piątek, 30 października 2015

Dyniowe kluseczki

Uff... Dwa pierwsze dni praktyk za mną. Oczywiście, niepotrzebnie się tak stresowałam, bo wszyscy są naprawdę mili, i jakoś daję sobie radę. Na czym polega moja praca, póki co? W czwartek ulepiłam dwadzieścia cztery marcepanowe marchewki, zrobiłam krem serowo-maślany i obłożyłam nim całe mnóstwo marchewkowych ciast, a przez resztę dnia maczałam różne rzeczy w czekoladzie. Sami powiedzcie - czy może być jakakolwiek lepsza praca...? Bo mi nic do głowy nie przychodzi.
Dzisiaj lepiłam marcepanowe dyńki (dwieście dwadzieścia pięć sztuk tym razem), robiłam bułeczki z czekoladą, croissanty i ciasteczka korzenne, dekorowałam ciastka z bitą śmietaną i wałkowałam marcepan (kilkadziesiąt kilo; nie ręcznie, nie martwcie się).
Kolejny udany dzień zaliczony; przede mną wolny weekend na odsapnięcie i mentalne przygotowania do wstawania między pierwszą a czwartą rano w przyszłym tygodniu. Cóż, nie ma ideałów...

W każdym razie czuję, że spełniam marzenie, i jest mi z tym niewypowiedzianie dobrze (choć stopy bolą mnie niesamowicie). Pierwszy raz mam w życiu pracę, w której świetnie się bawię - naprawdę wyjątkowo miłe uczucie. Mam nadzieję, że całe praktyki będą właśnie tak wyglądały.

A dziś mam dla Was jeszcze jeden przepis z dynią na festiwal u Bei. Nie martwcie się - dynia jeszcze u mnie będzie; po prostu zostałam pochłonięta przez rzeczywistość i moje wirtualne życie jest nieco z tyłu w tej chwili.

Wracając do meritum: przepis znalazłam na blogu Kolorowa kuchnia Magdy, i od razu bardzo mi się spodobał. Dawno już nie jadłam żadnych kluseczek, a skoro sezon na dynię, nie mogłam przepuścić takiej okazji. Co prawda musiałam dodać nieco więcej mąki, ale to już zależy od puree, jakiego użyjecie. Przed użyciem należy dobrze je odcisnąć, żeby nie dodawać zbyt dużo mąki, bo kluski mogą wyjść gumowate.
Swoje podałam podsmażone na maśle - takie właśnie lubimy najbardziej. Chrupiące z zewnątrz, delikatne i mięciutkie w środku. Do tego odrobina masła i chrupiące listki szałwii - niebo na talerzu. A całość robi się prosto i w miarę szybko; można też kluseczki przygotować wcześniej, ugotować i później tylko odsmażyć - trzy minuty roboty, a obiad jak marzenie.
Polecam Wam ogromnie!

Dyniowe kluseczki przygotowały dzisiaj również Mirabelka, Mopsik i Zuzia oraz Martą.

Dyniowe gnocchi


Składniki:
(na 35-40 sztuk)
  • 200 g dyniowego puree
  • 250 g ziemniaków
  • 75-150 g mąki pszennej
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 75 g serka kremowego
  • 1 jajko
  • sól
  • pieprz
dodatkowo:
  • 50 g masła
  • 15 listków świeżej szałwii
Ziemniaki obrać, ugotować, odcedzić, całkowicie ostudzić. Rozgnieść na puree, wymieszać z dynią i serkiem. Dodać jajko i przyprawy, wymieszać. Wsypać mąkę ziemniaczaną i powoli dosypywać mąkę pszenną, aż ciasto da się formować.
Z ciasta lepić kulki wielkości orzecha włoskiego. Każdą przycisnąć widelce, odbijając wzorek.

Gotować w osolonym wrzątku, aż wypłyną.

Masło rozpuścić, dodać listki szałwii i smażyć, aż staną się chrupkie.

Gniocchi podawać ugotowane lub odsmażone na maśla, polane masłem, z chrupiącymi listkami szałwii.

Smacznego!


A ja tymczasem zabieram się za pieczenie (tak, tak, ciągle mi mało...) halloweenowego, potwornego ciasta na jutrzejszy wieczór.

czwartek, 29 października 2015

Brownie z dynią. I sernikiem

Denerwowanie się wszystkim i zawsze mam w genach (nie powiem po kim, bo Mamunia się jeszcze obrazi). Obojętnie, czy nadchodzące wydarzenie jest związane z, choćby i wyimaginowanym, niebezpieczeństwem (egzamin), czy też nie można na nie patrzeć inaczej niż pozytywnie (otrzymanie nagrody), zawsze mocno to przeżywam. Staram się nad tym panować, ćwiczę głębokie wdechy, staram się zająć czym innym - a i tak w brzuchu mi jeździ. Po tysiąckroć wyobrażam sobie, jak to będzie, co zrobię ja, jak zachowają się inni; nie potrafię przestać o tym myśleć. Jeśli nie jesteście tego typu ludźmi, szczerze Wam zazdroszczę. Z pewnością nie macie jeszcze siwych włosów...

W każdym razie, aktualnie jestem w stanie nerwicy permanentnej. Długo wyczekiwane i wyidealizowane do granic możliwości praktyki spędzają mi sen z powiek. Zastanawiam się, czy dam sobie radę, i czy już po kilku godzinach nie wyrzucą mnie za drzwi. Uch... Nie jest lekko, naprawdę.
W tym miejscu chciałabym też podziękować za wszystkie przejawy wsparcia - dobre słowa wiele dla mnie znaczą. Choć nadal stresuję się niesamowicie, dobrze jest wiedzieć, że są ludzie, którzy wierzą we mnie bardziej niż ja sama.

Jak ogólnie wiadomo, na wszelkie stany lękowe, znerwicowanie czy depresję, najlepsza jest czekolada. Duuużo czekolady... Najlepiej w formie kremowego, rozpływającego się w ustach brownie...
Właśnie takie cudo mam dla Was dzisiaj (dla siebie zresztą też, a co! Należy mi się). Przepis znalazłam u Averie zupełnie przypadkiem, i od razu zakochałam się w niezwykle apetycznych zdjęciach. Nie czekałam długo z jego przygotowaniem - w końcu sezon i na dynie, i na czekoladę w pełni.
Dyniowo-korzenny sernik zamknięty między warstwami mięciutkiego, kleistego ciasta, a całość przykryta grubą warstwą rozpływającej się na języku polewy czekoladowej. Czy muszę pisać coś więcej...? Ślinka cieknie na samo wyobrażenie.

Nie czekajcie więc na smutniejsze czy bardziej deszczowe chwile, sprawcie sobie przyjemność już teraz!

Warstwowe dyniowe sernikobrownie

Składniki:
(na formę 20x20 cm)

brownie:
  • 115 g masła
  • 165 g ciemnej czekolady (70%)
  • 2 jajka
  • 125 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżka mocnej, ostudzonej kawy
  • 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej (proszek)
  • 120 g mąki pszennej
masa serowa:
  • 1 jajko
  • 400 g serka kremowego
  • 200 g puree z dyni
  • 60 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonego kardamonu
  • 1/4 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
  • 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 30 g mąki pszennej
polewa:
  • 200 g ciemnej czekolady (70%)
  • 65 ml śmietany kremówki (38%)
Czekoladę posiekać, umieścić z masłem w garnuszku. Podgrzewać aż do całkowitego rozpuszczenia składników, przestudzić.
Jajka, cukier, ekstrakt z wanilii i oba rodzaje kawy dokładnie wymieszać. Wlać masę czekoladową, połączyć. Na końcu dodać przesianą mąkę, wymieszać.

Połowę masy czekoladowej przełożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia, wyrównać.

Piec w 175 st. C. przez 15-20 minut, aż wierzch będzie ścięty.

W tym czasie przygotować masę serową. Serek, jajko, puree z dyni, cukier, ekstrakt, przyprawy i mąkę dokładnie wymieszać, tylko do połączenia składników.
Wyłożyć równomiernie masę serową na podpieczony spód, na wierzch pozostałe ciasto czekoladowe.

Piec w 175 st. C. przez 20-25 minut, aż wierzch będzie ścięty.
Ostudzić.

Czekoladę na polewę posiekać. Kremówkę zagotować, dodać czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia. Lekko ciepłą polewę wyłożyć na ciasto, wyrównać.
Zostawić do zastygnięcia.

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!


A jeśli macie ochotę na zupełnie inny sernik lub może typowo duński kisiel, koniecznie zajrzyjcie do Ani, gdzie wczoraj gościłam ze słodkimi przepisami.

Recepturę na sernikobrownie z dynią dodaję oczywiście do festiwalu Bei.

wtorek, 27 października 2015

American pie w wersji dyniowej

Ostatnio zakręcona jestem jak przysłowiowy już chyba słoik ogórków na zimę, tudzież rondo w szczycie (zależnie od regionu). Okazuje się bowiem, że żeby coś dostać, trzeba się nabiegać. A żeby wszystko dopiąć na ostatni guzik, potrzebny jest cały stos dokumentów, podpisanych przez wiele różnych osób, urzędujących na kilku różnych końcach miasta (bo miasto nie kij, końców ma zdecydowanie więcej). W końcu jednak się udało, i z dumą mogę powiedzieć, że już w czwartek, o godzinie siódmej rano, rozpoczynam miesięczne praktyki w cukierni. Jeśli okres próbny zakończy się sukcesem, być może uda się osiągnąć coś więcej (odpukać!). Póki co jednak jestem zachwycona tą możliwością i biorę, co dają. Mam nadzieję, że dam sobie radę. Bardzo się denerwuję, choć już miałam krótkie praktyki w piekarni. Ta bowiem jest dużo większa i na nieco wyższym poziomie. Czuję motylki w brzuchu; jestem jednocześnie bardzo podekscytowana i lekko przerażona... Taka mieszanka uczuć, nad którą ciężko jest zapanować. Dlatego bardzo Was proszę - trzymajcie kciuki!
Oby się udało.

Tymczasem jednak wróćmy do teraźniejszości, a ta pomalowana jest jesiennym złotem, kasztanowym brązem i głębokimi odcieniami czerwieni. Na ich tle dumnie pręży swe kuliste jestestwo ogniście pomarańczowa dynia. Moje zapasy mocno się skurczyły - koniecznie muszę je uzupełnić, póki sezon trwa! Dynie bowiem znakomicie się przechowują, i można po nie sięgać nawet w środku zimy. Mniam!

Tematem dzisiejszego pieczenia był klasyczny pumpkin pie. Jest to typowo amerykańskie ciasto, taka niby tarta, ale pieczona w nieco głębszym naczyniu, przez co cudownie kremowego nadzienia jest zdecydowanie więcej. Do tej pory ten wypiek jakoś mi umykał, z radością więc zabrałam się za szukanie przepisu idealnego. W końcu zdecydowałam się sięgnąć po ten ze strony Food network na wersję czekoladową (jakoś nie potrafię trzymać się klasyki...). Po przeczytaniu komentarzy, użyłam większej formy, niż zalecano w oryginale. I choć inni użytkownicy wspominali, że ciasto wyszło za mało słodkie, ja jeszcze zredukowałam ilość cukru. Moim zdaniem wyszło idealnie - słodko, ale nie mdląco. Spód jest idealnie kruchy, ciasto cudownie się listkuje i jest naprawdę pyszne. Nadzienie jest gęste, kremowe i sycące, smakuje czekoladą, korzennymi przyprawami i odrobinę dynią. Wierzch udekorowałam ubitą kremówką; większa ilość czekolady wydawała mi się zupełnie zbędna. 
Moim zdaniem - coś pysznego. C. też był zachwycony. Ale lojalnie uprzedzam - to naprawdę duża porcja. Nawet największy łasuch nie zje więcej niż mały kawałek na raz, ciasto bowiem syci niesamowicie. Dlatego należy jeść powoli, rozkoszować się każdym kęsem... Mówię Wam, niebo w buzi.

Zajrzyjcie też do Marty, która również dzisiaj dyniowy paj piekła.

Czekoladowo-dyniowy paj


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

ciasto kruche:
  • 230 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 115 g zimnego masła
  • 2-3 łyżki zimnej wody
nadzienie:
  • 125 g ciemnej czekolady (85%)
  • 125 g mlecznej czekolady
  • 60 g masła
  • 400 g puree z dyni
  • 335 g mleka skondensowanego słodzonego
  • 3 jajka
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 3/4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 3/4 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 1/8 łyżeczki mielonych goździków
dodatkowo:
  • 125 ml śmietany kremówki (38%)
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem i solą. Dodać masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Powoli dolewać wodę; tylko tyle, żeby ciasto dało się zagnieść.
Uformować z ciasta kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Po tym czasie 2/3 ciasta rozwałkować na okrąg o średnicy 26 cm, wyłożyć nim spód formy. Pozostałe ciasto rozwałkować na pasek szerokości 4 cm, uformować z niego rant.
Ciasto nakłuć wielokrotnie widelcem, przykryć papierem do pieczenia i wysypać fasolą lub kamykami do pieczenia.

Piec w 200 st. C. przez 15 minut.
Po tym czasie usunąć obciążenie i papier.

Piec w 200 st. C. jeszcze 10 minut.
Przestudzić.

Czekoladę posiekać, razem z masłem umieścić w garnuszku. Rozpuścić, przestudzić.

Puree z dyni, mleko skondensowane, jajka, mąkę, ekstrakt i przyprawy wymieszać na gładką masę. Dodać rozpuszczoną czekoladę, połączyć.
Masę wylać na podpieczony spód.

Piec w 160 st. C. przez 35-45 minut, aż masa z wierzchu będzie ścięta, ale przy poruszeniu blachą jeszcze lekko galaretowata w środku.
Wystudzić.

Kremówkę ubić na sztywno, udekorować ciasto.
Przechowywać w lodówce, ale podawać w temperaturze pokojowej.

Smacznego!

A już jutro koniecznie zajrzyjcie do Ani, bo goszczę u niej z moją paplaniną i pysznymi słodkościami.

Przepis na dyniowy paj dodaję do akcji Bei.

sobota, 24 października 2015

Proste ciasto z dynią i gruszką

Wczoraj po południu przypomniano mi, że nazajutrz o godzinie dziesiątej mam się stawić na spotkanie. Pierwszym punktem programu miało być wspólne zjedzone drugie śniadanie, co zawsze jest zachęcające i wprawia uczestników w dobry nastrój. Szczególnie, jeśli po domowych bułeczkach jest możliwość zjedzenia domowego ciasta, popijanego pyszną, mocną kawą (Duńczycy innej nie pijają). Hmm... Trzeba było coś upiec, i to szybko!

U Bereniki znalazłam pomysł na ciasto dyniowe. Świetnie się to zgrało z faktem, że akurat wyjęłam z piekarnika kolejną porcję dyni przeznaczoną na puree. Pozostałe składniki miałam w domu, szybko więc zabrałam się za pieczenie. Okazało się jednak, że nie wszystko pójdzie gładko... Formo, gdzie jesteś...? Wołałam w przypływie rozpaczy, nie mogąc znaleźć jej w żadnej z szaf. W końcu przypomniałam sobie, że obie pasujące do przepisu, mają moje koleżanki. Trzeba więc było improwizować... Sięgnęłam po keksówkę, i naprawdę - nie był to zły pomysł. Takie ciasto można później pokroić w zgrabne plastry, i je się je naprawdę wygodnie.
Oczywiście, musiałam dodać coś od siebie. Przyprawę do piernika, której jeszcze nie przygotowałam w tym roku, zamieniłam na moje ulubione korzenne aromaty. A na wierzch wyłożyłam plastry gruszki - bardzo lubię ciasta z owocami, a wszyscy wiedzą, że dynia i gruszka to para wręcz wyborna.

Ciasto mnie nie zawiodło - wyszło mięciutkie, wilgotne, obłędnie pachnące. Wszystkim bardzo smakowało, i spotkanie w sobotę przestało doskwierać nawet najbardziej marudnym.

Berenika wspomniała, że przy tym cieście należy użyć luźniejszego puree. Tak też zrobiłam, i musiałam dodać nieco więcej mąki, gdyż ciasto wyszło za rzadkie. Ilości składników należy więc potraktować nieco orientacyjnie, wszystko zależy od dyni. Jednak jeśli masa będzie za rzadka, wystarczy dodać mąki; gdy wyjdzie za gęsta - dolać mleka. Nie ma więc powodów do niepokoju, a ciasto robi się łatwo i przyjemnie.
Upieczcie, póki sezon na dynię trwa!

Korzenne ciasto dyniowe z gruszką


Składniki:
(na keksówkę o wymiarach 11x29 cm)
  • 200 g puree z dyni
  • 130 g cukru trzcinowego
  • 120 ml oleju
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 180 g mąki orkiszowej
  • 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 gruszka
dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru
Gruszkę obrać, wykroić gniazdo nasienne i pokroić w niezbyt cienkie plastry.

Mąkę przesiać, wymieszać z przyprawami, proszkiem do pieczenia i sodą.
Jajka roztrzepać, wymieszać z puree dyniowym, cukrem, olejem i ekstraktem z wanilii.
Mokre skłądniki wlać do suchych, wymieszać łyżką tylko do połączenia składników. Przelać ciasto do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu poukładać kawałki gruszek.

Piec w 180 st. C. przez 60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!

Przepis dorzucam oczywiście do dyniowej akcji Bei.


PS Pamiętajcie o zmianie czasu!

piątek, 23 października 2015

Granola z dynią

Tak, tak, to już dziś! Rozpoczynamy Festiwal Dyni u Bei! Czekałam na niego niecierpliwie, bo za dyniami wręcz szaleję. Ich naturalnie słodkawy, może nieco mdły smak stanowi idealną bazę do eksperymentów wszelakich. Dynia nadaje się do dań wytrawnych i słodkich, można ją piec, gotować i smażyć. Właściwie nie jestem pewna, czy jest coś, czego z dyni zrobić się nie da...
Osobiście najbardziej lubię przetworzyć większą jej ilość na puree, które wykorzystuję na bieżąco lub zamrażam na później. To chyba najłatwiejszy sposób na dynię; kiedy już mamy gotowy mus, reszta przepisu zazwyczaj nie nastręcza trudności. W tym roku zaopatrzyłam się w niemal pięciokilogramowego giganta z Samsø, zwanej Græskarøen, czyli Wyspą Dyń.  Jest to niewielka wyspa leżąca między Jutlandią, Fionią i Zelandią, gdzie podobno można znaleźć dynie na każdym kroku. Wybrałabym się tam z największą przyjemnością w dyniowym sezonie; może kiedyś się uda.

W każdym razie, na rozpoczęcie Festiwalu mam dla Was coś zdrowszego, czego być może byście się po mnie nie spodziewali. Do domowej granoli zapałałam żywym uczuciem jakoś na początku tego roku, i nie mogę odmówić sobie uzupełniania mojego pięknego słoja (który tylko w tym celu zakupiłam) coraz to nowymi mieszankami. Tym razem, oczywiście, postawiłam na dynię. Płatki owsiane wymieszałam z dyniowymi pestkami i orzechami włoskimi, a do musu z dyni dodałam aromatyczne przyprawy i nieco syropu klonowego (w końcu granola musi być choć trochę słodka). Do tego suszone śliwki i żurawina, i mamy cudownie chrupiącą, niezwykle aromatyczną i optymistycznie pomarańczową granolę. Z C. zakochaliśmy się w niej w momencie, gdy z piekarnika zaczął dobywać się niebiański zapach korzennych przypraw...
Musicie tego spróbować!

Dyniowa granola


Składniki:
(na 2 l granoli)
  • 400 g płatków owsianych
  • 75 g ziaren dyni
  • 100 g orzechów włoskich
  • 40 g złotego siemienia lnianego
  • 200 g musu z dyni
  • 65 ml syropu klonowego
  • 50 ml oleju
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 1/4 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
  • 1/4 łyżeczki mielonych goździków
  • 80 g suszonej żurawiny
  • 65 g suszonych śliwek
Orzechy grubo posiekać, wymieszać z płatkami owsianymi, ziarnami dyni i siemieniem. Mus z dyni wymieszać z syropem klonowym, olejem i przyprawami na jednolitą masę. Dodać mokre składniki do suchych, dokładnie połączyć.

Masę wyłożyć równomiernie na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Piec w 170 st. C. przez 35-40 minut, 3-4 razy w trakcie pieczenia mieszając.

Śliwki pokroić na mniejsze kawałki, razem z żurawiną dodać do upieczonej i przestudzonej granoli. Wymieszać.
Przechowywać w szczelnym słoju.

Smacznego!

A ja tymczasem uciekam do kuchni - trzeba przygotować kolejny dyniowy deser...

czwartek, 22 października 2015

Rozgrzewający krem curry

Zimno.
Rtęć w termometrze nie ponosi się już powyżej dziesięciu kresek, i chyba jakoś podświadomie uznałam to za znak zbliżającej się nieubłaganie zimy. Owijam się w swetry i szale, piję gorącą herbatę i staram się nie myśleć o tym, że odmrożone palce mogą po prostu odpaść. Wychodzę z Ptysią na spacer; idziemy do parku i nagle przenoszę się w zupełnie inny, piękny świat. Liście w odcieniach złota, żółci, czerwieni i głębokiego brązu powoli spadają z drzew, tańcząc na wietrze. Ich szum pod stopami przypomina mi dzieciństwo, gdy z radością wbiegałam w kopczyki liści i rozsypywałam je na boki. Na ulicy szurałam nogami (co do szału doprowadzało Babcię), żeby tylko usłyszeć ten cudowny szelest. 
Teraz za szuranie nikt już nie daje mi bury...

Z uśmiechem obserwuję moją psę, która zanurza nos między liście, fuka i śmiesznie podskakuje. Ona też lubi jesień. Choć spacery są coraz krótsze; chyba nawet ona, mimo coraz dłuższego futra, jednak marznie...

W domu czekają na nas smakołyki - na Tinę jej ulubione psie ciasteczka, na mnie - rozgrzewająca, lekko ostra zupa. Przepis znalazłam na blogu Something ordinary, i od razu oczarował mnie kolorem. Gdy zagłębiłam się w recepturę stwierdziłam, że będzie idealny na te chłodne popołudnia, gdy człowiek po powrocie do domu marzy tylko o tym, żeby rozgrzać przemarznięte wnętrze. A czym innym, jak nie zupą...? Ta ma w swoim składzie chilli (możecie dodać papryczkę razem z pestkami, jeśli lubicie ostre dania, lub pesteczki usunąć, aby uzyskać nieco łagodniejszą wersję) i pastę curry, które łagodzi mleczko kokosowe. Smak papryki przełamany jest kwaśną limonką i aromatycznymi przyprawami. Zupa podana z makaronem ryżowym syci na długo; drugie danie jest zupełnie zbędne.
Jeśli więc jesteście takimi zmarzluchami jak ja, koniecznie musicie wpisać ten krem do Waszego jesiennego menu.

Tajski krem curry


Składniki:
(na 4-6 porcji)
  • 7 strąków czerwonej papryki
  • 1 łyżka oleju
  • 2 łyżeczki czerwonej pasty curry
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 1 łyżeczka mielonej słodkiej papryki
  • 2 liście kafiru
  • 1/3 łyżeczki mielonego ziela angielskiego
  • 1 cebula
  • 1 jabłko
  • 1 papryczka chilli
  • 700 ml wody
  • 400 ml mleka kokosowego (1 puszka)
  • sok z 1/2 limonki
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • sól

dodatkowo:
  • 250 g makaronu ryżowego
  • 1 papryczka chilli
  • pęczek kolendry

Papryki ułożyć na blasze.

Piec w 200 st. C. przez 30-40 minut, aż skórka zrobi się czarna.

Przełożyć papryki do miski, dokładnie zawinąć folią spożywczą i odstawić na 10-15 minut. Po tym czasie obrać papryki ze skórki i wyjąć pestki.

Cebulę pokroić w kostkę. Jabłko obrać, wyciąć gniazdo nasienne, pokroić na mniejsze kawałki. Papryczkę posiekać.
Na oleju rozgrzać pastę curry, kurkumę, mieloną paprykę i ziele angielskie. Dodać liście kafiru. Podgrzewać, aż przyprawy zaczną intensywnie pachnieć. Dodać cebulę, podsmażyć. Dodać jabłko i posiekane chilli, smażyć jeszcze 2 minuty. Dodać upieczone papryki. 
Całość zalać wodą, gotować 10-15 minut, aż jabłka będą miękkie.

Zdjąć zupę z palnika, wyjąć listki kafiru. Zupę zmiksować blenderem na gładki krem. Dodać mleko kokosowe, sok z limonki i sos sojowy, wymieszać. Doprawić do smaku solą.

Makaron ryżowy przygotować według opisu na opakowaniu.

Zupę przed podaniem podgrzać (ale nie gotować). Podawać z makaronem ryżowym, pokrojonym w plasterki chilli i kolendrą.

Smacznego!

A jakie są Wasze ulubione jesienne rozgrzewacze...?

wtorek, 20 października 2015

Krwawa panna cotta

Marznę. I to okropnie! Temperatury spadają nieubłaganie, dzień robi się coraz krótszy (niedługo zmiana czasu, więc popołudnia będziemy spędzać w całkowitych ciemnościach), a wiatr hula swawolnie, nic sobie z moich protestów nie robiąc. I choć cały rok wypijam duże ilości gorącej herbaty, teraz wzrosły one jeszcze gwałtownie. Opatulam się moimi ulubionymi swetrami (a mam ich całkiem sporo; w końcu to moja ulubiona część garderoby), wyciągnęłam zapomniane na ciepłe miesiące świeczki i wpatruję się, niemal zahipnotyzowana, w blask ognia. Mimo wszystkich zabiegów, wewnętrzne zimno nie chce mnie opuścić. Stopy w grubych, czekoladowych skarpetkach (ze szkolnej wycieczki do Kopenhagi, w ramach pamiątek i suwenirów, dla C. przywiozłam czekoladki, a dla siebie trzy pary grubych skarpet i maleńką paterę na jedną muffinkę) są lodowato zimne, a dłonie tylko na chwilę adaptują ciepło kubka. Gdy tylko odstawiam go z powrotem na stolik, przybierają temperaturę najlepszych lodów waniliowych. Zaczynam całkiem na serio bać się, że i tutaj lada chwila spadnie śnieg. A ja jeszcze zupełnie nie jestem gotowa...

Tymczasem mam dla Was kolejną propozycję na halloweenowy poczęstunek dla dorosłych gości. Dla dzieci zresztą też, choć może im nie odpowiadać wyraźny lawendowy posmak. W żadnym razie nie jest mydlany! Nie martwcie się. Po prostu większość dzieci, które znam, ograniczają się do smaków waniliowego, czekoladowego i truskawkowego (a ten ostatni i tak nie zawsze). Dorosłym natomiast z pewnością do gustu przypadnie cudownie kremowa konsystencja i oryginalny, jeżynowo-lawendowy smak, przełamany lekko kwaskowym sosem. Na talerzu deser wygląda pięknie, choć może trochę krwawo... Ale to w końcu Halloween, prawda...?

Przepis na to cudo znalazłam u Łucji, od siebie dodałam lawendową nutę. 
Jeśli u Was też nie ma już jeżyn, nie martwcie się. W tym deserze doskonale dadzą sobie radę mrożone owoce. 

Jeżynowo-lawendowa panna cotta


Składniki:
(na 6 porcji)
  • 200 g jeżyn
  • 50 ml wody
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 ml mleka
  • 70 g cukru trzcinowego
  • 1 łyżka suszonych kwiatów lawendy
  • 6 listków żelatyny

dodatkowo:
  • 100 g jeżyn
  • 2 łyżki miodu
  • 25 ml wody

Kremówkę, mleko, cukier i kwiaty lawendy zagotować. Zdjąć z palnika, odstawić na pół godziny.

Jeżyny na pannę cottę zagotować z wodą. Gdy owoce się rozpadną, zmiksować je blenderem, a następnie przetrzeć przez sitko.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kremówkę zagotować raz jeszcze, odcedzić, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać, aż do jej całkowitego rozpuszczenia. Dodać mus jeżynowy, połączyć.
Masę przelać do foremek, ostudzić, a następnie schłodzić w lodówce przez minimum 4 godziny, a najlepiej całą noc.

Miód z wodą podgrzewać, aż miód się rozpuści. Dodać jeżyny, gotować tylko do momentu, aż owoce puszczą sok. Zdjąć z palnika, przestudzić.

Pannę cottę wyjąć z foremek, ułożyć na talerzykach. Podawać z jeżynami i syropem (ciepłym bądź zimnym).

Smacznego!


Jak sobie teraz myślę o tym deserze, to od razu mi się cieplej robi. Jeżyny jednak ciągle jeszcze pachną ciepłą, słoneczną jesienią. Złotą.
Minioną...