sobota, 28 lutego 2015

Creme brulee w nowej odsłonie

Dzisiaj odetchnęłam pełną piersią. Spałam niemal do południa - w końcu wynagrodziłam sobie tydzień wstawania przed świtem. Ktoś powie - strata czasu, wrodzone lenistwo; ja mówię - zasłużyłam. Skoro w tygodniu mam jeden jedyny wolny dzień, mam prawo z nim zrobić, co mi się tylko podoba. Nawet przespać cały. Choć to akurat byłaby prawdziwa strata - pogoda bowiem zaskoczyła nas pozytywnie szalonym niemal słońcem. Siłą wdarło mi się pod powieki, zmuszając do wychynięcia spod kołdry, w którą tak pracowicie się zawinęłam. Z uśmiechem od ucha do ucha zjadłam musli, żeby szybko się ubrać i wyjść z Ptysią na spacer. W parku natknęłam się na pierwsze przebiśniegi, na których widok miałam ochotę niemal krzyczeć z radości. Bo skoro nawet one postanowiły pokazać światu swoje białe główki, to musi znaczyć, że wiosna jest tuż, tuż. Nawet wiatr, choć silny i chłodny, pachnie już jakoś inaczej. Jeszcze trochę i na długie miesiące schowam głęboko do szafy mój czerwony, zimowy płaszcz. 
I jak tu nie być szczęśliwym...?

W środę mieliśmy z C. rocznicę (jeszcze jesteśmy na tym etapie, że obchodzimy każdą). W tym jakże radosnym dniu było nam dane spędzić razem półtorej godziny, zgodnie więc stwierdziliśmy, że świętowanie należy przełożyć. Na piątek na przykład, kiedy ja skończę praktyki, a on będzie miał wolne. Tym sposobem wybraliśmy się do Vejle na spacer, a przy okazji małe zakupy (dorobiłam się termicznego, pękatego dzbanka w kolorze zielonego jabłuszka - piękny jest!); wieczorem wróciliśmy do domu, zjedliśmy pyszny obiad i oglądając niemal już ostatnie odcinki naszego ostatnio ulubionego serialu, zajadaliśmy się absolutnie bajecznym creme brulee.

Uwielbiam ten deser. Za jego jedwabistą konsystencję i tę cudowną, chrupiącą skorupkę. Takie proste, a jednak wykwintne, a wręcz oszałamiające połączenie. Zawsze zrobi wrażenie, idealnie więc nadaje się na romantyczną kolację (miałam plan przygotować go na Walentynki, ale wiadomo - było, jak było). Tym razem postanowiłam go nieco urozmaicić - padło na mus żurawinowy. Gdy tylko zobaczyłam to połączenie na blogu Zucchini blues wiedziałam, że muszę je wypróbować. Wszystkie składniki, za którymi przepadam, połączone w jeden wyśmienity deser. Żurawina z imbirem komponuje się wybornie - całość jednak przetarłam przez sitko, żeby skórki żurawiny i imbirowe włókienka nie przeszkadzały w delektowaniu się tymi aksamitnymi pysznościami. Zmniejszyłam też ilość cukru - słodki krem rewelacyjnie kontrastuje z kwaskowatym musem. Skorupka z rozpuszczonej białej czekolady jest pyszna, jednak wolę wersję standardową, czyli z przypalonym cukrem. Ale tę decyzję pozostawiam Wam - bo że się skusicie na ten deser, nie mam najmniejszych wątpliwości.

Creme brulee z białą czekoladą i żurawiną

Składniki:
(na 8 porcji)

mus żurawinowy:
  • 300 g świeżej lub mrożonej żurawiny
  • 100 g cukru
  • 3cm kawałek imbiru

creme brulee:
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g serka mascarpone
  • 4 żółtka
  • 120 g białej czekolady
  • 50 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

dodatkowo:
  • 100 g białej czekolady

Żurawinę włożyć do garnka, dodać cukier i imbir. Zagotować, zmniejszyć ogień i dusić pod przykryciem, aż żurawina popęka. Lekko odparować, przetrzeć przez sitko, przestudzić.

Czekoladę drobno posiekać. Kremówkę zagotować, zdjąć z palnika i dodać czekoladę. Wymieszać aż do jej rozpuszczenia.
Żółtka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Wąskim strumieniem wlać ciepłą kremówkę, cały czas miksując. Dodać mascarpone i ekstrakt, połączyć.

Na dno kokilek równomiernie wyłożyć mus żurawinowy, zalać kremem.
Kokilki ustawić w większej blaszce, najlepiej na ściereczce (nie będą się ruszać przy przenoszeniu). Zalać wrzącą wodą do mniej więcej połowy wysokości kokilek. 

Piec w 140 st. C. przez 40-50 minut, aż krem się zetnie.
Wystudzić w uchylonym piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce, najlepiej przez noc.

Pozostałą czekoladę posiekać, rozpuścić. Polać nią wierzch deserów, delikatnie przypalić palnikiem do creme brulee.
Podawać natychmiast.

Smacznego!

A już jutro pierwszy marca - pora zacząć myśleć nad nieco bardziej wiosennymi, może nawet już wielkanocnymi, daniami...

35 komentarzy:

  1. Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy ,pyszny deser i te przebiśniegi ,już ich chyba nie zobaczę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka dni temu kiedy szłam do sklepu miałam dokładnie takie same odczucia:). Słonko świeciło pięknie, a ja prawie podskakiwałam z radości na widok każdego przebiśniegu, bazi, czy pączka na krzaczku. Jak to nie wiele człowiekowi potrzeba do szczęścia:).

      Deser wygląda smakowicie, jaka szkoda, że mam zakaz jedzenia jajek na co najmniej 3 miesiące:(.

      Usuń
  2. Rewelacyjny deser:) Idealny do świętowania:)

    OdpowiedzUsuń
  3. wstyd się przyznac ale nigdy nie jadłam creme brulee a muszę przyznać że deser wygląda bajecznie, hm szkoda że nie mam palnika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można wstawić krem posypany cukrem pod grill w piekarniku - jeśli masz dobry. Albo po prostu polać cieniutką warstewką gotowego karmelu - ja tak robiłam, zanim się palnika dorobiłam :)

      Usuń
  4. Deser godny każdej rocznicy :) idealny ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pycha!!! A z sosem żurawinowym musi być naprawdę rewelacyjny!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Zapisałam sobie w notatniku. Przepyszny deser.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wszystkiego naj naj z okazji rocznicy :-) taki krem musi być pyszny, powiem szczerze, że nigdy go nie robiłam :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. To musi być smaczne. Ciekawe połączenie z żurawiną. Ps. W Londynie też już widać pierwsze oznaki nadchodzącej wiosny :D

    OdpowiedzUsuń
  9. A ja go nigdy nie robiłam, jej:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Świetne połączenie:) Też widziałam już przebiśniegi:))))

    OdpowiedzUsuń
  11. O jaaaaa! Pójdziesz do piekła za kuszenie! :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Wow, super pomysł na creme brulee. Żurawina, biała czekolada.. pyszności.

    OdpowiedzUsuń
  13. W takiej odsłonie crème też bym chętnie zjadła, choć jeśli chodzi o ten deser to jestem tradycjonalistką:))

    OdpowiedzUsuń
  14. Bardzo ciekawy przepis :) chętnie go wypróbuję , bo creme brulee uwielbiam :) Co do wielkanocnych przepisów zapraszam Cię do marcowej listy na zakwasie i na drożdżach, poizdrawiam M.

    OdpowiedzUsuń
  15. ja się kuszę na niego jakieś 2 lata i jeszcze się nie skusiłam ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Wyższa szkoła jazdy takie Creme Brulee- w sam raz na specjalną okazję:)

    OdpowiedzUsuń
  17. Dzisiaj też długo pospałam i aż miałam wyrzuty sumienia, że tak długo śpię :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Bardzo przyjemne połaczenie. Lubię żurawinę bardzo :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Świetny deser, sama jeszcze nie robiłam, ale bardzo go lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Idealny deser na świętowanie rocznicy! Najlepszego dla Was!

    OdpowiedzUsuń
  21. Musi smakować obłędnie :)
    Super blog i piękne zdjęcia! :)))

    OdpowiedzUsuń
  22. Jadłam w swoim życiu dwa razy piewszy super drugi już nie teraz trzecie podejście wg przepisu sama zrobię. Zapisane ;-)

    OdpowiedzUsuń
  23. Ale super !! w wolnej chwili zapraszam na mojego bloga : http://slodkamuffinka16.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  24. Wstyd się przyznać, ale nie miałam jeszcze okazji jeść creme brulee .... ciągle obiecuję sobie, ze kupię do niego naczynka i jakoś inne wydatki są ... ale kiedyś w końcu trzeba:)

    OdpowiedzUsuń
  25. Pyszności, uwielbiam creme brulee :D

    OdpowiedzUsuń
  26. Wiosna już nawet przyleciała na z krzykiem żurawi i na skrzydłach bocianów, widziałam na własne oczy wracając z nart w Austrii. U mnie hiacynty śmiało wystrzeliły listkami ku słońcu. Obudzona, ale jeszcze przyczajona, ale to na pewno wiosna!
    Krem niezwykle bogaty w składniki , bomba smakowa ,ale i kaloryczna, jednak od czasu do czasu trzeba koniecznie zrobić.

    OdpowiedzUsuń
  27. Fajnie wygląda. Lubię jeść, ale nie szaleję za jego przygotowaniem.

    OdpowiedzUsuń
  28. Żurawina i biała czekolada to zawsze niezawodne połączenie, ale bardziej interesuje mnie dodatek mascarpone do creme brulee. Bardzo ciekawy pomysł.

    OdpowiedzUsuń