sobota, 14 marca 2015

Marcowe przeziębienie i ślimaczki z serkiem

Marcowa pogoda powoli zaczynać zbierać żniwo. Niby ładnie, słonecznie, a jak człowiek wyjdzie na dwór, to go przeszywa lodowaty wiatr. Z jednej strony słonko bardzo przyjemnie przygrzewa, z drugiej - naprawdę ciężko rozstać się z czapką. I choć jeszcze nie podjęłam trudnej decyzji o zmianie płaszcza i szczelnie opatulam się szalem, to i tak kicham i prycham, a nos mam tak zatkany, że nie czuję zupełnie nic. Chyba będzie trzeba uzupełnić zapas czosnku, i się nim ratować. Bo choć tabletki łykam trzy razy dziennie, poprawy jakoś nie widać... Przypominam więc sobie zasadę, którą często powtarza mój Tato: katar leczony trwa tydzień, a nieleczony siedem dni. W związku z tym nastawiam się optymistycznie - za pięć dni mój nos wróci do stanu pierwotnego, a ja z pewnością poczuję się lepiej. Póki co, skoro mamy weekend, zakopię się pod kołdrą i oddam nowej lekturze. Wczoraj zaczęłam Grę o tron - siedemset stron powinno zapewnić mi rozrywkę na nieco dłużej.

Tymczasem domowa produkcja pieczywa stanęła zupełnie. Ale sami powiedzcie - po co niby mam piec chleb, skoro znoszę do domu takie ilości, że i tak musimy rozdawać? W czwartek zaopatrzyłam nas w ciemny żytni chleb - C. jest zachwycony, a ja stwierdzam, że jak się przerzucimy w szkole na co innego, to będę musiała spróbować taki zrobić w domu. Bo tam poszło bardzo szybko, a efekt nawet mnie zachwycił (a zdecydowanie wolę białe pieczywo). 
Niemniej, na dysku znalazłam zdjęcia bułeczek, które zrobiłam w sierpniu zeszłego roku. Tak! Tak dawno. Aż mi wstyd... Nie mam pojęcia, jak one się tam zakamuflowały, w każdym razie zdecydowałam, że najwyższa już pora, aby ujrzały światło dzienne. Były bowiem naprawdę pyszne - skoro nadal pamiętam ich smak, to zdecydowanie dobrze o nich świadczy.

Tak naprawdę powstały przypadkiem - kupiłam serka kremowego na sernik, i kiedy go w domu otworzyłam, moim oczom ukazały się zielone farfocle... Nie, serek nie był zepsuty - z wielkim zdziwieniem zauważyłam informację na opakowaniu, że serek jest ze szczypiorkiem... Ech. Tak to jest, jak człowiek, skuszony promocją, bierze większą ilość i nie ogląda dokładnie każdego opakowania... Serek odłożyłam do lodówki, wyjęłam zwykły, upiekłam sernik i zaczęłam się zastanawiać, co zrobić z tą niespodzianką. Jakoś nie miałam na niego apetytu ot tak, na chlebie. Postanowiłam go więc w chleb zawinąć - upiekłam ślimaczki z serkiem kremowym. Wyszły pyszne - takie od razu gotowe kanapki. 
Skusicie się?

Ślimaczki z serkiem kremowym

Składniki:
(na 10 sztuk)
  • 300 g mąki pszennej
  • 200 g mąki pszennej graham
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 250 ml letniej wody
  • 1 jajko
  • 50 g masła
nadzienie:
  • 300 g serka kremowego ze szczypiorkiem
  • 1/4 pęczka natki pietruszki
  • 1 jajko
dodatkowo:
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka
  • 15 g sezamu
Mąki przesiać do dużej miski, wymieszać z solą. Po środku zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże. Wsypać cukier, wlać 1/3 wody, odstawić na 15 minut.
Do wyrośniętego zaczynu dodać resztę wody i jajko, zagnieść ciasto.
Masło rozpuścić i przestudzić. Dodać do ciasta, dobrze wyrobić.
Odstawić na 1 godzinę do wyrośnięcia.

Pietruszkę drobno posiekać, utrzeć z serkiem i jajkiem na gładką masę.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na kwadrat o boku 40 cm. Posmarować nadzieniem, zwinąć w ciasny rulon, pokroić na 10 równych kawałków.
Bułeczki ułożyć płasko na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Jajko roztrzepać z mlekiem. Posmarować wyrośnięte bułeczki, posypać sezamem.

Piec w 180 st. C. przez 25 minut, aż się ładnie zrumienią.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Kiedy będzie następny przepis na pieczywo? Nie ma pojęcia. Aktualnie z uporem maniaka piekę babki - chyba nadchodząca Wielkanoc rzuciła na mnie jakiś czar, bo co chwilę wymyślam nowe kombinacje, którym nie umiem się oprzeć...

czwartek, 12 marca 2015

O życiu na cmentarzu

Nikt Owens mógłby uchodzić za zwykłego chłopca z nieco tylko dziwnym imieniem, gdyby nie fakt, że jego domem był cmentarz, a opiekunami i przyjaciółmi duchy go zamieszkujące.
Jeśli to zdanie nie wzbudziło w Was ciekawości i nie zachęciło do sięgnięcia po Księgę cmentarną Neila Gaimana, to pewnie cały dalszy opis również Was nie skusi. Ja nie wiedziałam, o czym będzie ta książka - wystarczyło nazwisko na okładce, żeby przekonać mnie do kupna.

Księga cmentarna to historia dzieciństwa Nika (skrót od Nikt), który miał niezwykłe szczęście. W pewną noc do jego domu zakradł się mężczyzna o imieniu Jack, i długim, ostrym nożem zamordował jego rodziców i starszą siostrę. Chłopczykowi udało się wydostać z łóżeczka i uciec z domu, zupełnym przypadkiem trafił na cmentarz na wzgórzu. Tu wzbudził poruszenie wśród jego mieszkańców - wszelkiej maści duchów. Ochroniły go przed Jackiem, po czym zaczęły deliberować, co począć z małym, w dodatku żywym chłopcem. Po długich dyskusjach, w których szalę przeważyło zdanie Silasa, państwo Owensowie postanowili Nika adoptować. Tym sposobem chłopczyk stał się częścią tej co najmniej zaskakującej społeczności, jego rodzice są duchami, najlepszy przyjaciel - wampirem, a nauczycielka... Cóż, o pannie Lupescu najlepiej przeczytajcie sami.

Nikt przeżywa wiele różnych przygód - zaprzyjaźnią się z żywą dziewczynką i duchem prawdziwej czarownicy, przechodzi przez ghulową bramę i tylko cudem udaje mu się ujść z życiem; uczy się też różnych rzeczy, tak naprawdę niewiele mających wspólnego z typowymi zajęciami kilkulatków - znikanie i wędrówki we śnie to tylko niektóre z nich. Okazuje się jednak, że poza bezpiecznym cmentarzem, w szerokim i niebezpiecznym świecie, Jack ciągle szuka Nika. I nie spocznie, póki go nie zabije. Dlaczego? O tym też musicie przekonać się sami.

Książka jest rewelacyjna - posty, choć zupełnie niesamowity koncept Gaiman rozbudował w historię zabawną, fantastyczną, pełną niespodzianek i fenomenalnych charakterów. Dla nieznającego innego życia Nika niematerialni przyjaciele nie są niczym zaskakującym, nocne wędrówki po cmentarzu są pełne przygód, a nie strachu (no dobrze, to też - ale tylko czasami), a wyjście na pizzę z wampirem jest niemal rutynowym zajęciem. Dla czytelnika to wszystko jest nowe, zaskakujące i przyciąga uwagę tak, że ciężko się od książki oderwać.
Polecam ogromnie!

Księga cmentarna
Neil Gaiman
Wydawnictwo MAG
Warszawa, 2014

środa, 11 marca 2015

O ulubionych słowach. I babka z czerwonymi pomarańczami

Są takie słowa, czy w ojczystym, czy w obcym języku, które głęboko zapadają nam w pamięć. Czasem z uwagi na znaczenie, czasem na brzmienie, a czasami ot tak, po prostu - bo są pod jakimś względem wyjątkowe. Dla nas, bo dla postronnego obserwatora nie znaczą nic.
Moim absolutnie ulubionym duńskim słowem jest vovse-gebisset, co oznacza... Psią sztuczną szczękę. Usłyszałam to w duńskiej reklamie Pedigree (tej, gdzie psy, uśmiechając się, prezentują gwiazdorskie komplety uzębienia), i od razu wpadło mi w ucho. Uśmiecham się za każdym razem, gdy słyszę to słowo. Jego brzmienie totalnie mnie zauroczyło, choć znaczenie, no cóż... Nie to jest jednak najważniejsze.
Z kolei C., gdy Ptysia ma nieco dłuższe futro, nie nazywa jej inaczej niż kula futra. Nie mam pojęcia, co jemu się tak w tym zlepku podoba, ale zachwycił go od pierwszego razu, i używa z lubością, śmiejąc się przy tym do rozpuku.

A Wy? Macie swoje ulubione słowa? Zdarza Wam się w kółko powtarzać jeden wyraz, aż nabierze zupełnie innego charakteru? Rozbieracie słowa na części pierwsze? Mi się zdarza - dzięki temu często zapamiętuje słowa, które sprawiają mi problem. Albo takie, którymi lubię się delektować - ich dźwięk sprawia mi czystą przyjemność. Też tak macie?

Przechodząc do spraw bardziej przyziemnych, chciałabym zaprezentować Wam ciasto z czerwonymi pomarańczami. W zasadzie już te dwa słowa - czerwone pomarańcze - sprawiają, że aż drżę w środku. Uwielbiam je! Niby nie różnią się aż tak bardzo od zwykłych (i jeśli nie macie do nich dostępu, śmiało użyjcie właśnie pomarańczowych pomarańczy do tego ciasta), ale jednak w niuansach tkwi ogromna różnica. Ich kolor za każdym razem od nowa mnie oczarowuje, a smak, nieco słodszy od zwykłych, urzeka. Nie umiem się im oprzeć, i kupuję najczęściej, jak mogę (co niestety zdarza się rzadko, bo ciężko je dostać). Tym razem udało mi się nabyć kilka kilogramów, przygotowałam więc ciasto, a z reszty konfiturę, o której opowiem Wam niebawem.
Jeśli o babkę chodzi, znalazłam ją u Klaudyny, i nie potrafiłam się jej oprzeć. Pomarańcze są bowiem w cieście, w syropie, którym rzeczone ciasto nasączamy, oraz w lukrze. Całość smakuje intensywnie pomarańczowo, z lekką nutą rozmarynu w tle. Naprawdę wyjątkowe, i jednocześnie wyborne połączenie. Nieoczywiste i kuszące. Może taką niecodzienną babkę zafundujecie swoim bliskim na Wielkanoc...?

Babka potrójnie pomarańczowa z rozmarynem

Składniki:
(na formę do babki z kominkiem o pojemności 2,5 l)
  • 200 g miękkiego masła
  • 150 g cukru
  • 3 jajka
  • 2 czerwone pomarańcze
  • 2 łyżeczki cointreau
  • 275 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

syrop:
  • sok z 3 czerwonych pomarańczy
  • 1 łyżka cukru
  • 3 gałązki rozmarynu

lukier:
  • 130 g cukru pudru
  • 2 łyżki syropu
  • 2 łyżki gorącej wody

Pomarańcze na ciasto wyfiletować, wycisnąć sok z pozostałych błonek i wszystko razem zmiksować blenderem.
Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Cały czas miksując, wlewać sok z cointreau, a następnie partiami dodawać przesianą z proszkiem do pieczenia mąkę.

Ciasto przełożyć do formy wysmarowanej masłem.

Piec w 180 st. C. 40-45 minut, aż do suchego patyczka.

W czasie pieczenia przygotować syrop:
Sok przecedzić, wlać do garnuszka, dodać cukier i całe gałązki rozmarynu. Gotować na średnim ogniu, aż 1/3 płyny odparuje. 

Ciasto wyjąć z piekarnika, przestudzić w formie 15 minut, wyjąć na kratkę i odstawić na kolejne 15-20 minut. Po tym czasie podgrzać syrop, a w cieście wykałaczką zrobić dziurki. Polać syropem (2 łyżki odłożyć na lukier), odstawić do całkowitego ostudzenia.

Gdy ciasto wystygnie, resztę syropu wymieszać z gorącą wodą, a następnie z przesianym cukrem pudrem. Polać lukrem ciasto, odstawić do zastygnięcia.

Smacznego!

Tak, wiem, postów jest mało, w dodatku karygodnie zaniedbałam odwiedzanie moich ulubionych blogów. Ostatnio jednak mam mało czasu, ciągle gdzieś gonię, a jak już jestem w domu, to mam ochotę leżeć na kanapie i nic nie robić... Nawet za ulubionymi serialami ostatnio nie nadążam! 
Nie obiecuję poprawy, bo nie wiem, kiedy w końcu uda mi się ogarnąć... Mam nadzieję jednak, że wykażecie się zrozumieniem.

Babki Wielkanocne 2015

poniedziałek, 9 marca 2015

Sernik czekoladowo-cytrynowy z kruszonką

Dziś, choć nieco śpiąca, jestem w wyśmienitym wręcz nastroju. Po pierwsze udało mi się zabłysnąć wiedzą na temat poolish, a po drugie pogoda jest dzisiaj cudownie wiosenna. Ponad dziesięć stopni, słoneczko przygrzewa ciepłymi promykami, wiatru nie ma - nic, tylko się cieszyć. Ptysia z nieukrywaną radością wybrała się ze mną na spacer, i w sumie nas obie energia wręcz rozpiera. Ale jak tu się oprzeć pierwszemu prawdziwie wiosennemu dniu? Nie da się, i już.
Na myśl od razu przychodzą mi zielono-różowe łodygi rabarbaru, pierwsze czerwcowe, słodkie truskawki. Nie mogę się już tego wszystkiego doczekać!

Póki co jednak, mam dla Was sernik, który stanowi połączenie zimowo-wiosennych smaków. Jest więc kakaowy, chrupiący spód, a na nim intensywnie czekoladowa masa serowa. Na niej druga warstwa, tym razem świeżo-cytrynowa, a całość pod wyśmienitą, cytrynowo-migdałową kruszonką, którą podpatrzyłam u Erica Lanlarda w jego Czekoladzie.
Muszę przyznać, że dość długo myślałam nad tym sernikiem. Musiałam wykorzystać serek przed wyjazdem, pomyślałam więc, że przygotuję dla mojej Rodziny sernik (po przyjeździe okazało się, że Mama również jeden przygotowała - na szczęście na zimno, więc nie było najmniejszego problemu z pochłonięciem obu). Najpierw chciałam upiec taki typowo zimowy, ciężki, koniecznie czekoladowy. Później pomyślałam, że przydałoby się, choćby i najlżejsze, tchnienie wiosny. I wtedy przypomniałam sobie o wyśmienitych, czekoladowo-cytrynowych finansjerkach z wyżej wymienionej książki. To połączenie smaków jest naprawdę wyjątkowo pyszne, postanowiłam więc znów je wykorzystać. Efekt? Cudownie kremowy sernik, któremu ciężko się oprzeć. Nawet moja młodsza, wybredna Siostra pochwaliła, więc coś musi w nim być.

Wydaje mi się, że idealnie sprawdzi się na wielkanocnym stole - wygląda bardzo ładnie, a smakuje wyjątkowo. Goście z pewnością nie będą rozczarowani.

Sernik czekoladowo-cytrynowy z cytrynowo-migdałową kruszonką

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 115 g ciastek digestive
  • 45 g masła
  • 1 łyżka kakao
masa serowa:
  • 700 g serka kremowego
  • 200 g cukru
  • 4 jajka
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 100 g ciemnej czekolady (70%)
  • sok z 1 cytryny
kruszonka:
  • 25 g zimnego masła
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 25 g mąki pszennej
  • 25 g cukru
  • 50 g mielonych migdałów
Ciastka na spód dokładnie pokruszyć, wymieszać z kakao. Masło rozpuścić, przestudzić, wymieszać z ciastkami. 
Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Na dnie ugnieść, dłonią lub łyżką, masę ciasteczkową.
Schłodzić w lodówce w czasie przygotowania masy serowej.

Przygotować kruszonkę:
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem, migdałami i skórką z cytryny. Dodać zimne masło, posiekać, a następnie rozetrzeć palcami. Odstawić.

Serek zmiksować z cukrem, jajkami i śmietaną na gładką masę. Połowę odlać do inne miski.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, ostudzić. Dodać do połowy ciasta, wymieszać. Do pozostałej masy wlać sok z cytryny, wymieszać.

Na schłodzony spód wylać masę czekoladową, na wierzch delikatnie, żeby się nie wymieszały, cytrynową. Wierzch posypać kruszonką.

Piec w 160 st. C. przez 60-70 minut, aż masa serowa się zetnie.
Na koniec podnieść temperaturę do 200 st. C. i podpiekać 5-10 minut, aż kruszonka się zrumieni.

Sernik ostudzić w uchylonym piekarniku, a następnie schłodzić w lodówce przez noc.

Smacznego!

Wczoraj moja Mamunia miała urodziny, chciałabym jej więc życzyć wszystkiego, co najlepsze, dużo zdrowia i mnóstwa powodów do uśmiechu, no i oczywiście - pociechy z nieznośnych dzieci. Najlepszego!

piątek, 6 marca 2015

Idealne masło orzechowe

Chyba mnie w tym tygodniu dopadło wiosenne przesilenie (jest w ogóle coś takiego?). Ile bym nie spałam, ciągle ziewam. Po powrocie do domu z ulgą zwijam się na kanapie, zaczynam czytać książkę i odpływam sama nie wiem kiedy, o ile jakaś siła mnie przed tym nie powstrzyma (na przykład psa intensywnie domagająca się spaceru). Macie jakieś sprawdzone sposoby na taki stan ducha (i ciała zresztą też)? 
W każdym razie, mam nadzieję, że po długim weekendzie (długim dlatego, że już nie pamiętam, kiedy ostatnio oboje mieliśmy wolne od piątku popołudnia aż do niedzieli wieczorem) w końcu odzyskam nadwątlone siły. W planie jest porządnie się wyspać, jeśli pogoda dopisze - udać się na spacer, a także upiec pierwszy z serników na Wielkanoc. Od przyszłego tygodnia bowiem mam zamiar wkroczyć w iście wielkanocny nastrój, sprawdzić, jak się mają moje jajka (porcelanowe), może kupić jakiegoś nowego kurczaczka...? No i napiec całe mnóstwo ciast w temacie. Będą przynajmniej dwie babki, mazurek, serniki i pascha. Chyba. Bo nie wiem, czy czasu mi starczy, i czy będzie komu jeść. Ostatnio sporo smakołyków przynoszę też ze szkoły, i choć robię C. duże paczki do pracy, ku uciesze jego kolegów, to i tak mamy więcej, niż dajemy radę zjeść. Nie wypada więc piec czegoś więcej...

A dzisiaj, w temacie jeszcze z Wielkanocą niezwiązanym, mam dla Was przepis na idealne masło orzechowe.
Na początku muszę zaznaczyć, że wielką miłośniczką masła orzechowego nie jestem. Owszem, od czasu do czasu mogę zjeść, ale raczej nie kupuję. Jakoś tak... Nie rozumiem, za co tak wielu ludzi je kocha. W każdym razie ostatnio okazało się niezbędnym składnikiem zupy, a w sklepie, jak na złość, akurat nie było. Stwierdziłam więc, że zrobię je sama - w końcu to żadna filozofia, prawda? Wystarczy wszystko wrzucić do blendera i poczekać, aż stanie się magia. Nie wiedziałam, czy lepiej użyć orzeszków solonych czy nie, więc kupiłam oba rodzaje. W efekcie głębokich przemyśleń i dogłębnej lektury wrzuciłam je do miski pół na pół, i muszę powiedzieć, że to było bardzo dobre posunięcie. Masło bowiem wyszło idealne - cudownie kremowe, delikatne, z perfekcyjnie wyważonym dodatkiem soli. Nawet C. zajadał z nim kanapki na śniadanie, a on już w ogóle masła orzechowego nie lubi. Polecam więc Wam ogromnie - kilka minut roboty, a efekt zbija z nóg.

Masło orzechowe

Składniki:
(na 250 g)
  • 125 g niesolonych orzeszków ziemnych
  • 125 g solonych orzeszków ziemnych

Orzechy wsypać do malaksera, miksować przez 5-10 minut, aż do otrzymania gładkiej, jednolitej masy. 

Przechowywać w zamkniętym słoiczku w lodówce do miesiąca.

Smacznego!

W ten sam sposób można przygotować masło z dowolnych orzechów. Można też pokusić się o różne dodatki - odrobina miodu, posiekane orzeszki, żeby przyjemnie chrupało, jakieś przyprawy... Tylko wyobraźnia Was ogranicza.

czwartek, 5 marca 2015

O marcowej pogodzie i czekoladowym chlebku bananowym słów kilka

Ja wiem, że w marcu jak w garncu, ale bez przesady! Rano wychodzę z domu - cud, miód i orzeszki. Niebo w zachwycających odcieniach błękitu, różu i złota, kilka puchatych obłoczków przesłania wschodzące słońce. Uśmiech sam mi wykwitł na twarzy, i nie schodził, póki nie dojechałam do szkoły. Bo tu powitał mnie deszcz, który ciął w szyby równomiernie przez cztery godziny. Gdy skończyłam zajęcia, zrobiło się jeszcze ciekawiej, bo miejsce wody zajęły lodowe kulki, wśród których przemykałam niczym czerwona pantera. W drodze powrotnej zrobiłam sobie mały przystanek na zakupy, i po piętnastu minutach, gdy wyszłam ze sklepu, całą okolicę, łącznie z moim autkiem, zdążyła pokryć cienka warstwa białego puchu. Wielkie płatki powoli wirowały, lądując na zaskoczonych twarzach. 
Do wieczora jednak wszystko się stopiło, a później zamarzło, co zaowocowało moją poranną przegraną walką z drzwiami do samochodu. W efekcie musiałam się gramolić przez siedzenie pasażera, co wcale nie poprawiło i tak nadszarpniętego perspektywą nudnych zajęć samopoczucia. (Tak, nawet w mojej bajecznej szkole zdarzają się nudne zajęcia - jeśli ktoś nie próbował wypełniać arkuszy kalkulacyjnych nużącymi danymi przez trzy godziny, nie zrozumie, jakie to potrafi być frustrujące.)

Pogoda szaleje na całego, i ciężko przewidzieć nie tylko, co spotka nas następnego dnia, ale nawet co zdarzy się za godzinę. Najlepszy na to sposób - zawinąć się w koc na kanapie, w zasięgu dłoni mieć książkę, herbatkę, psa do głaskania i ciasto. Jakie? Dzisiaj proponuję Wam kolejny chlebek bananowy, tym razem znaleziony u Mateusza. Fantastyczne połączenie gęstego ciasta bananowego z odrobiną kakao, chrupiącymi orzeszkami ziemnymi, ciągnącymi krówkami i aromatyczną czekoladą. Czy ktoś mógłby się temu oprzeć...? Wątpię, szczególnie, że wykonanie nie nastręcza najmniejszych problemów, wystarczy wszystko zamieszać łyżką. Potem już tylko pozostaje niecierpliwie dreptać przy piekarniku, bo zapach się z niego wydobywający nie pozwoli oddalić się zbytnio. Później zostaje już tylko degustacja - i gwarantuję, że na jednym kawałku się nie skończy. Bo to połączenie smaków jest wprost obłędne! Koniecznie musicie spróbować.

Czekoladowy chlebek bananowy z orzeszkami i krówkami

Składniki:
(na keksówkę 30x10 cm)
  • 300 g mąki pszennej
  • 25 g kakao
  • 120 g cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia 
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 115 g masła
  • 2 jajka
  • 100 ml mleka
  • 2 banany
  • 80 g krówek
  • 50 g solonych orzeszków ziemnych
  • 50 g ciemnej czekolady (70%)

dodatkowo:
  • 30 g solonych orzeszków ziemnych

Masło rozpuścić, przestudzić.
Krówki, czekoladę i orzeszki posiekać.

Mąkę przesiać z kakao, wymieszać z cukrem, proszkiem i sodą.
Jajka roztrzepać. Dodać przestudzone masło i mleko, wymieszać. Banany rozgnieść widelcem, dodać do mokrych składników, połączyć.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia. Dodać posiekane krówki, orzechy i czekoladę, połączyć.

Masę przełożyć do keksówki wysmarowanej masłem bądź wyłożonej papierem do pieczenia.
Wierzch posypać pozostałymi orzeszkami.

Piec w 180 st. C. przez 45 minut, do suchego patyczka.
Wystudzić w formie.

Smacznego!

Niecierpliwie czekam na wiosnę. Dłuższe dni dodają mi skrzydeł, a że pogoda jeszcze niezbyt sprzyja dłuższym spacerom, planuję wielkanocne menu. Jest tyle różnych ciast, tyle przepisów, a tak mało czasu... Interesują Was może jakieś konkretne przepisy? Albo macie jakieś sprawdzone pyszności? Bo już zawrotów głowy dostaję, a nic konkretnego wymyślić nie mogę...

wtorek, 3 marca 2015

Praktyki w piekarni. I kojąca szarlotka

Uff... Pracowicie mi ostatnio czas mija. Praktyki, szkoła, praca... W domu najchętniej bym tylko spała. Na szczęście dzisiaj w końcu trafiło się wolne popołudnie, i zamiast na spanie, postanowiłam przeznaczyć je na napisanie zaległego posta. Wyśpię się po śmierci, czy jakoś tak...

Do rzeczy więc: na praktyki wybrałam niedużą piekarnię po drugiej stronie ulicy. Przyznam się bez bicia, że elementem decydującym była lokalizacja - nie wiedziałam, na którą będę miała chodzić, a nie uśmiechała mi się godzinna podróż w okolicach drugiej nad ranem... Na szczęście okazało się, że wpół do szóstej jest godziną satysfakcjonującą dla właściciela, co oznacza, że otwierać oczęta musiałam raptem chwilę przed piątą. Mam w tym niejakie doświadczenie, więc choć łatwo nie było, dałam radę.
Piekarnia nie jest duża - raptem trzech piekarzy przygotowujących chleb i ciasta do dwóch sklepów. W zeszłym roku Erik odkupił sklep, gdyż poprzednia właścicielka po trzydziestu latach postanowiła udać się na zasłużoną emeryturę. Piekarnia jest jednak jeszcze starsza - nie mogłam ustalić dokładniej daty otwarcia, ale nastąpiło to około pięćdziesięciu lat temu. Wtedy do kompletu była jeszcze mleczarnia, która niestety nie wytrzymała konkurencji z dużymi dostawcami i trzeba ją było zamknąć.

Pracowałam z Lone, która skończyła tę samą szkołę, w której ja się teraz uczę. Opowiadała mi trochę o nauczycielach, rozmawiałyśmy o tym, co się zmieniło. Co najważniejsze jednak, zrobiłyśmy razem całe mnóstwo ciast. 
Plan dnia wyglądał mniej więcej tak samo - najpierw przygotowanie ciast do sklepu - wyjęcie z lodówek tego, co zostało z dnia poprzedniego, ułożenie na nowych tacach, uzupełnienie ciastami z zamrażarki. Gdy butik kusił już wszelkiego rodzaju słodkościami, pomagałam przy robieniu chleba - nauczyłam się składać bochenki, formować bułeczki, układać je ekonomicznie na blachach. Na końcu przygotowywałyśmy ciasta na zapas, czyli na przykład biszkopt i kremy do dziewięćdziesięciu tortów Othello (duńska klasyka - dwa biszkopty przełożone bitą śmietaną i kremem budyniowym oraz obłożone marcepanem; w naszej wariacji występował jeszcze dżem malinowy i pokruszone ciasteczka amaretti oraz kawałki ananasa jako dekoracja), na które była przecena w piątek. 

Muszę przyznać, że moje praktyki oceniam bardzo pozytywnie. Owszem, to naprawdę ciężka praca, ale również bardzo satysfakcjonująca. Choć to nie do końca to, co najbardziej mnie kręci, to mam już jakiś przedsmak i wiem, gdzie powinnam szukać stałych praktyk. Tutaj zniechęciła mnie powtarzalność i klasyczność - nie ma miejsca na nic innego, nowego. Poza tym większość kremów i ciast przygotowuje się z gotowych miksów, i rezultat jest taki, że ciasta są słodkie, ale ciężko wyczuć w nich jakikolwiek smak... Nudne są po prostu, niestety. 
Ludzie natomiast są wspaniali - Lone i panie z butiku mnie rozpieszczały jak mogły, nikt mnie nie stresował, nie denerwował się, gdy zrobiłam coś nie tak. Chwalono za to za najmniejsze drobiazgi, więc codziennie szłam tam z dużą dawką optymizmu. Na koniec nawet dostałam małego, czerwonego Hoptymistę - ludzika na sprężynie, którego Duńczycy wprost uwielbiają. Aż mi się łezka w oku zakręciła ostatniego dnia. A to przecież był tylko tydzień!

W domu w tym czasie piekłam niewiele - za dużo smakołyków przynosiłam ze sobą. Chciałabym się jednak podzielić przepisem na wyjątkowo pyszną szarlotkę, która umilała nam popołudnia jeszcze przed moimi praktykami.
Połączyłam w niej słodkie, orzechowe ciasto z pyszną masą jabłkową z nutą mandarynki (można użyć soku z pomarańczy). Całość wyszła słodziutka i obłędnie pyszna, szczególnie podawana na ciepło z gałką ulubionych lodów. To taki idealny comfort food, gdy pogoda robi nas w balona, obiecując wiosnę, a za chwilę sypiąc gradem; gdy ciągle chce się spać, a tyle jest do zrobienia; albo po prostu gdy mamy ochotę na coś słodkiego i pachnącego domem. 

Bazę do przepisu znalazłam u Doroty, ale sporo tam zmieniłam.

Orzechowo-mandarynkowa szarlotka

Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

ciasto:
  • 250 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 100 g mielonych orzechów laskowych
  • 130 g cukru trzcinowego
  • 230 g zimnego masła

masa jabłkowa:
  • 1 kg jabłek
  • 100 g cukru
  • 100 ml soku z mandarynek
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej

dodatkowo:
  • 3 łyżki bułki tartej
  • 2 łyżki cukru pudru

Jabłka obrać, pokroić w ćwiartki, wyciąć gniazda nasienne. Pokroić kawałki jabłek w cienkie plasterki. Umieścić je w garnku z cukrem i połową soku z mandarynek. Podgrzewać, aż owoce zmiękną.
Mąkę rozrobić w pozostałym soku, dodać do jabłek, dobrze wymieszać, zagotować. Zdjąć z palnika, przestudzić.

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z proszkiem, orzechami i cukrem. Dodać masło, posiekać nożem, a następnie szybko zagnieść. Podzielić ciasto na pół, każdą część rozwałkować na wielkość formy. Jeden z okręgów zawinąć w folię spożywczą i schować do lodówki, drugi wyłożyć na spód tortownicy wysmarowanej masłem.

Spód podpiec w 180 st. C. przez 20 minut.

Następnie posypać go bułką tartą, wyłożyć jabłka, a wierzch przykryć pozostałym ciastem.

Piec w 180 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić.

Przed podanie posypać cukrem pudrem.

Smacznego!

Jeśli czegoś Wam w tym wpisie brakowało - koniecznie dajcie znać. Z przyjemnością uzupełnię informację i odpowiem na Wasze pytania.