środa, 21 lutego 2018

Kochanie przez czytanie, czyli kilka słów o rzeczach ważniejszych

Magdę, a właściwie jej bloga Save the magic moments, poznałam przypadkiem. Ot, gdzieś jakiś link, w który kliknęłam, bo akurat temat mnie zainteresował. Okazało się, że Madzia, choć nie o ciastach pisze, potrafi czytelnika przyciągnąć na tyle, że ma ochotę zostać dłużej.
Po jakimś czasie okazało się, że jest tak samo zwariowana na punkcie książek, jak ja. Gdy więc postanowiła zorganizować akcję Kochanie przez czytanie nie miałam wątpliwości, że wezmę w niej udział, choć teoretycznie - niezupełnie jest mi po drodze.

Dawno, dawno temu, gdy byłam zupełnie malutka, a później już nieco większa, moi Dziadkowie czytali mi na okrągło. Serio! Nie pamiętam wieczoru, kiedy jedno z nich nie przeczytałoby mi przynajmniej kilku bajek na dobranoc. Przodował w tym Dziadek - jako emerytowany milicjant, zakochany po uszy w swojej pierworodnej wnusi, wykorzystywał niemal cały swój czas wolny na umilanie życia małej terrorystce. Skąd taka brutalna samokrytyka...? Otóż wyobraźcie sobie taką scenę: późny wieczór, dzień najprawdopodobniej powszedni (choć to akurat nie ma większego znaczenia); Dziadek z wnusią, obleczeni w piżamki, leżą w łóżku. Dziadek czyta, wnusia słucha. Jedną bajkę, drugą, trzecią... Dziadek zaczyna przysypiać, wnusia niezbyt elegancko go szturcha i stanowczym, choć piskliwym głosikiem żąda, aby kontynuował. Dziadek czyta dalej, bo jak tu się skarbowi oprzeć...? 
Po kilku powtórzeniach, kiedy już niemal cała książka jest po raz nie wiadomo który przeczytana od deski do deski, do pokoju wpada Babcia, w podomce i wałkach na głowie, żeby dosadnie, aczkolwiek elegancko, wyrazić swoje niezadowolenie. W końcu do zerówki wstać trzeba! Dziadek potulnie przyznaje jej rację, mówi, że tylko skończy tę ostatnią bajeczkę, po czym czyta minimum pół godziny. 

Gdyby sześcioletnim dziewczynkom zlecano międzynarodowe zadania dyplomatyczne, świat wyglądałby zupełnie inaczej...

Morał z tej historii jest taki, że wychowano mnie na książkach. Nawet kiedy już nauczyłam się czytać, nadal wieczorem Babcia lub Dziadek czytali mi bajki. Do znudzenia, w kółko te same książki. Miałam ich całkiem sporo, baśnie Andersena czy braci Grimm (za tymi ostatnimi nie przepadałam; były straszne same w sobie, a okładki książek wywoływały koszmary), ale dwie były ulubione: Bajarka opowiada i Baśnie Dalekiego Wschodu (polecam je Wam z całego serca!). Doszło do tego, że zanim nauczyłam się czytać, potrafiłam siedzieć z którąś tych książek na kolanach i udawać, że czytam, powtarzając tekst baśni słowo w słowo! Ach, to były czasy... Aż mi się łezka w oku kręci na samo wspomnienie.

Te długie godziny spędzone na czytaniu w dużym stopniu ukształtowały moją osobowość. Sprawiły, że mam raczej bogate słownictwo, a językiem ojczystym posługuję się poprawnie i intuicyjnie. Bajki w telewizji czy czas spędzony przed komputerem czy z telefonem w ręku z pewnością tego nie dadzą. Dlatego tak ważne jest, żeby dzieciom czytać. Żeby od małego nauczyć je, że to coś wspaniałego. Bo inaczej czarne literki na białym tle przegrają z kolorowymi obrazkami.


Dzisiaj chciałabym napisać kilka słów o książce dla dzieci nieco starszych, ale która mnie - osobę dorosłą - oczarowała. Mowa o Na szczęście mleko... Neila Gaimana. Gaiman, absolutnie genialny autor książek fantastycznych, zabrał się za powieść dla dzieci - i wyszło mu to znakomicie! Na szczęście mleko... to historia zapominalskiego taty, który musiał zająć się dziećmi, gdy jego żona wyjechała w podróż służbową. Poprzedniego dnia zapomniał kupić mleka, czym prędzej więc przed śniadaniem udał się do sklepu. Niestety, droga nie była prosta; napatoczyli się na niej profesor Steg, czyli podróżujący w czasie dinozaur, królowa piratów, wumpiry i śluzowate stwory. Czy Tacie uda się wrócić i nakarmić dzieci, które powoli tracą nadzieję na szczęśliwe zakończenie...? Koniecznie sprawdźcie razem ze swoimi dziećmi!

I chociaż jeszcze nie mam swoich dzieci, to książek dla dzieci mam całe mnóstwo i wiem, że jak już się pojawią, to będę im czytać tyle, ile czytano mnie. Bo to jedna z tych rzeczy, które mają na dzieci ogromny wpływ; nie tylko w danej chwili, ale na ich przyszłość. A to chyba najważniejsze...

9 komentarzy:

  1. Aniu, miałaś wielkie szczęście i kochanych dziadków, W mojej rodzinie ze strony mamy wszyscy lubili i nadal lubią czytać książki. Ja swoją przygodę z książką zaczęłam dość późno, lubię czytać, ale tylko coś lekkiego i z małym poczuciem humoru,

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie w domu czytanie było obowiązkowe, na wszystkie urodziny, święta, okazje, dostawałam tylko książki. Dziś kocham czytać i czytam po kilkanaście książek w miesiącu. Nie wyobrażam sobie beze tego życia. Gaimana lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo podoba mi się Twój ciepły opis relacji z Dziadkami. Zdecydowanie przyćmił rekomendację książki :) przeczytanie tego wpisu było czystą przyjemnością!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiem, trochę dałam się ponieść myślom przy pisaniu tego posta. Ale doszłam do wniosku, że przy tej kampanii chodzi o pokazanie, jak ważne jest czytanie dzieciom; książki, które wybieramy, to sprawa drugorzędna ;)

      Usuń
  4. Mnie też czytała babcia i bardzo miło wspominam te chwile. Uwielbiałam też gdy tato czytał lub opowiadał mi bajki na dobranoc.

    OdpowiedzUsuń
  5. Okładka książki przyciąga wzrok :) Dzieci będą zachwycone.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniały początek wciągający nas ciepło w Twoje relacje z dziadkami. Miałaś naprawdę wspaniałego dziadka, a historia naprawdę urzeka :) Książką też mnie zaintrygowałaś, choć zwykle ciężko mi się przełamać do fantastyki, ale w wydaniu dziecięcym jest chyba bardziej lekkostrawna ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kolejna pozycja, której nie czytałam. Do nadrobienia :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeja dziękuję za te ciepłe słowa, za udział w kampanii i za cudowną historię. Cudni dziadkowie. Magiczne wspomnienia i piękny nawyk czytania ��������

    OdpowiedzUsuń