wtorek, 2 grudnia 2014

Tajemnicze duńskie słowa. I ciasteczka z melasą

W niedzielę pojechaliśmy do rodziców C. Zebrało się całkiem spore grono, ponad dwadzieścia osób w przedziale wiekowym od dwóch do prawie osiemdziesięciu lat. Wszyscy zgodnie zasiedli za stołem i delektowali się tradycyjnymi duńskimi przysmakami. Był więc gløgg, czyli grzane czerwone wino z korzennymi przyprawami, migdałami i rodzynkami. Mmm, bardzo lubię. Cudownie rozgrzewa, pięknie pachnie, a napęczniałe, pijane rodzynki są wyśmienite po prostu. Do tego chrupiące migdałowe słupki, i w zasadzie więcej już mi nie potrzeba. Tradycyjnie jednak podaje się jeszcze æbleskiver, czyli, tłumacząc dosłownie, jabłkowe plastry. Nijak ma się to do rzeczywistości, gdyż æbleskiver to kulki z ciasta naleśnikowego z dodatkiem jabłek, smażone na specjalnej patelni. Nie mam takiej, niestety, więc na blogu póki co przepisu nie będzie, ale może uda mi się taką kiedyś upolować. I choć z ekonomicznego punktu widzenia zupełnie nie opłaca robić się ich w domu, bardzo chciałabym spróbować. Bo pyszne są; lekko chrupiąca skórka i mięciutki, wilgotny środek... Podaje się je z dżemem truskawkowym, cukrem pudrem i kryształem. Macza się kuleczkę najpierw w dżemie, a następnie w cukrze, i tak zjada. Pyszności. Z kubkiem grzanego wina smakują naprawdę wyśmienicie. Dla mnie w tej chwili jest to już smak zbliżających się wielkimi krokami Świąt.

Było też, oczywiście, śpiewanie świątecznych piosenek. Śmiechu przy tym co nie miara, bo wybitnych muzycznych talentów brakowało, jednak wszystkim udzielił się niemal bożonarodzeniowy nastrój. Bardzo przyjemny był to wieczór, tym bardziej, że mama C. cały dom udekorowała krasnalami. Wygląda to niesamowicie, ma ich bowiem ilości wręcz fantastyczne! Są wszędzie - zwisają z lamp, chowają się w doniczkach, większe zasiadają na fotelach w salonie. Jest cała krasnalkowa wioska, gdzie wata udaje śnieg, i w ciepłym świetle świec wygląda to naprawdę uroczo. Ja mam tylko kilka krasnalków, bo ta tradycja bardzo mi się podoba. Stoją już na półkach i parapetach, zerkają na mnie z ramy lustra. Rozkoszniaki.

Dla Was mam ciasteczka - gdy tylko zobaczyłam je u Emilii wiedziałam, że też muszę takie mieć. Pachną piernikiem, ale mają typowe dla amerykańskich ciastek miękkie, lekko ciągnące wnętrze (ważne, żeby nie piec ich zbyt długo, bo będą kruche). Są obłędne, i nikt nie potrafił im się oprzeć. Szczególnie siostra C. była zachwycona, bo mogła się nimi zajadać do woli. Dlatego użyłam mąki orkiszowej zamiast pszennej. Dodałam też odrobinę kakao - dla koloru. Polecam Wam bardzo, koniecznie zróbcie jeszcze przed Świętami!

Cynamonowe ciastka z melasą

Składniki:
(na 55-60 sztuk)
  • 310 g mąki orkiszowej
  • 25 g kakao
  • 150 g miękkiego masła
  • 125 g cukru
  • 1 jajko
  • 100 g melasy
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki mielonych goździków
  • 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

dodatkowo:
  • 100 g drobnego cukru
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu

Mąkę z kakao przesiać, wymieszać z przyprawami, sodą i proszkiem.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Wbić jajko, zmiksować. Dodać melasę, połączyć. Partiami dodawać suche składniki, najpierw miksując, później mieszając dłonią lub łyżką.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą, schłodzić w lodówce 30 minut.

Cukier dokładnie wymieszać z cynamonem.
Ze schłodzonego ciasta formować kulki wielkości orzecha włoskiego, lekko spłaszczać i obtaczać w cynamonowym cukrze. Ułożyć ciasteczka na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując spore odstępy.

Piec w 170 st. C. przez 10-12 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

Pierwszy raz użyłam w kuchni melasy. Tak naprawdę można spokojnie zastąpić ją miodem w tym wypadku - jej smak jest zagłuszony przyprawami. Niemniej, bardzo mi się spodobała z nią współpraca, i już mam kolejne pomysły na jej wykorzystanie.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Grudniowe pierniczki. Moje pierwsze z nadzieniem!

Czy też zrywając rano kartkę z kalendarza zauważyliście, że to już pierwszy grudnia? Znowu...? Jak ten czas leci... Doskonale pamiętam zeszłoroczne Święta, a tu zaraz znów trzeba ubierać choinkę. Cieszę się, bo uwielbiam ten czas, ale z drugiej strony trochę mnie to przeraża - w takim tempie już niedługo będę miała z sześćdziesiąt lat! A tu jeszcze tyle rzeczy do zrobienia...

Pierwszy grudnia kojarzy mi się ze śniegiem i dzwoneczkami. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale noszę w sobie głębokie przekonanie, że cały dwunasty miesiąc roku powinien upływać nam oprószony białym puchem. Takim miękkim i skrzypiącym pod stopami. Gdzie zimę czuć każdą porą skóry. Lubię tak. 
Tymczasem owszem, zrobiło się zimno i wyciągnęłam mój czerwony płaszcz, w którym wyglądam jak niedorobiony Mikołaj, ale za to jest mi cudownie cieplutko; w nocy szron osiada na zziębniętych źdźbłach trawy i szybach aut, ale śniegu na horyzoncie brak. C. się cieszy, bo przejażdżki po sto sześćdziesiąt kilometrów dziennie zdecydowanie tracą na urodzie, gdy drogi pokrywa błotnista mazia. A ja, w głębi duszy, na śnieg czekam niecierpliwie. I jak tylko spadnie, pójdziemy z Ptysią na spacer do ośnieżonego, białego, cichego parku, i będzie wdychać jego atmosferę. Aż się rozmarzyłam...

Grudzień najlepiej, moim zdaniem, przywitać pierniczkami. Co roku piekę sporo świątecznych ciasteczek, w tym jednak postanowiłam skupić się właśnie na różnych rodzajach pierniczków. A jest ich całe mnóstwo! Każde zachwycające i godne wypróbowania.
Na pierwszy ogień poszły nadziewane pierniczki z przepisu Niuli. Bardzo lubię pierniczki alpejskie, te tradycje, z powidłami śliwkowymi, oblane pyszną czekoladą. Te są właśnie takie - miękną dwa dni po przygotowaniu ze względu na nadzienie i polewę, ale będą pyszne aż do Świąt. Na początku zastanawiałam się, czy przypadkiem nie zrobić z połowy porcji - wyobrażałam sobie, że z kilograma mąki wyjdzie mi ich cała masa! Okazało się, że wyszło nieco ponad pięćdziesiąt, i rozeszły się, zanim grudzień zdążył zapukać do drzwi... Smakowały wszystkim - C., który wyjada je z puszki, jak tylko spuszczę go z oka, dzieciom i ich mamom na ostatnim babskim wieczorze, a także całej rodzinie C., która stanowczo zażądałam powtórki na Boże Narodzenie, tym razem w wersji przyjaznej dla jego siostry, nad czym muszę popracować. 
Reasumując - pierniczki są idealne, i zróbcie je koniecznie. A potem schowajcie głęboko aż do Świąt, inaczej nie mają najmniejszych szans na przetrwanie...

Pierniczki z powidłami śliwkowymi

Składniki:
(na 50-60 sztuk)
  • 1 kg mąki pszennej
  • 2 jajka
  • 150 g masła
  • 300 g cukru
  • 250 g miodu
  • 4 łyżki kakao
  • 3 łyżki przyprawy do piernika
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

nadzienie:
  • 250 g powideł śliwkowych

dodatkowo:
  • 200 g ciemnej czekolady (70%)
  • cukrowe perełki

Masło rozpuścić w garnku. Dodać cukier i miód, podgrzewać, aż cukier się rozpuści i całość połączy się w jednolitą masę. Dodać przyprawę do piernika, wymieszać, ostudzić.

Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem i kakao.

Do masy maślano-miodowej wbić jajka, utrzeć na gładką masę drewnianą łyżką. Partiami dodawać mąkę, mieszając, a następnie wyrabiając dłonią. Gdy masa stanie się jednolita, uformować z niej kulę i schłodzić w lodówce przez minimum 1 godzinę (można przez noc).

Schłodzone ciasto partiami rozwałkowywać na grubość 4-5 mm, ewentualnie lekko podsypując mąką. Wycinać koła nieco większe od foremki, którą chcemy nadać kształ pierniczkom. Na środku koła kłaść mniej niż pół łyżeczki powideł, przykrywać drugim kołem, dobrze dociskając brzegi. Foremką wycinać kształt tak, aby nadzienie znalazło się w środku.
Pierniczki układać w niewielkich odstępach na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10-12 minut (lub krócej, jeśli są malutkie).
Wystudzić na kratce.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Maczać w niej pierniczki, posypywać cukrowami perełkami. Zostawić na kratce, aż czekolada całkowicie zastygnie.
Przechowywać w szczelnej puszce.

Smacznego!

Jak Wam się podoba mój pojemnik na ciasteczka? Ja się w nim zakochałam od pierwszego wejrzenia! A zobaczyłam go na straganie w... Lipcu. Akurat miałam imieniny, więc C. mi go z radością sprezentował. Nie mogłam się doczekać, żeby wyciągnąć go z czeluści szafy, napełnić pierniczkami i ustawić na stole... Teraz zerkam na niego co chwilę, i ciągle zachwyca mnie tak samo.

sobota, 29 listopada 2014

Jak straciłam szacunek do samej siebie. I boskie brownie z powidłami, na pocieszenie

Widziałam kiedyś w internecie spot, nie pamiętam już, czego konkretnie dotyczył. Wielu z Was pewnie też miało okazję go obejrzeć - o ludziach, którzy utknęli na ruchomych schodach, i mechaniku, który miał im pomóc, ale niestety, również został złapany w pułapkę. I tak sobie siedzieli i wzywali pomocy. Śmieszyło mnie to ogromnie (pominę cały wywód na temat skomputeryzowanego społeczeństwa, które nie radzi sobie z całkiem prostymi problemami), dopóki w zeszły czwartek nie okazało się, że jestem jedną z nich.
Właściwie nie powinnam się do tego głośno przyznawać, bo z pewnością stracę cały szacunek, jaki kiedykolwiek w kimkolwiek wzbudziłam. Właściwie to sama sobą jestem zdegustowana okrutnie, i doszłam do wniosku, że muszę coś ze sobą zrobić. Bo naprawdę - nie chcę być jedną z nich!
Ale zacznijmy od początku...

W czwartek C. był w pracy (cóż to, że stracił niemal pół palca, prawdziwy mężczyzna nie przejmuje się tego typu drobiazgami!), a ja zabrałam się za sprzątanie. Jeszcze nie to absolutnie gruntowne, przedświąteczne, ale z tych dokładniejszych. Wymyłam łazienkę, wytarłam kurze, przewróciłam łóżko do góry nogami, żeby odkurzyć wszystkie zakamarki, włączyłam odkurzacz, i bum! Wszystko zgasło... Korki wysiadły. Udałam się więc do skrzynki, oglądam ją ze wszystkich stron, pstrykam, jak umiem, delikatnie, żeby niczego jeszcze bardziej nie popsuć... I nic. Zadzwoniłam więc do koleżanki z nadzieją, że jej mąż udzieli mi potrzebnych wskazówek. Kazał jeszcze trochę popstrykać, po czym zasugerował, że może zgasiłam wszystkie światła i dlatego nie działa... Podziękowałam grzecznie za pomoc, i zadzwoniłam do Taty, który akurat wysłał mi smsa pełnego znaków zapytania. Zdziwiona usłyszałam, że to ja wysłałam mu dwa puste, i on się zastanawiał, o co mi chodzi. No tak - rozmawiając ze Sławkiem, przyświecałam sobie polskim telefonem. Przypadkiem musiałam wysłać smsy do Taty (na szczęście - do Taty). Okazało się, że w Polsce działa to nieco inaczej, i Tato też nic nie potrafił zdziałać. Ze złością stwierdziłam, że poczekam na C. w ciemnościach, nawet herbaty sobie nie zrobię... Na co Tato przypomniał mi, że przecież kuchenka działa, i mogę sobie zagotować wody w garnku (w domu mamy tylko czajnik elektryczny). 
Jestem jedną z nich! Nie zobaczyłam jakże oczywistej możliwości ugotowania wody w garnku. Zupełnie straciłam głowę. Zaczęłam się śmiać, ale generalnie wstyd mi za siebie, ech...

Uratował mnie C., który zadzwonił pół godziny później, i powiedział, jak wymienić bezpiecznik. Nie było łatwo, ale się udało, i wróciłam do cywilizowanego świata prądu i techniki. I odkurzyłam całe mieszkanie, a później zrobiłam pranie. W pralce, która też znów zaczęła działać.

Na szczęście na chwile przy świecach, niekoniecznie romantyczne, miałam idealnego pocieszacza. Upiekłam go dzień wcześniej dla C., żeby poprawić mu humor po wypadku. Poza tym od upieczenia pierniczków (moje pierwsze nadziewane!) miałam ogromną ochotę na tego typu ciasto. Mocno czekoladowe, ciężkie, intensywne. Koniecznie z dużą ilością powideł. Przepis znalazłam na niezawodnych Moich wypiekach, oczarował mnie on prostotą - wszystko wystarczyło wymieszać łyżką, przełożyć do formy i upiec. Ach, jak przyjemnie! Dorocie wyszedł murzynek, mi raczej brownie - być może za krótko je piekłam, ale nie wiem, jak przy tak małej ilości mąki można otrzymać puszystsze ciasto. Nie narzekam jednak, wręcz przeciwnie - smakuje bowiem obłędnie! Niesamowicie wilgotne, czekoladowo-śliwkowe, z delikatną nutą cynamonu. Sycące i poprawiające humor. Oboje z C. się w nim zakochaliśmy - ta porcja jest zdecydowanie za mała, nawet dla dwóch osób. 
Ja mojego nie ozdabiałam polewą, bo C. chciał zabrać część do pracy. Ale można. Przypuszczam, że będzie jeszcze lepsze...

Brownie z powidłami i cynamonem

Składniki:
(na keksówkę 8x22 cm)
  • 125 g masła
  • 100 g ciemnej czekolady (74%)
  • 300 g powideł śliwkowych
  • 100 g cukru
  • 2 jajka
  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu

Masło rozpuścić. Dodać posiekaną czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przelać masę do większej miski, wymieszać z powidłami i cukrem. Wbić jajka, połączyć.
Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem i cynamonem. Partiami dodawać do ciasta, mieszając drewnianą łyżką tylko do połączenia składników.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia, przelać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 180 st. C. przez 50-60 minut.
Ostudzić w formie.

Smacznego!

A przede mną znów aktywny weekend - dzisiaj do Karoliny, której mąż najwyraźniej bardzo nisko ceni moje zdolności intelektualne, a jutro do rodziców C. na æbleskiver i gløgg.

czwartek, 27 listopada 2014

Duńskie ciasto z cynamonem i budyniem. I o tym, jak łatwo stracić kawałek palca

Dzisiaj był piękny dzień. Tyle słońca na raz to ja już dawno nie widziałam! I to nic, że trochę wiało i było raczej zimno niż ciepło. Promienie słoneczne dodają mi niesamowitej energii, od razu chce mi się więcej, niż tylko siedzieć pod kocem, czytać i pić gorącą herbatę. Zamiast, a raczej oprócz tego, wysprzątałam mieszkanie, i teraz pięknie pachnie zielonym, chemicznym jabłuszkiem. Trzeba tylko jeszcze okna umyć, ale to już C. obiecał, że się tym zajmie.
Co prawda na razie jest kontuzjowany, więc mycie okien zostawimy pewnie na ostatnią chwilę.

Wrócił ostatnio z pracy, pokazuje mi palec, a ja prawie odpłynęłam z wrażenia. Mój Tato kiedyś załatwił się podobnie talerzem - cały płat skóry wisiał, że tak powiem, na włosku. U C. to samo, tylko jeszcze pół paznokcia stracił. I ponieważ wypadek miał miejsce w pracy, od razu zabrali go na izbę przyjęć i potraktowali przeciwtężcowo. Co oznacza, że teraz przy prawej ręce boli go palec, a lewa jest obolała od zastrzyku. Aż mi go żal... A jak patrzę na ranę, właściwie to jak tylko o niej pomyślę, to aż mnie ciarki przechodzą.
Mimo wszystko jestem odważniejsza od Mamuni-laborantki, która pół życia ludziom krew pobierała i zastrzyki robiła. Jak pamiętnego wieczoru zobaczyła krew lejącą się z Taty, czym prędzej uciekła do pokoju i z bezpiecznej odległości mówiła mi, co mam robić. Tak Tacie palec obandażowałam, że wszystko się trochę krzywo zrosło, ale on nigdy nie narzekał. Na szczęście mężczyznom blizny dodają uroku. C. za jakiś czas będzie się mógł szczycić kolejną; póki co dzielnie zmieniam mu opatrunki, choć nogi pode mną miękną.

Dobrze, dość tych krwawych opowieści (C. trochę się spóźnił, byłyby idealne na Halloween), przejdźmy do słodyczy. W końcu to najlepsze remedium na wszelkie bóle. Razem z Mirabelką i Mopsikiem przygotowałyśmy dla Was skandynawskie pyszności. Zapytałam C. co by zjadł, a on bez wahania odparł kanelstang. Mmm, aż mi ślinka pociekła... Kanelstang bowiem zdarzyło mi się jeść kilka razy, i muszę przyznać, że jest to dobroć nad dobrociami. Delikatne, cienko rozwałkowane ciasto drożdżowe wypełnione masą cynamonową i delikatnym budyniem waniliowym. Całość zwinięta w efektowny warkocz, prezentuje się zachwycająco. A smakuje jeszcze lepiej. Jeśli lubicie słynne, cynamonowe bułeczki, w tym wypieki zakochacie się bez pamięci, bo jest po prostu jeszcze lepszy! Koniecznie musicie spróbować.

Przepis znalazłam na duńskim blogu Bageglad i tylko nieznacznie zmieniłam (prawdziwa wanilia i te sprawy).

Cynamonowy warkocz z budyniem

Składniki:
(na 2 spore warkocze)

  • 25 g świeżych drożdży
  • 125 ml letniego mleka
  • 50 g cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka kardamonu
  • 35 g masła
  • 1 jajko
  • 390 g mąki pszennej
budyń waniliowy:

  • 3 żółtka
  • 1 jajko
  • 40 g cukru
  • 30 g mąki pszennej
  • 1 laska wanilii
  • 400 ml mleka
nadzienie cynamonowe:

  • 100 g miękkiego masła
  • 100 g ciemnego brązowego cukru
  • 3 łyżeczki cynamonu
dodatkowo:

  • 1 jajko
lukier:

  • 175 g cukru pudru
  • 3 łyżki soku z cytryny
Masło rozpuścić i przestudzić.
Drożdże rozetrzeć z połową mleka. Dodać cukier, sól, kardamon, rozpuszczone masło i jajko, dokładnie połączyć. Partiami dodawać mąkę. Zagnieść gładkie ciasto, odstawić na 30-60 minut do wyrośnięcia.

W tym czasie przygotować budyń:
Laskę wanilii przeciąć na pół, wyskrobać ziarenka. Ziarenka i pusty strąk umieścić w rondelku, zalać mlekiem, zagotować, ostudzić. Wyjąć laskę wanilii.
Żółtka, jajko, cukier i przesianą mąkę roztrzepać w garnuszku na gładką masę. Podgrzewać, wlewając powoli mleko. Całość podgrzewać, cały czas mieszając, aż masa nabierze konsystencji gęstego budyniu.
Zdjąć z ognia, ostudzić.

Na nadzienie cynamonowe utrzeć masło z cukrem i cynamonem. 

Wyrośnięte ciasto podzielić na pół. Połowę rozwałkować na wielkość blachy z piekarnika. Ciasto w myślach podzielić na trzy poziome pasy. Na środkowy wyłożyć połowę nadzienia cynamonowego, a na nie połowę budyniu. Ciasto po bokach poprzecinać na niezbyt szerokie paski. Zakładać je na nadzienie na zmianę z prawej i lewej strony. Przełożyć ciasto na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.

Tak samo postąpić z resztą ciasta i nadzienia.
Odstawić na 10-15 minut do wyrośnięcia.

Warkocze posmarować roztrzepanym jajkiem.

Piec w 180 st. C. przez 15-20 minut, aż nabiorą złotego koloru.
Ostudzić.

Warkocze posmarować lukrem z cukru pudru i soku z cytryny.

Smacznego!

Przepis oczywiście dołączam do Skandynawskiej akcji Mopsika.

Kuchnia skandynawska 2014

środa, 26 listopada 2014

Czekoladowe muffinki z bezą włoską

Weekend minął sama nie wiem kiedy. W sobotę byłam u koleżanki, i muszę powiedzieć, że to było bardzo specjalne doświadczenie. Głównie ze względu na dzieci, które liczebnie miały przewagę nad dorosłymi. O mamuniu, cóż to był za hałas! Chyba jeszcze nigdy nie widziałam tylu maluchów na tak małej powierzchni. Jedyny spokojny moment, to kiedy każde z nich (przedział wiekowy od półtora do dziewięciu lat) usiadło z telefonem. Jedni grali, inni oglądali pociągi albo słuchali muzyki. Każde swojej, każde czego innego. Gdy wróciłam do domu, wydawał mi się niesamowicie cichy... 
C., przed moim wyjściem wydawał się dość podekscytowany. Stwierdził, że będzie cały dzień grał, a okazało się, że po ciężkim tygodniu był w stanie tylko spać... Chyba trochę było mu szkoda straconego czasu; z drugiej jednak strony, w końcu wypoczął, i w poniedziałek ruszył do pracy z nowymi siłami.

W niedzielę wybraliśmy się do brata C. na urodziny. Było pyszne jedzonko, ciasto czekoladowe z lodami i tylko dwójka dzieci. Cicho, spokojnie i przyjemnie. Po powrocie do domu spędziliśmy miły wieczór w towarzystwie Pritchettów i Dunphy'ów, za którymi ostatnio przepadamy. (Dla niewtajemniczonych: serial Modern family podbił nasze serca humorem i świetną grą aktorską.)
A potem znów był poniedziałek...

Dzisiaj mam dla Was babeczki, których zdjęcia przypadkiem znalazłam, a które na publikację czekają już czas jakiś. Niemniej, moment wydaje się dobry - mocno czekoladowe, urocze, lekko pachnące cynamonem... Można by dodać do ciasta nieco przyprawy do piernika, i wtedy idealnie wpasują się w klimat.
Babeczki z bezą na wierzchu robiłam już wcześniej, i wszyscy się nimi zachwycali. Te zabrałam do rodziców C. z okazji moich urodzin, i cieszyły się większym powodzeniem niż tort. Głównie ze względu na rozmiar i formę podania - można sięgnąć po takie maleństwo i zjeść na raz lub dwa, nie potrzeba talerzyka, a dowodów w postaci papierka można się pozbyć błyskawicznie. Smakowały wszystkim, małym i dużym, choć bratanek C. namiętnie zlizywał bezę, a resztę oddawał najbliżej znajdującemu się dorosłemu.

Polecam Wam ogromnie te słodkie maleństwa, będą świetnym deserem, a jednocześnie uroczą ozdobą stołu.

Czekoladowe mini muffiny z bezą włoską

Składniki:
(na 28 sztuk)
  • 140 g mąki orkiszowej
  • 30 g kakao
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/8 łyżeczki soli
  • 60 g ciemnego brązowego cukru
  • 1 jajko
  • 150 ml jogurtu naturalnego
  • 45 ml oleju
  • 100 g czekolady mlecznej
beza włoska:
  • 2 białka
  • 80 ml wody
  • 220 g cukru
  • 1 łyżeczka cynamonu
Mąkę przesiać z kakao, wymieszać z proszkiem, solą i cukrem.
Jajko lekko ubić, wymieszać z jogurtem i olejem.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia składników. Dodać posiekaną czekoladą, wymieszać.

Ciasto przełożyć do formy na mini muffiny wyłożonej papilotkami.

Piec w 180 st. C. przez 20-25 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Cukier zagotować z wodą i cynamonem. Gdy syrop osiągnie temperaturę 115 st. C. zdjąć z ognia. 
Białka ubić niemal na sztywno, pod koniec wąskim strumieniem wlewając gorący syrop. Ubijać przez około 10 minut, aż beza ostygnie.

Bezę przełożyć do rękawa cukierniczego z końcówką w kształcie gwiazdki, wyciskać dekoracyjnie na muffiny. Wierzch bezy opalić palnikiem do creme brulee.

Smacznego!

Mao, Tato, przyjdzie paczka! Tylko proszę się nie denerwować - tym razem to nie książki.
Udało mi się wygrać u Beaty zestaw miodów - akurat by mi się przydały przed Świętami... Nic to, miody przechowują się dobrze, więc poczekają na mnie tę chwilę.

wtorek, 25 listopada 2014

Pierwsze świąteczne ciasteczka

Do Wigilii zostało niecałe trzydzieści dni. Dwadzieścia dziewięć, jeśli ktoś chce być dokładny. Liczenie godzin i minut sobie daruję, niemniej przekaz wydaje się być jasny - czasu wiele nie zostało. Z jednej strony miesiąc potrafi się ciągnąć okrutnie, z drugiej jednak, gdy oczekiwanie wypełnione jest różnego rodzaju zajęciami, z którymi dobrze by było zdążyć na czas, trzydzieści dni potrafi minąć wręcz niepostrzeżenie. I nagle stajemy przed przerażającym faktem, że Wigilia jutro, a tu niesprzątnięte, prezenty niepopakowane (lub, co gorsza, jeszcze niekupione), karp pływa w wannie, a ciasto na pierniczki wciąż leżakuje na półce w lodówce. Panika murowana, a i radość ze Świąt jakby mniejsza. No bo jak tu się cieszyć, gdy przed nami tyle pracy, a czasu tak niewiele...?

Dlatego ja przygotowałam sobie przedświąteczny kalendarz. Wbrew pozorom nie chodzi o zjadanie jednej czekoladki dziennie aż do Wigilii, choć to prawdopodobnie będę praktykować również. Zrobiłam listę rzeczy, które należy zrobić przed Świętami, podzieliłam je na zadania samodzielne i takie, w których C. musi lub chce uczestniczyć. Są tam zajęcia mniej i bardziej przyjemne, jednak odpowiednie rozplanowanie gwarantuje sukces (a przynajmniej taką mam nadzieję). Zupełnie spokojna, zaczęłam plan wdrażać w życie wczoraj. Dla mnie najważniejsze w nim jest, że nie muszę się spieszyć, bo zaplanowałam wszystko z lekkim zapasem. Tym sposobem powinnam skończyć na czas, i tuż przed Wigilią ewentualnie dopiekę ciasteczek. Zero stresu, sama przyjemność. 
Jeśli nadal łudzicie się, że do Świąt mnóstwo czasu, radzę zabrać się do rzeczy. Generalnie lepiej późno, niż wcale, ale... Czasem późno może być bardzo stresujące.

Dzisiaj mam dla Was pierwsze świąteczne ciasteczka. Co prawda bez przypraw korzennych, ale za to z mnóstwem czekolady. W dodatku włożyłam je do mojego świątecznego pingwinka - to zdecydowanie znak, że Święta tuż, tuż!

Ciasteczka są pyszne. Mocno czekoladowe, miękkie, lekko ciągnące. Nie przechowają się jednak do Wigilii - najlepiej przygotować je tydzień przed Świętami. Teoretycznie powinny mieć śliczny, czerwony kolor - moje wyszły nieco bardziej buraczane... Niemniej, smakują bajecznie, a zapach wypełniający dom podczas pieczenia zdecydowanie przywołuje na myśl świąteczne piosenki...

Przepis pochodzi od Sally, a podrzuciła mi go w zeszłym roku Maggie.

Ciasteczka red velvet z czekoladą

Składniki:
(na 24 sztuki)
  • 200 g mąki pszennej
  • 30 g kakao
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 115 g miękkiego masła
  • 100 g ciemnego brązowego cukru
  • 50 g cukru
  • 1 jajko
  • 1 łyżka mleka
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 2,5 łyżeczki czerwonego barwnika w paście
  • 180 g ciemnej czekolady (70%)

Mąkę przesiać z kakao, wymieszać z sodą i solą, odstawić.
Masło ubić z dwoma rodzajami cukru na puszystą masę. Po kolei dodawać jajko, mleko, ekstrakt oraz barwnik, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Partiami wsypywać mąkę, miksując na najniższych obrotach. Na końcu dodać posiekaną czekoladę, wymieszać dłonią lub łyżką, żeby dokładnie rozprowadzić ją w cieście.
Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Po tym czasie podzielić ciasto na 24 równe części (około 30 g), z każdej uformować kulkę, lekko spłaszczyć i ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w dużych odstępach - ciastka rozleją się na boki.

Piec w 180 st. C. przez 10-12 minut.
Przestudzić na blasze, następnie przełożyć na kratkę.

Przechowywać w szczelnym pojemniku.

Smacznego!

Listy świątecznych ciasteczek jeszcze nie zamknęłam. Co chwilę znajduję coś, co przyciąga moją uwagę i wręcz woła o przygotowanie. A ja się oprzeć nie potrafię... Chyba będę musiała zaopatrzyć się w dodatkowe puszki.

sobota, 22 listopada 2014

Jak topinambur zmienił się w pietruszkę. I zupa krem

Od jakiegoś czasu niesamowicie kusi mnie topinambur. Do niedawna nie widziałam nawet, że takie coś istnieje! Ale zaczął się dość często pojawiać na blogach, a i w jednym z programów kulinarnych widziałam, jak kucharz, którego nazwiska nie mogę sobie przypomnieć, gotował go w maśle. Bardzo dużej ilości masła... I tak, gotował, nie smażył.
Nieistotne. Ważne, że zachciało mi się topinambura, i poprosiłam C., żeby mi przy okazji kupił. Jakież było moje zdziwienie, gdy do domu wrócił z pietruszką! Na pytanie, co to jest, stwierdził, że to jedyne, co wyglądało na topinambur. A wiem, że go widział, bo kiedyś razem na niego patrzyliśmy. Nie ma wytłumaczenia... Za to wniosek jest taki, że jeśli coś chcesz, to idź i sobie kup. Na męskie wsparcie nie ma co liczyć...

Skoro już dostałam ponad pół kilo pietruszki, stwierdziłam, że zanim się w topinambur sama zaopatrzę, wypadałoby najpierw nią się zająć. Inaczej leżałaby razem z cebulą, aż wszyscy by o niej zapomnieli... Żadne z nas bowiem nie jest wielkim fanem pietruszki samej w sobie - ma jakiś taki trochę specyficzny, charakterystyczny smak, który nie do końca mi pasuje. Zaczęłam jednak szukać przepisów na zupy, aż trafiłam na ten na blogu Stoliczku nakryj się. Spodobało mi się połączenie pietruszki z jabłkiem, i postanowiłam spróbować. Z dużym zaskoczeniem stwierdziłam, że zupa wyszła znakomita, a i C. zajadał się z apetytem, choć normalnie nie jest największym fanem kremów.
Tutaj słodko-winne jabłko wspaniale uzupełnia smak pietruszki, który przestaje być taki... Pietruszkowy. Odrobina curry zaostrza zupę, a grillowane, soczyste plasterki jabłek cudnie zgrywają się z chrupiącymi pestkami dyni. Muszę powiedzieć, że od teraz będzie to jedna z moich ulubionych zup - idealnie rozgrzewająca, z charakterem.

Zupa krem z pietruszki z jabłkiem

Składniki:
(na 4 porcje)
  • 2 łyżki masła
  • 1/2 dużej cebuli
  • 2 ząbki czosnku
  • 650 g pietruszki
  • 1 jabłko
  • 1 l bulionu
  • sól
  • pieprz

dodatkowo:
  • 1 jabłko
  • 2 łyżeczki curry w proszku
  • 20 g pestek z dyni

Cebulę obrać, pokroić w kostkę. Czosnek obrać, przecisnąć przez praskę.
Pietruszkę i jabłko obrać, pokroić w kostkę.

Na maśle zeszklić cebulę, dodać czosnek, chwilę smażyć. Dodać pietruszkę i jabłko, smażyć, aż wchłoną tłuszcz. Zalać warzywa bulionem, gotować na średnim ogniu 30 minut, aż pietruszka będzie zupełnie miękka. Zmiksować blenderem na gładki krem, doprawić solą i pieprzem do smaku.

Jabłko umyć, pokroić w plastry o grubości 3-4 mm. Usmażyć na patelni grillowej z obu stron, aż na jabłkach pojawią się brązowe paseczki.

Zupę podawać gorącą z grillowanymi plastrami jabłek, podprażonymi na suchej patelni pestkami dyni i posypaną curry.

Smacznego!

Sobota. Miło, prawda...?