.
Jeśli więc jesteście takimi zmarzluchami jak ja, koniecznie musicie wpisać ten krem do Waszego jesiennego menu.

Tajski krem curry


Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 7 strąków czerwonej papryki
  • 1 łyżka oleju
  • 2 łyżeczki czerwonej pasty curry
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 1 łyżeczka mielonej słodkiej papryki
  • 2 liście kafiru
  • 1/3 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
  • 1 cebula
  • 1 jabłko
  • 1 papryczka chilli
  • 700 ml wody
  • 400 ml mleka kokosowego (1 puszka)
  • sok z 1/2 limonki
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • sól

dodatkowo:
  • 250 g makaronu ryżowego
  • 1 papryczka chilli
  • pęczek kolendry

Papryki ułożyć na blasze.

Piec w 200 st. C. przez 30-40 minut, aż skórka zrobi się czarna.

Przełożyć papryki do miski, dokładnie zawinąć folią spożywczą i odstawić na 10-15 minut. Po tym czasie obrać papryki ze skórki i wyjąć pestki.

Cebulę pokroić w kostkę. Jabłko obrać, wyciąć gniazdo nasienne, pokroić na mniejsze kawałki. Papryczkę posiekać.
Na oleju rozgrzać pastę curry, kurkumę, mieloną paprykę i ziele angielskie. Dodać liście kafiru. Podgrzewać, aż przyprawy zaczną intensywnie pachnieć. Dodać cebulę, podsmażyć. Dodać jabłko i posiekane chilli, smażyć jeszcze 2 minuty. Dodać upieczone papryki. 
Całość zalać wodą, gotować 10-15 minut, aż jabłka będą miękkie.

Zdjąć zupę z palnika, wyjąć listki kafiru. Zupę zmiksować blenderem na gładki krem. Dodać mleko kokosowe, sok z limonki i sos sojowy, wymieszać. Doprawić do smaku solą.

Makaron ryżowy przygotować według opisu na opakowaniu.

Zupę przed podaniem podgrzać (ale nie gotować). Podawać z makaronem ryżowym, pokrojonym w plasterki chilli i kolendrą.

Smacznego!

A jakie są Wasze ulubione jesienne rozgrzewacze...?