środa, 13 lipca 2011

Bo pić też czasem trzeba...

Po ostatnim cieście, którego udanym w żadnym razie nazwać nie można, jakoś odechciało mi się piec. Może mieć na to również wpływ pogoda - piękna, słoneczna, przy której włączanie piekarnika to wręcz czysty masochizm. Ale słodkiego się chce... Postanowiłam więc przygotować coś lekkiego, pobudzającego, a jednocześnie stanowiącego pełnoprawny deser. Szukałam inspiracji w En aromatisk nydelse: Kaffe, ale jakoś żadna z podanych propozycji mnie nie zadowoliła. Wymieszałam więc kilka przepisów, tu dodałam, tam odjęłam, coś od siebie też dorzuciłam - i jest. Kawa mrożona, której moc kryje się za delikatnym mlekiem i śmietanką, a odrobina alkoholu nadaje całości charakteru. Kawa jest słodka, bardziej zamiast, niż do ciasta. Bardzo nam zasmakowała: Szanowny Brat kawy nie pija, ale tą pochwalił i nie pogardził dolewką; D. jest fanem kawy, a takiej słodkiej i z efektami specjalnymi to już w ogóle; ja również nie odmówię. Kiedy robiłam prawo jazdy dwa lata temu, i miałam przerwy między teorią a jazdami, siadałam w kawiarni z książką w dłoni i mrożoną kawą na stoliku. Piękne to były  czasy...

Abstrahując od kuchni, gotowania i niegotowania, chciałabym wspomnieć, że jutro strona postcrossing.com obchodzi swoje szóste już urodziny. Sama jestem członkiem od nieco ponad roku, wysłałam w tym czasie 73 kartki, dostałam 65 z różnych stron świata. Nieoficjalnie, za pośrednictwem strony, umawiając się prywatnie, wysłałam i dostałam drugie tyle. Uważam, że to świetna zabawa, i warto o tym wspomnieć. Takie podróże za pomocą pocztówek bywają naprawdę odkrywcze i ciekawe. Świetna zabawa gwarantowana!

Wracając do kawy - wierzch może nie wygląda najlepiej, ale dopiero co kupiłam sobie śmietankę w sprey'u, i jeszcze nie specjalnie wychodzi mi jej używanie. Ale nauczę się! Póki co sprawia mi wielką frajdę - kojarzy się jakoś tak... Profesjonalnie. A przykryta odrobiną ajerkoniaku wygląda i tak całkiem nieźle. Najważniejsze, że smakuje świetnie. Polecam!

Kawa mrożona z lodami



Składniki:
(na 1 porcję)
  • 150 ml mocnego naparu z kawy
  • 1-2 łyżeczki cukru
  • 70 ml zimnego mleka
  • 1 gałka lodów waniliowych
  • 2-3 łyżki bitej śmietany
  • 1-2 łyżki ajerkoniaku

Kawę posłodzić (wedle uznania) i ostudzić. 
Zimną wymieszać z mlekiem. Do szklanki włożyć lody, zalać kawą.
Na wierzch wyłożyć bitą śmietanę, polać ajerkoniakiem.

Smacznego!

Pogoda dopisuje, ale pracy mamy tyle (i Panowie, i ja), że brakuje nam czasu na wycieczki czy chociażby dalsze spacery. Mam nadzieję jednak, że koniec lipca i początek sierpnia dadzą nam chwilę wytchnienia, i jeszcze przed wrześniowym urlopem uda nam się gdzieś pojechać i coś zobaczyć. Tymczasem... Lecę do pracy.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Zakalec

I już! Tak naprawdę nie musiałabym dodawać nic więcej. Gdyby to było jakiekolwiek inne ciasto, nie przyznałabym się w ogóle nawet do próby wykonania. Ale tym razem nie dość, że o nim opowiem, to jeszcze będę Was zachęcać do spróbowania! I to wcale nie dlatego, że w weekend pracowałam sześć godzin dłużej, niż miałam w planie, zamiast trzech dni w tygodniu wolny mam jeden, i z tego wszystkiego rzuciło mi się na mózg. Po prostu, jeśli chodzi o moje wypieki, mam pewien problem nie do przeskoczenia...

Tym problemem jest ciasto ucierane. Najprostsze z prostych. Każdy umie je zrobić, to od niego zaczynane są lekcje pieczenia. Dzięki Bogu, ja zaczęłam od serników, i w tej chwili nie uciekam z kuchni z krzykiem. Bo mi ciasta ucierane nie wychodzą! Umiem upiec naprawdę pyszny, delikatny, wspomniany wyżej sernik, puszystą drożdżówkę, a nawet chleb i bułki, kruche ciasto wychodzi mi kruche i maślane, muffinki rosną zawsze, biszkopt jest lekki jak chmurka, nawet przeszłam pomyślnie próby z ciastem parzonym i francuskim. A przy podejściu do niemal każdego ciasta ucieranego wyciągam z piekarnika, większy bądź mniejszy, zakalec. Nie wiem, dlaczego. Przeczytałam milion rad na ten temat. Próbowałam z masłem, olejem, a teraz też śmietaną. I co? I... Zakalec. Magia jakaś. 
Jeśli ktoś z Was zna sposób na ten typ ciasta - będę wdzięczna za każde wskazówki. Jeśli podrzucicie przepis, który mi się uda - będę głęboko zobowiązana. Sami przyznacie, że jest to co najmniej dziwne... 

Jako osoba lubiąca wyzwania, od czasu do czasu, kiedy znajdę wyjątkowo interesujący przepis, podejmuję próbę. Głęboko wierzę, że robiąc wszystko zgodnie z przepisem, osiągnę sukces. Z zapartym tchem czekam, aż ciasto się upiecze, po czym wyciągam cudny, słodki... Zakalec

Tym razem w Przyjaciółce polecającej: Ciasta i desery z owocami, nr 7/2010, znalazłam przepis na ciasto z agrestem i marcepanem. Mmm... Agrest czekał w lodówce na swój wielki dzień, marcepan leżakował w szafce od dłuższego już czasu. Jedyne, co zmieniłam, to ilość cukru. W oryginale było 250 g, ja dałam 115, a i tak wyszedł bardzo słodki. Agrest świetnie się z marcepanem komponuje, i jestem pewna, że gdyby nie moja tajemnicza umiejętność do pieczenia zakalca, ciasto byłoby pyszne! Nam i tak smakowało, i zjedliśmy całą blachę. Ale dumna z niego nie jestem. Mam jednak wrażenie, że osoby mające więcej szczęścia przy cieście ucieranym mogą na podstawie tego przepisu upiec coś godnego uwagi. Dlatego podam przepis, z tą jedną zmianą, i mam nadzieję, że ktoś się skusi, a później podzieli ze mną wrażeniami. 

Placek agrestowy z marcepanem



Składniki:
(na tortwnicę o średnicy 26 cm)
  • 220 g śmietany kremówki (38%)
  • 115 g cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 5 jajek
  • 350 g mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia

dodatkowo:
  • 200 g marcepanu
  • 450 g agrestu

Agrest umyć i poodcinać końcówki.
Kremówkę z cukrem waniliowym ubić na pół-sztywno. Wsypać cukier, zmiksować. Wbijać po jednym jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia. Partiami dodawać do masy śmietanowo-jajecznej, miksując na najniższych obrotach.

Na wierzch równomiernie zetrzeć marcepan na tartce o drobnych oczkach.

Podpiec w 180 st. C. przez 10 minut.

Ciasto wyjąć z piekarnika, rozłożyć na wierzchu agrest, delikatnie dociskając. 

Piec w 180 st. C. prze kolejne 30-40 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić.

Smacznego!

Gwoli sprawiedliwości dziejowej muszę dodać, że za moje sześć dodatkowych godzin ciężkiej pracy dostałam całkiem niezłego szampana. Dobry Szef z gestem nie jest zły... Ciekawe, kto go będzie ze mną pił...? W sensie szampana, nie szefa...

czwartek, 7 lipca 2011

O czym pisze Jaskółka?

W zeszły piątek czekała mnie, jakże interesująca, wycieczka do urzędu. Samo załatwienie sprawy, zgodnie z planem, zajęło jakieś dziesięć minut, ale przedtem musiałam grzecznie swoje odczekać (tym razem ledwie godzinę). Nauczona doświadczeniem, postanowiłam zabrać książkę. Tylko którą...? Poprzedniego wieczoru skończyłam Sto butelek na ścianie, musiałam więc wybrać coś nowego. Stanęłam niezdecydowana przed regałem, a czas uciekał. W końcu chwyciłam... Nie, nie pierwszą lepszą z brzegu, ale po prostu najcieńszą (czekały mnie jeszcze małe zakupy, nie chciałam więc mieć dodatkowego ciężaru do dźwigania). 
Nawet nie osiemdziesiąt stron Dziennika Jaskółki Amelie Nothomb przeczytałam w dwa dni. Początek podobał mi się zdecydowanie bardziej niż końcówka, ale może zacznę od początku.



Autorka przedstawia nam młodego mężczyznę, kuriera, który właśnie przeżył zawód miłosny, tak głupi, że lepiej nie mówić. Szukając lekarstwa na cierpienie, postanawia po prostu przestać czuć. Wyłącza zmysły, staje się obojętny nie tylko na swój ból, ale całe piękno otaczającego świata. Nie reaguje na nic. Aż do chwili, gdy słyszy Radiohead, a konkretnie piosenkę o obrotowych drzwiach. Stara się odzyskać swoje zmysły, ale nie jest to tak proste, jak się spodziewał. W końcu znajduje prostą drogę do spełnienia - zabijanie. Gdy przez przypadek spotyka pewnego Rosjanina, który proponuje mu mordowanie na zlecenie, nasz bohater nie ma żadnych oporów. Nadaje sobie nowe imię, Urban, niemalże zmienia tożsamość. Czeka tylko na kolejny telefon, po którym będzie mógł zabić. Nie jest bezduszny, o nie! Każdy raz jest inny, każdy wyzwala w nim uczucia, każdy sprawia, że znów budzi się w nim człowiek.
I wszystko jest w najlepszym porządku do momentu, kiedy przychodzi mu wybrać się na wieś, aby zamordować pewnego biznesmena wraz z całą rodziną. To tam poznaje Jaskółkę - bezimienną jak on, w jego oczach doskonałą. Nieustraszoną, ciekawą. Inną od wszystkich kobiet, które znał.

Co dzieje się dalej? Sięgnijcie po książkę Amelie Nothomb. Ona opowie to lepiej niż ja.

I o ile początek uważam za ekscytujący, końcówka nieco mnie zawiodła. Książka z pogranicza jawy i snu, pisana niesamowicie barwnym językiem, nieco tajemnicza. O człowieku, który kompletnie się zatracił, dla którego nie ma już drogi powrotu. Nie zajmie Wam dużo czasu, a z pewnością dostarczy inspiracji do głębszych przemyśleń.

Dziennik Jaskółki
Amelie Nothomb
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA
Warszawa, 2007

środa, 6 lipca 2011

Pierwszy w tym roku dżemik

Miałam mieć dzisiaj wolne. Plan był ambitny - nie nastawiać budzika, w końcu zwlec się z łóżka, w piżamie zjeść śniadanie, ubrać się w dres, wyjść z Ptysią, a potem przygotować jakiś pyszny obiad i ciasto z agrestem, który wczoraj kupiłam na bazarze. Dzień zapowiadał się niezwykle przyjemne, leniwie, bez presji. I co? I nici. Bo po pierwsze jednak muszę stawić się w pracy, a po drugie zaraz po pędzić do urzędu i załatwić w końcu sprawę, która ciągnie się już zbyt długo. Kiedy odpocznę i będę mogła zapomnieć o budziku? Może w przyszłym tygodniu... Liczę na to bardzo.

Tymczasem opowiem Wam o dżemie, który przygotowałam wczoraj. W lodówce leżały zapomniane nektarynki (z których miała być pyszna tarta, ale jakoś mi nie wyszło) i kilka smętnych morelek. Co robić? Jakoś niespecjalnie chciało mi się piec, a że owoce trzeba było wykorzystać natychmiast, postanowiłam zrobić dżemik. Wyszły mi dwa małe słoiczki, pewnie zjemy je zanim jeszcze w ogóle ktokolwiek zacznie myśleć o zimie, ale muszę powiedzieć, że połączenie tych smaków jest obłędne. Nektarynki i morele pasują do siebie znakomicie, a lawenda i liście limonki sprawiają, że całość staje się niecodzienna i oryginalna. Dżem jest słodki, ale pyszny. Może w końcu nektarynki wylądują w tarcie...?
Konsystencja mojego jest dość zwarta, ale nie zupełnie sztywna. Sami musicie zdecydować, kiedy będzie Wam odpowiadać.

Inspirację znalazłam w ślicznej różowej książce, w której się zakochałam, jak tylko ją zobaczyłam na sklepowej półce. Dejlig marmelade, syltetøj og gele jest pełna przeróżnych pomysłów, zwykłych, ale też zupełnie zaskakujących. W tym roku nie będę szaleć z przetworami (nie mam za bardzo czasu, poza tym w piwnicy czekają słoiczki z zeszłego roku), ale kilka razy z pewnością ją wykorzystam.

Dżem nektarynkowo-morelowy




Składniki:
(na 2x200 g)
  • 570 g nektarynek
  • 260 g moreli
  • 300 g cukru
  • 100 g miodu
  • 1 łyżka suszonych kwiatów lawendy
  • 2 suszone liście limonki
  • 4 łyżki wody

Owoce obrać i pokroić w średniej wielkości kostkę. Liście limonki skruszyć, dodać do owoców wraz z lawendą. Zasypać połową cukru i odstawić na noc do lodówki.

Następnego dnia wyjąć owoce z lodówki. Resztę cukru z dodatkiem wody skarmelizować w garnku z szerokim dnem. Wlać miód, poczekać, aż cukier znowu się rozpuści. Dodać owoce, gotować na niewielkim ogniu aż do otrzymania pożądanej konsystencji (może to zająć około 4 godzin).

Przełożyć do wyparzonych słoiczków, ewentualnie pasteryzować.

Smacznego!

Od wczoraj mamy śliczną pogodę. Słoneczko, dość ciepło, aż chce się żyć. Mam nadzieję, że taki stan rzeczy utrzyma się jak najdłużej - mamy przecież lato, prawda...?

wtorek, 5 lipca 2011

Muffiny z niespodzianką

Dzisiaj jeszcze lekkie zabieganie - załatwianie wszelkich formalności z Szanownym Bratem to nie do końca bułka z masłem. Urzędnicy potrafią denerwować (ale o tym chyba nikomu mówić nie muszę). Mam nadzieję, że uda nam się wszystko pomyślnie załatwić, i jutro wreszcie odsapnę. Bez ludzi, tylko z Ptysią, i może jakimś przyjemnym zapachem z piekarnika. Z książką w dłoni i gorącą herbatą w kubku. Niby mamy lato, ale pochmurno, deszczowo, nieciekawie, i zdecydowanie lepiej się czuję, kiedy mój napój paruje, a nie dzwoni kostkami lodu.

Zanim jednak zabiorę się za pieczenie czegoś nowego, opowiem Wam o naszych muffinkach na drogę. Bez papilotek, bo po pierwsze bałam się, że znowu nie będą się odklejać; a poza tym w aucie wygodniej bez dodatkowych przeszkód. Po maksymalnie czekoladowej tarcie zostało mi akurat dwanaście truskawek, więc postanowiłam zatopić je w słodkim cieście. Nadal wolę świeże, ale muszę przyznać, że z tymi muffinami skomponowały się znakomicie. Delikatne, puszyste, z soczystą niespodzianką. Wszystkim smakowały.

Wcześniej rozważałam przygotowanie chlebka bananowego, ale niestety nie starczyło mi czasu... Sięgnęłam więc po 1 mix, 100 muffins, i znalazłam przepis na muffiny na Dzień Mamy. Proponowano truskawki podać jako dodatek, jednak nie miałam odpowiedniej ilości, poza tym takie rozwiązanie nie bardzo się na podróż nadaje. Myślę jednak, że moja modyfikacja im nie zaszkodziła, bo zjedliśmy je z apetytem. Polecam, nie tylko na Dzień Mamy.

Muffiny z truskawkami



Składniki:
(na 12 sztuk)

suche:
  • 340 g mąki pszenne
  • 110 g cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli

mokre:
  • 2 jajka
  • 250 ml mleka
  • 80 ml oleju
  • 2 łyżeczki ekstraktu z pomarańczy

dodatkowo:
  • 12 truskawek

Mąkę przesiać do miski z proszkiem do pieczenia. Wsypać sól i cukier, wymieszać.
W drugiej misce roztrzepać jajka. Wlać olej, mleko i ekstrakt, wymieszać.

Wlać płynne składniki do suchych, niedbale wymieszać, tylko do połączenia składników.
Nałożyć do foremek po jednej łyżce masy. Wcisnąć w każdą muffinkę truskawkę, przykryć resztą ciasta.

Piec 20-25 minut w 200 st. C.

Smacznego!

Hmm... Coś mi dziś weny na pisanie brakuje. Ale mam nadzieję, że jak już się porządnie wyśpię, wróci, i znowu zacznie mi się chcieć.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Truskawki raz jeszcze

Pisałam już o tym, że truskawki najbardziej lubię świeże? Mogą być w cieście, czemu nie, ale soczyste, jędrne, na zimno. Upieczone już mi tak nie smakują... Dlatego, kiedy w piątek drogą kupna nabyłam jeszcze jeden koszyczek, zamarzyła mi się tarta. Bardzo, bardzo czekoladowa. I do tego truskawki. Istna rozpusta! Niewiele myśląc, przygotowałam spód, na który przepis znalazłam w Przyjaciółce polecającej: Ciasta i desery z owocami, nr 7/2010. Włożyłam do lodówki, i zaczęłam rozglądać się za wypełnieniem... W gazetce proponowali serowe, na mascarpone, pewnie pyszne, ale bez czekolady. A ja tak bardzo chciałam ją mieć! Z pomocą przyszła mi Maggie, i podrzuciła link do przepisu na BBC Good Food. Ach! Tak właśnie, o to mi chodziło! Niewiele myśląc, skorzystałam z proponowanego wypełnienia, zmieniając maliny na truskawki. Do masy nie dawałam też cukru pudru - wydała mi się wystarczająco słodka. Jeśli jednak użyjecie czekolady z wyższą zawartością kakao, jedna czy dwie łyżki pewnie nie zawadzą. Najlepiej posmakować i ewentualnie dosłodzić według uznania.

Efekt? Czekoladowe niebo i spełnienie absolutne. Kruchy spód i rozpływający się w ustach mus, którego zwieńczeniem są soczyste truskawki... Musicie tego spróbować!
Warto jednak chwilę przed podaniem ciasto wyjąć z lodówki - zmięknie, i będzie smaczniejsze.

Tarta czekoladowa z truskawkami



Składniki:
(na formę do tarty o średnocy 28 cm)

spód:
  • 200 g mąki pszennej
  • 100 g cukru
  • 150 g zimnego masła
  • 3 łyżki kakao
  • 1 żółtko

mus:
  • 100 g ciemnej czekolady (70%)
  • 100 g mlecznej czekolady z różą (35%)
  • 1 łyżeczka ekstraktu z róży
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

dekoracja:
  • 400 g truskawek

Mąkę przesiać do miski z kakao. Wsypać cukier i dokładnie wymieszać. Dodać masło i połaczyć do konsystencji kruszonki. Wbić żółtko, szybko zagnieść gładkie ciasto. 
Uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Po tym czasie dokładnie wylepić ciastem formę, gęsto ponakłuwać widelcem.

Piec 20-25 minut w 200 st. C.
Wystudzić.

Czekolady rozpuścić w kąpieli wodnej. Wlać ekstrakty, wymieszać, ostudzić.
Kremówkę ubić na sztywno, wmiksować czekoladę.

Mus wyłożyć na spód.
Truskawki umyć, pozbawić szypułek. 
Wybrać 14 najładniejszych, jedną ułożyć na środku, 13 dookoła. Pozostałe pokroić w kosteczkę, wysypać na tartę. 
Schłodzić w lodówce co najmniej 2 godziny przed podaniem. 

Smacznego!



A teraz pozwolę sobie nieco z tematu jedzeniowego zboczyć. Jesteśmy po weselu i długiej podróży. Całość, według przewidywań, była męcząca, ale całkiem udana. Nie żałuję, że pojechaliśmy, i mam nadzieję, że jeszcze jakieś wesele nam się trafi...
Poznałam wielu sympatycznych ludzi, tańczyłam, śmiałam się, i... Złapałam welon. Ładny był bardzo.
Ptysia, odrobinę nieszczęśliwa, też przeżyła rozłąkę.

Teraz już powoli wszystko wraca do normy, i mam nadzieję, że w końcu uda mi się wyspać...

Poza tym dowiedziałam się dzisiaj, że wygrałam lawendowy bukiet. Bardzo, bardzo dziękuję! 

piątek, 1 lipca 2011

W kolorze czerwonym

Uff... Niby wolny dzień, a zmachana jestem bardziej, niż jak normalnie do pracy idę. Rano wizyta w urzędzie trochę mi ciśnienie podniosła (czy ci ludzie naprawdę zawsze muszą robić pod górkę...?), później przyjemniejsze wysłanie kartek wywołało uśmiech spod maski irytacji. Po drodze do domu kupiłam śliczne, pachnące truskawkami truskawki, ale o nich opowiem Wam innego dnia. 
Poza tym że sprzątałam, pakowałam i z psem spacerowałam, przygotowałam też dla moich Panów całkiem niezły obiad. Wykorzystałam sprawdzony już spód, znaleziony w gazetce Pieczenie jest proste, nr 5/2009, ale tym razem zaszalałam z farszem. Wzorowałam się na tym od Zauberi, choć zmieniłam to i owo, głównie ze względu na wielkość blachy. Miałam wielką ochotę na botwinkę z ciastem drożdżowym - i mam. I powiem Wam, że jest pyszna. Buraczki zdecydowanie grają pierwsze skrzypce, cała reszta jest cudownym dodatkiem. Na kruchym pewnie też byłoby pysznie, ale jednak drożdżowe, to drożdżowe... Nie do podrobienia. Polecam Wam z całego serca obie wersje, bo taka odsłona botwinki (dla mnie zupełnie nowa) z pewnością warta jest wypróbowania.

Dodam jeszcze, że choć lista składników wydaje się długa, tak naprawdę w większości to po prostu przyprawy. Podane ilości są orientacyjne - ja dałam tyle, i wyszło lekko ostre, co dobrze współgra z delikatną masą jajeczno-śmietanową. Oczywiście należy ich ilość dopasować do własnego gustu.

Placek drożdżowy z botwinką



Składniki:
(blacha 35x25 cm)

ciasto:
  • 500 g mąki pszennej
  • 25 g świeżych drożdży
  • 250 ml letniego mleka
  • 160 g masła
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru

nadzienie:
  • 650 g botwinki z buraczkami
  • 2 łyżki masła
  • 2 łyżki czosnku w płatkach
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka pieprzu
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1/2 łyżeczki chilli w płatkach
  • 1/2 łyżeczki kminku
  • 1/2 łyżeczki majeranku
  • 2 łyżki świeżego koperku

polewa:
  • 2 jajka
  • 160 g twarożku kremowego
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)

Mąkę przesiać do miski. Zrobić wgłębienie, wkruszyć drożdże, zasypać cukrem i zalać 1/3 mleka. Ostawić na 15 minut.
Masło rozpuścić i przestudzić.
Po tym czasie dodać resztę składników. Wyrobić gładkie, elastyczne ciasto.
Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około 40 minut, do podwojenia objętości.

Blachę wysmarować masłem i wyłożyżyć rozwałkowanym ciastem, formując krawędź. Odstawić na 15 minut do napuszenia.

Botwinkę i buraczki pokroić. Na głębokiej patelni rozpuścić masło, podsmażyć czosnek. Dodać botwinkę, smażyć około 10 minut. Wsypać przyprawy, wymieszać, podsmażać aż do całkowitego wyparowania płynu. Przestudzić.

Jajka roztrzepać, dodać twarożek i śmietanę, wymieszać trzepaczką na gładką masę.

Na drożdżowy spód wyłożyć buraczki, zalać masą jajeczną.

Piec w 220 st. 40-50 minut (jeśli boki zrumienią się zbyt szybko, przykryć folią aluminiową.
Podawać ciepłe.

Smacznego!

Wybaczcie, że dzisiaj tak na szybko, ale przed jutrzejszym wyjazdem jeszcze tyle do zrobienia... 
Gwoli wyjaśnienia: jedziemy na wesele do Kuzyna moich Panów (którego nie znam, podobnie jak większości Rodziny...), jutro rano wyruszamy, w niedzielę wieczorem wracamy. Eskapada będzie pewnie dość męcząca, ale mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić (to moje pierwsze wesele, a nie chciałabym się zrazić...). Trzymajcie kciuki za powodzenie misji, i do napisania w przyszłym, mam nadzieję spokojniejszym, tygodniu.