czwartek, 10 stycznia 2013

Pomarańczowe bułeczki. Ale bez pomarańczy

Tak, jak wspomniałam wczoraj - dzisiaj przepis na naprawdę niesamowite bułeczki. Co jest w nich wyjątkowego? Przede wszystkim kolor, ale też składnik, który tej niesamowitej barwy nadaje. Zerknijcie na zdjęcie - wiecie, co tam dodałam? 
Podpowiedzi: nie jest to pomarańcza (bułeczki są wytrawne), ani barwnik spożywczy (na śniadanie...?), nie jest to dynia, choć już cieplej...

W związku z tym, że dynia jest warzywem sezonowym, zamroziłam sobie trochę musu. Piekąc z nią jednak zastanawiałam się nad godnym substytutem - wypieki z dodatkiem dyni bowiem bardzo nam smakują, no i wiadomo - ten kolor... Najbardziej do dyni podobna wydaje mi się marchewka, a że dziwnym trafem miałam kilka w domu, postanowiłam przetestować swoją teorię. Upiekłam bułeczki z musem z marchewki, i wiecie co...? Wynik jest zaskakująco dobry. Pieczywo wyszło bardzo delikatne i puszyste, neutralne w smaku (pasuje i do dżemiku, i do szyneczki), z tą lekko wyczuwalną nutą w tle, której nadają nietypowe dodatki. Jednak posmarowane masłem i z plastrem sera i pomidora smakuje jak zwykłe bułki. 

Tym razem zostawiłam je na noc do wyrośnięcia w lodówce - chciałam mieć świeżutkie, cieplutkie bułeczki na śniadanie. Można je jednak odstawić na drugie wyrastanie na 20-30 minut w temperaturze pokojowej, i wtedy upiec. Będą równie smaczne.
I ten kolor... Nigdy nie widziałam tak intensywnie pomarańczowych bułeczek! Ogromnie mi się podobają. 

Luźną inspiracją był przepis z bloga Cook yourself, jednak pozmieniałam bardzo dużo. Zamiast płynów - jest marchewka. Ciasto jest bardzo delikatne, lekko lepkie, ale nie należy podsypywać mąką - bułeczki będą bardziej puszyste. Idealnie nadaje się do wyrabiania nawet słabszym mikserem - pójdzie szybciej niż rękoma. Polecam serdecznie - na każdym śniadaniu zrobią furorę.

Nocne bułeczki marchewkowe z ziarnami dyni


Składniki:
(na 10 bułeczek)
  • 430 g mąki pszennej
  • 11 g suchych drożdży
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 łyżeczki kurkumy
  • 370 g marchewek
  • 1 żółtko
  • 30 g masła

dodatkowo:
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki mleka
  • 25 g pestek dyni

Marchewki obrać, pokroić w kostkę, ugotować do miękkości w wodzie z 1/2 łyżeczki cukru i soli. Dokładnie odcedzić, zmiksować blenderem na gładką masę. Ostudzić.

Mąkę przesiać do miski, wymieszać z drożdżami, solą, cukrem i kurkumą. Dodać puree z marchewki i żółtko, zagnieść ciasto. 
Masło rozpuścić i przestudzić, dodać do masy. Wyrobić gładkie ciasto. 
Odstawić w ciepłe miejsce na 1 godzinę, do podwojenia objętości.

Wyrośnięte ciasto jeszcze raz szybko zagnieść, podzielić na 10 równych części. Z każdej uformować okrągłą bułeczkę.
Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Odstawić do lodówki na 10-12 godzin do wyrośnięcia.

Wyrośnięte bułeczki wyjąć z lodówki 30-40 minut przed pieczeniem. Posmarować roztrzepanym z mlekiem żółtkiem, posypać ziarnami dyni.

Piec w 200 st. C. przez 18-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

A palce pachną mi limonką. Dlaczego? Odpowiedź w kolejnym poście.

środa, 9 stycznia 2013

Samo zdrowie: ciasto marchewkowe

Dzisiaj będzie o boskim cieście marchewkowym. Drugie, które jest na blogu, jeszcze lepsze niż poprzednie.

Ogólnie rzecz biorąc, to przeżyłam sporo frustracji związanych z ciastami marchewkowymi - permanentnie wychodzą mi zbyt wilgotne, czasami wręcz zakalcowate. I o ile zasadniczo lubię mokre ciasta, to ten typ powinien mieć strukturę gąbczastą - czyli stawiać delikatny opór przy gryzieniu, jednocześnie będąc miękkim. Wiecie, co chcę powiedzieć, prawda...?

Szukając przepisu trafiłam w końcu na stronę BBC Good Food i zaryzykowałam. Okazało się to strzałem w dziesiątkę - ciacho jest po prostu idealne: wilgotne, ale nie mokre, strukturę ma wspaniałą, świeżość zachowuje bardzo długo i cudownie smakuje z kremem lub sosem waniliowym, albo lodami.

I tu też napotkałam problem. Otóż wymyśliłam sobie, że lepiej będzie smakowało z kremem niż lukrem. Tyle, że z przepisu na krem, który znalazłam, wyszedł mi, swoją drogą bardzo smaczny, sos. Po dwóch dobach w lodówce nadal płynny. Jedliśmy ciacho z jego dodatkiem, smakowało wyśmienicie, ale przepisu nie podam, no bo jednak nie tego oczekiwałam. Mimo wszystko proponuję do ciasta jakiś dodatek - złagodzi smak przypraw i słodycz (następnym razem nieco zmniejszyłabym jednak ilość cukru).

Ciasto marchewkowe z rodzynkami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)
  • 135 g jasnego brązowego cukru
  • 40 g ciemnego brązowego cukru
  • 3 jajka
  • 175 ml oleju
  • 150 g marchwi
  • 100 g rodzynek
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 175 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej

Cukier i olej zmiksować. Dodać lekko ubite jajka, połączyć. 
Marchewki obrać, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Dodać do masy jajecznej z rodzynkami i skóką z cytryny, wymieszać. 
Mąkę przesiać z proszkiem i sodą, wymieszać z cynamonem i gałką. Partiami dodawać do masy, dokłądnie mieszając.

Ciasto przełożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. 40-50 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

A jutro pokażę Wam przepis na bułeczki w kolorze tak radośnie i intensywnie pomarańczowym, że zakochacie się w nich od pierwszego wejrzenia. Gwarantuję!

wtorek, 8 stycznia 2013

Ciasteczka. Na razie ostatnie, obiecuję...

Właśnie odkryłam, że post, który miał się opublikować w sobotę, złośliwie o tym zapomniał. Ukryty wśród kopii roboczych, śmiał mi się w nos. Co za blogspot... Trudno - co się odwlecze, to nie uciecze, czy jakoś tak... Dzisiaj więc - ostatnie przedświąteczne ciasteczka.
Upiekłam je dzień przed Wigilią na wyraźne życzenie C. To nic, że puszki pełne były ciastek przeróżnych - C. smęcił i marudził, że chce ciasteczka z czekoladą, i że przecież już dawno mi powiedział, że takie chce, i dlaczego ja mu nie chcę takich upiec, skoro co chwilę wyciągam z piekarnika coś nowego...? 
Jako że źle znoszę bycie pod tak silną presją - uległam. Późnym wieczorem, kiedy sklepy były już zamknięte, w związku z czym niedobór ciemnej czekolady uzupełniłam białą. Nie zaszkodziło to ciasteczkom - wyszły idealne. Zaraz po jego ulubionych, te znikały najszybciej. Kruche, z dużą ilością czekolady, całkiem spore ciacha - zdecydowanie nie na jeden kęs. Banalne i szybkie w przygotowaniu. Takie typowe american chocolate chip cookies, prosto z Macaroons and biscuits wydawnictwa The Australian women's weekly. 

I to już ostatni z zeszłorocznych przepisów. Ogłaszam koniec ciasteczkowych przepisów - przynajmniej na jakiś czas. I już nie w ilościach hurtowych - potrzeba została zaspokojona. 

Ciasteczka z czekoladą (II)


Składniki:
(na 20 sztuk)
  • 125 g miękkiego masła
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 50 g cukru
  • 60 g jasnego brązowego cukru
  • 1 jajko
  • 250 g mąki pszennej
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 100 g ciemnej czekolady (80%)
  • 50 g białej czekolady

Masło utrzeć z ekstraktem i cukrem na puszystą, jasną masę. Wbić jajko, zmiksować. 
Mąkę przesiać z sodą, partiami dodawać do masy. Czekoladę posiekać, dodać do ciasta, dokłądnie wymieszać.

Z masy uformować 20 kulek, każdą lekko spłaszczyć. Schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Schłodzone ciasteczka układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia zachowując odstępy (ciasteczka sporo rosną).

Piec 15 minut w 180 st. C.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Dziś ostatni dzień wolności przed powrotem do pracy - trzeba go dobrze spożytkować, jak myślicie, co by tu upiec...?

poniedziałek, 7 stycznia 2013

O nie gotowaniu obiadów. I krem z pora

Ja piekę, C. gotuje - taki panuje podział zajęć w naszym domu. Gdy C. robi obiad, troszkę pomagam - obieram ziemniaki, gotuję ryż, kroję marchewki czy mięso, mieszam sos w garnku. Ustawiam minutnik. A potem zmywam, a C. wyciera naczynia. Oboje uważamy to za sprawiedliwy system, nikt nie narzeka i nie ma obiekcji. 
Jeśli C. pracuje po południu, dzień wcześniej zazwyczaj robi podwójną porcję obiadu, żebym mogła sobie po prostu odgrzać - dobry z niego chłopak, prawda? Przed problemem staję, kiedy C. pracuje kilka dni z rzędu, i mi się obiad skończył... Nie, żebym nie umiała - gotowałam codziennie obiady przez kilka lat przecież. Problemem jest fakt, że nie lubię gotować dla siebie... Nie chce mi się spędzać godziny nad garnkami tylko po to, żeby pochłonąć coś szybko między pisaniem posta a spacerem z psem. Lubię gotować i piec dla kogoś - żeby komuś sprawić przyjemność, żeby kogoś nakarmić. Dlatego zazwyczaj kończę z tostem (za co naprawdę przepraszam wszystkich zwolenników zdrowego żywienia) lub... Zupą. Bo, jak wiecie, zupy uwielbiam, poza tym robi się je błyskawicznie, no i starczają na dwa - trzy dni (lub tylko jeden obiad, jeśli C. wraca do domu głodny). 

Tym razem miałam trzy zalegające w kuchni pory, które wyglądały coraz smętniej. Nie pamiętam już, do czego je kupiliśmy, w każdym razie nie zużyliśmy wszystkich. Dawno, dawno temu ugotowałam krem z porów, który był pyszny. Szczęśliwym trafem zapisałam składniki, jednak nie mogę znaleźć źródła. Poza tym pozmieniałam proporcje, dodałam śmietanę zamiast mleka, więc nadałam zupie mojego smaku. 
Wyszła gęsta za sprawą ziemniaków, które też sprawił, że smak pora jest delikatniejszy. Kremowa, sycąca, rozgrzewająca - idealna! Gałka muszkatołowa nadaje jej wyjątkowości - koniecznie musi spróbować, póki jest jeszcze ciemno i zimno wieczorami.

Zupa krem z pora


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 3 pory (tylko białe i jasnozielone części)
  • 4 małe ziemniaki
  • 2 łyżki masła
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 litr bulionu
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 3/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • sól
  • kolorowy pieprz

Pory pokroić w talarki, ziemniaki w kostkę.
W średnim garnku rozgrzać masło, wrzucić najpierw pory, podsmażyć 2-3 minuty, następnie dodać ziemniaki. Gdy warzywa wchłoną tłuszcz, zalać całość bulionem i gotować 20-30 minut, aż będą miękkie.

Zupę zdjąć z ognia, dokładnie zmiksować blenderem. Wlać śmietanę i sok z cytryny, doprawić gałką muszkatołową, solą i pieprzem. 
Podawać gorącą.

Smacznego!

Spędziliśmy z C. leniwy weekend w domu, w którego skład weszły moje godziny z książką i czas dla C. na granie, poświęciliśmy sporo czasu na przygotowanie dwóch pysznych obiadów i namiętnie oglądaliśmy F word Gordona - genialny program swoją drogą. Polecam serdecznie, jeśli chcecie zobaczyć Ramsey'a z nieco mniej agresywnej strony - ten facet ma naprawdę uroczy uśmiech!

piątek, 4 stycznia 2013

Historia miłosna i wyzwanie 2013

Nie miałam ostatnio za dużo czasu na czytanie. Praca i dojazdy zajmowały mi sporo czasu, a w związku z tym, że o piątej żadne autobusy jeszcze nie jeżdżą, musiałam jeździć autkiem. A jak ogólnie wiadomo, przy prowadzeniu samochodu ciężko się czyta. W domu głównie spałam albo z C. wymyślaliśmy jakieś dziwne zajęcia - książki zaś stały na półce i patrzyły z wyrzutem. Jednak w okolicach Świąt i Sylwestra, kiedy puszki były już pełne ciasteczek, choinka ubrana, a krasnale uśmiechały się z każdego kąta i parapetu - siadałam na kanapie i nie tylko skończyłam dawno zaczętą książkę, ale przeczytałam też jeszcze jedną. Mam nadzieję, że w tym nowym roku będzie mi szło lepiej, podjęłam bowiem wyzwanie na Good reads - w roku 2013 przeczytam przynajmniej 40 książek. Nie jest to liczba abstrakcyjna - wiem, że dam radę. Jednak będę musiała wygospodarować na czytanie troszkę więcej czasu - trzymajcie kciuki. A może ktoś z Was się skusi i też podejmie wyzwanie? Wydaje mi się, że może to być dobrą motywacją. A czytać przecież trzeba. 

Supersmutna i prawdziwa historia miłosna zaintrygowała mnie tytułem. Jestem kobietą, lubię historie miłosne. Zabrałam się więc za czytanie z dużym optymizmem i sporymi nadziejami na ciekawą lekturę. Hmm... Dostałam nie do końca to, czego oczekiwałam.


Książka to historia miłości Lenny'ego Abramova - syna rosyjskich imigrantów, pracującego w korporacji zajmującej się przedłużaniem życia - do Eunice Park - młodziutkiej Koreanki pochodzącej z bardzo tradycyjnej rodziny, której rodzice również są imigrantami. Lenny i Eunice poznali się w Europie, a po powrocie do Ameryki zamieszkali razem próbując się nawzajem uszczęśliwić. Nie było im łatwo - historie rodzinne miały ogromny wpływ na ich życie. Eunice czułą się winna, że nie pomaga rodzicom i nie jest wzorem dla siostry, jednocześnie chcąc wyrwać się z konserwatywnego, pełnego uprzedzeń środowiska. W epoce konsumpcjonizmu spędzała długie godziny szperając w internecie, kupując ciuchy albo marząc o kupowaniu rzeczy, na które nie było jej stać. Nie rozumiała fascynacji Lenny'ego książkami, ze zdumieniem patrzyła na półki zapełnione tomami dawno zapomnianych autorów. Lenny z kolei czuł się winny, że nie potrafi dostosować się do otaczającego go świata - chciał czytać, chciał realnych kontaktów z drugą osobą. Na przekór temu pracował w najbardziej nowoczesnej firmie - konsultant do spraw nieśmiertelności to nie byle co, prawda? Póki co dopiero pracowano nad najlepszym możliwym rozwiązaniem, ale jego szef i współpracownicy szczerze wierzyli, że jest to tylko kwestia czasu.
Żeby mało było różnic kulturowych, Lenny'emu i Eunice przyszło żyć w trudnych czasach - Ameryka chyliła się ku upadkowi, i kiedy nagle wybuchły zamieszki, wszystko wywróciło się do góry nogami.

Czy miłość okaże się silniejsza niż niesprzyjające okoliczności? Czy mimo wszystkich tych różnic uda im się znaleźć wspólną drogę? Jak zachowają się w obliczu katastrofy? Czy Juni spojrzy w końcu na świat oczami Lenny'ego i dostrzeże realność strasznych wydarzeń mających miejsce tuż za ekranem jej aparatu? 
Na te pytania znajdziecie odpowiedź w książce Shteyngarta.

Dlaczego książka nie zachwyciła mnie tak do końca? Bo choć o poszukiwaniu siebie i miłości, to momentami troszkę nadmuchana, a Lenny w swoim pamiętniku odrobinę przynudza. Mimo wszystko uważam, że warto po nią sięgnąć - bo historie miłosne zawsze są fascynujące.

Supersmutna i prawdziwa historia miłosna
Gary Shteyngart
Świat Książki
Warszawa, 2011

czwartek, 3 stycznia 2013

Apetyczny chlebek bananowy

W grudniu na blogu pojawiały się niemal same ciasteczka. Totalnie mnie wzięło - piekłam jedne za drugimi, a później, cóż... Ktoś musiał to jeść... Mam jeszcze jedne do pokazania, nie aż tak świąteczne, przygotowane na specjalne życzenie C. - zniknęły błyskawicznie mimo sporych rozmiarów. Dziś nie o tym jednak...

Żeby nieco od ciasteczek odpocząć, upiekłam ciasto. Jeszcze przed Świętami. 
Po pierwsze - chciało mi się ciasta. Po drugie - miałam w domu akurat cztery już zbyt dojrzałe żeby je ot tak zjeść, banany. Po trzecie - przyjechała do mnie wspaniała książka Miss Dahl's voluptuous delights Sophie Dahl. Wniosek - po prostu musiałam upiec chlebek bananowy! 

Od dłuższego już czasu miałam ochotę na ten akurat przepis. Postanowiłam sobie jednak, że najpierw kupię książkę, a dopiero potem będę piekła. Kiedy więc w końcu książka do mnie przyjechała, nie mogłam czekać. Banany miałam w domu przypadkiem - ale okazało się to bardzo smacznym zrządzeniem losu. Chlebek bowiem okazał się przepyszny! Ci, którzy próbowali go wcześniej mieli absolutną rację - nie do pobicia. Wilgotny, bardzo, bardzo bananowy, jedyne do czego mogę się przyczepić, to że był za słodki - a i tak zmniejszyłam ilość cukru w stosunku do oryginału... C. stwierdził, że dla niego jest w sam raz, ja jednak następnym razem dodam nieco mniej cukru. A następny raz będzie z pewnością - ciacho przygotowuje się błyskawicznie i łatwo, a jest rewelacyjne. Koniecznie musicie spróbować! A początek nowego roku to czas na to idealny - po godzinach spędzonych w kuchni przed Świętami i Sylwestrem przyda się przepis na coś szybkiego.
U nas połowa zniknęła, jak był jeszcze ciepły - to chyba najlepsza rekomendacja.

Moje ciacho wyszło troszkę zbyt płaskie - użyłam nieco za dużej formy. Podane wymiary są więc absolutnie maksymalne - śmiało możecie użyć mniejszej formy.

Chlebek bananowy Sophie Dahl


Składniki:
(na keksówkę 11x27 cm)
  • 75 g miękkiego masła
  • 4 dojrzałe banany
  • 170 g jasnego brązowego cukru
  • 1 jajko
  • 1 łyżka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 170 g mąki pszennej

Banany zmiksować na gładką masę. Wsypać cukier, dodać masło i ekstrakt, zmiksować tak, żeby nie było grudek masła. Jajko ubić, dodać do masy bananowej, połączyć. Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać z solą. Partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera.

Ciasto przełożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia, wyrównać powierzchnię.

Piec w 180 st. C. przez 1 godzinę.
Wystudzić, wyjąć z formy.

Smacznego!

Ponieważ między Świętami a Sylwestrem oboje z C. mieliśmy wolne, miałam  trochę czasu na czytanie - jutro więc kilka słów o książce wartej uwagi, choć nie doskonałej.

środa, 2 stycznia 2013

Duńskie Święta - czyli inaczej niż zawsze

Witam Was po Świętach!
Jak było? Najedliście się za wszystkie czasy? Góra prezentów rozpakowana? Dzieciaki ucieszone zasypiały pod choinką? Odpoczęliście, i jesteście gotowi na wszystkie niespodzianki 2013 roku?

Moje Święta tym razem były zupełnie inne niż dotychczas, dlatego dzisiaj bez przepisu, za to edukacyjnie - opowiem Wam, jak wyglądają duńskie Święta Bożego Narodzenia. Tak naprawdę nie mam poglądu na Święta w Danii ogólnie, ale wydaje mi się, że rodzina C. spędza je dość tradycyjnie. Jeśli więc chcecie odpocząć od karpia, barszczu i uszek - zapraszam na krótką relację zza północnego stołu.

Po pierwsze - jedzenie. W domu Mama i Babcie przyzwyczaiły mnie, że na Święta trzeba przygotować góry jedzenia - pierogi pieczone i tradycyjne, uszka, barszcz, karp smażony, karp w galarecie, sałatka jarzynowa, śledzie w śmietanie i oleju, a na deser sernik, piernik i makowiec. A wszystko to w ilościach hurtowych. Inaczej się nie da - i już. W Danii przygotowuje się obiad - owszem, spory, ale tak naprawdę z myślą o jednym posiłku, ewentualnie przekąsce na dzień następny. Są więc ziemniaki w ciemnym sosie, flæskesteg, czyli pieczona wieprzowina, z charakterystyczną, bardzo chrupiącą skórką, i pieczona kaczka. Do tego gotowana czerwona kapusta. Na deser risalamande, czyli pudding ryżowy z nutą migdałową. Na stół wjeżdża spora miska, z której każdy nakłada sobie porcję i polewa sosem wiśniowym lub truskawkowym. W deserze ukryty jest jeden cały migdał - kto go znajdzie, dostaje prezent. Pudding znika więc błyskawicznie, i każdy zjada więcej, niż zjadłby normalnie - niespodzianka pobudza apetyt.
Po obiedzie obowiązkowe jest śpiewanie kolęd i tańczenie wokół choinki - dopóki zupełnie nie zakręci się w głowach. A potem czas na ulubioną przez dzieci część - czyli prezenty. W tym roku przyszedł do nas Julemand, czyli Mikołaj. Trzylatek brata C. był uradowany, choć chyba też lekko przestraszony. Biorąc pod uwagę wielkość rodziny C. - trzynaście osób na Wigilii - Mikołaj miał naprawdę dużo pracy. Na szczęście znaleźli się pomocnicy.
Tutaj chciałabym wszystkim podziękować za cudne prezenty - naprawdę trafione, co nie jest łatwe, kiedy zna się kogoś tylko troszkę. Kasper był zachwycony, bo on wybierał ubrania dla mnie i innych pań, i wszystkie były szczerze ucieszone. Mnie najbardziej uradował prezent od C. - soda stream to coś, o czy długo marzyłam - mnóstwo frajdy sprawia mi ta zabawka. Dziękuję!
Ptysia dostała śliczną czerwoną zawieszkę z naszymi numerami telefonów. Teraz chodzi dumnie po mieszkaniu i dzwoni przy każdym, najmniejszym nawet ruchu. Urocze.

Później już zupełnie tradycyjnie - wszyscy razem siedzą, podjadają ciasteczka, cukierki i mandarynki, szczęśliwcy, którzy nie muszą prowadzić popijają czerwone wino - i tak dopóki nie zachce się spać. Ciepło, przytulnie - takie właśnie powinny być Święta Bożego Narodzenia. Nie ważne, w jakim języku - ważne, że w rodzinnej atmosferze z bliskimi. I choć tęskniłam za swoją Rodziną, bawiłam się świetnie i bardzo, bardzo dziękuję za możliwość spędzenia tych Świąt właśnie tak.

W Sylwestra również byliśmy u rodziców C., razem z jego siostrami. wskoczyłyśmy - dosłownie - w Nowy Rok z wysokości krzeseł, wypiliśmy szampana, oglądaliśmy fajerwerki. A później obudziłam się w 2013 roku i myślałam o tym, jak bardzo ta data wydawała mi się abstrakcyjna kilkanaście lat temu. Nigdy bym nie pomyślała, że będę tu, gdzie teraz jestem. Ale jestem szczęśliwa, że wszystko ułożyło się tak, a nie inaczej. Mam nadzieję, że Wasz Nowy Rok zaczął się równie przyjemnie i optymistycznie patrzycie w przyszłość. 

Szczęśliwego Nowego Roku!

A jutro będzie przedświąteczne jeszcze ciasto. Pyszne!