wtorek, 8 listopada 2011

Coś szybkiego

W niedzielę mieliśmy gościa. Przyjechał kuzyn chłopaków (dla którego dawno, dawno temu robiłam tort urodzinowy), i razem z Bratem przysiadł. Znając jednak słabość Grzesia do słodyczy, i chcąc zrobić wszystkim Panom przyjemność (oni nie odmawiają słodkiego), stwierdziłam, że trzeba by coś upiec. Tylko co...? Zaczęłam przeglądać książki, aż w Wyśmienitych ciastach serowych Elisabeth Lange zobaczyłam przepis na sernik na zimno. Na zdjęciu wyglądał pięknie! I od razu poczułam do niego słabość. Po pierwsze sernik - to musi być dobre. Po drugie - z czekoladą i lekką nutą kawy... Czy to może się nie udać...? Nie może. Jest pyszne! 
Masa jest dość gęsta jeszcze przed schładzaniem, więc nie ma obaw, że wycieknie z tortownicy. W oryginale żelatyny nie było wcale, ale wydaje mi się, że bez niej serniczek mógłby popłynąć... Nawet z dwoma łyżkami, po dwóch godzinach w cieple, zaczynał delikatnie rozmiękać (także należy go przechowywać w lodówce). Od siebie zamieniłam jeszcze w spodzie czekoladę na kakao - żeby było szybciej... Jakoś nie chciało mi się piec. Wyszedł śliczny, choć moim zdaniem przygotowany w mniejszej tortownicy, a co za tym idzie wyższy, prezentowałby się bardziej dekoracyjnie.

Sernik wyszedł pyszny - delikatny, czekoladowo-kawowy, bajka po prostu. Muszę przyznać, że smakował mi jak mało który. Zdecydowanie jeden z lepszych, jakie udało mi się przygotować (i wcale nie piszę tak o każdym serniku...). Cóż mogę powiedzieć? Polecam bardzo. Nam został zaledwie mały kawałeczek na poniedziałek. I nadal był pyszny!

Sernik cappuccino



Składniki:
(na tortownicę o średnicy 24 cm)

spód:
  • 140 g ciastek digestive
  • 75 g masła
  • 20 g kakao

masa serowa:
  • 600 g serka kremowego
  • 300 g śmietany kremówki (38%)
  • 120 g cukru
  • 50 g cappuccino w proszku
  • 2 łyżki żelatyny
  • 2 łyżki zimnej wody
  • 60 ml gorącej wody
  • 80 g ciemnej czekolady (50%)

dodatkowo:
  • 15 g ciemnej czekolady (50%)

Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z kakao. Masło roztopić, przestudzić, i wymieszać z ciastkami.
Spód tortownicy wyłożyć folią aluminiową.
Masę ciasteczkową ugnieść na spodzie łyżką lub dłonią. Schłodzić w lodówce w czasie przygotowania masy serowej.

Serek, kremówkę i cappuccino zmiksować na gładką, puszystą masę.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej razem z cukrem.
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, następnie wlać gorącą, wymieszać aż do rozpuszczenia, przestudzić.
Do masy serowej wlać żelatynę wąskim strumieniem, cały czas miksując. Dodać czekoladę, zmiskować na gładko.

Masę przełożyć na ciasteczkowy spód, wyrównać.
Wstawić do lodówki na 3-4 godziny, a najlepiej całą noc, aż do całkowitego stężenia.

Przed podaniem zetrzeć na wierzch pozostałą czekoladę.

Smacznego!

A wizyta, muszę przyznać, była wyjątkowo udana. Panowie zabrali się za wódkę, która mi nie wchodzi zupełnie, więc piłam Martini Dry ze Spritem, lodem i limonką - klasycznie. Jedno z moich ulubionych połączeń. Generalnie alkohol mnie za bardzo nie pociąga, i najbardziej lubię drinki, gdzie go nie czuć. D. mówi, że jestem dziwna...

Wracając do sedna - uśmiałam się , bo humor nam wszystkim dopisywał. Pogadaliśmy, powygłupialiśmy się, i mam nadzieję, że uda się to powtórzyć, może nawet w szerszym gronie. Następny weekend mam wolny, więc kto wie, kto wie...

poniedziałek, 7 listopada 2011

Black Sabbath i Iron Man

Ostatni tydzień był tak wypełniony wszystkim, że kompletnie nie miałam czasu dla bloga. Byliśmy w Ikei i na targu warzywnym, i w jeszcze kilku sklepach - zaopatrzyłam się oczywiście w mnóstwo warzyw i owoców, a także kilka świątecznych drobiazgów. Zasadniczo wiem, że to za wcześnie, ale po prostu nie mogłam się oprzeć! Mam kompletnego bzika na punkcie Świąt, i po prostu nie umiem nad nim zapanować. Póki co jeszcze się trzymam, bo to dopiero listopad, ale co będzie w grudniu... Tego nie wie nikt.
Odwiedziłam też Najlepszą Sąsiadkę, która jest szczęśliwą właścicielką Wii - po grze w tenisa, ping-ponga, boksie, walce na miecze, strzelaniu z łuku i kręglach przez trzy dni myślałam, że ręka mi w końcu odpadnie. Na szczęście nie odpadła, i już nawet przestała boleć. Bawiłam się rewelacyjnie, mówię Wam - takie zabawki są świetne! A ile przy tym śmiechu...
Są jeszcze pewne problemy, ale o nich pisać nie będę, bo nie są moje. A przynajmniej nie powinny być. Więc przejdę do rzeczy - wcześniej obiecałam filmy, i słowa dotrzymuję.



Udało nam się obejrzeć obie części Iron Mana - i cóż, podobało mi się. Ale tajemnicą nie jest, że takie filmy lubię. Coraz bardziej doceniam Roberta Downey'a Jr. za niesamowite postacie, które kreuje. Najpierw Sherlock Holmes, który był genialny, a teraz Tony Stark - geniusz, a przy tym niesamowity luzak! I choć momentami lekko się gubi (postać, nie aktor), to wzbudza sympatię i cały czas zawzięcie mu kibicowałam.

Bratu bardziej podobała się część druga, mi pierwsza - wniosek jest prosty - obie są dobre. Bo są. Na podstawie komiksu, więc trzeba być przygotowanym na bardzo złe czarne charaktery, choć te pozytywne nie są krystaliczne. Tony ma kupę kasy, którą przeznacza na zbrojenie armii USA. Chce dobrze - żeby jego kraj mógł wygrywać. Kiedy jednak zostaje porwany i odkrywa, że nie tylko jego rodacy korzystają z broni jego firmy, ale także ludzie, którzy absolutnie nie powinni jej mieć, zaczyna wątpić w sens swojej pracy. W akcie desperacji i chęci ucieczki buduje prototyp kostiumu Iron Mana - konstrukcję, która pozwala mu latać i czyni go niemal niezniszczalnym. Kiedy już wraca do domu, udoskonala projekt, i zmienia się w Iron mana - obrońcę ludzkości.



W drugiej części musi walczyć z Ivanem - synem byłego współpracownika swojego ojca, który chce się na nim zemścić. Geniuszem niemal dorównuje Starkowi, i stwarza naprawdę niebezpieczną broń. Czy Iron Man sobie z nim poradzi? 
W tym wszystkim mamy Pepper, graną przez Gwyneth Paltrow, która moim zdaniem w tej roli sprawdziła się rewelacyjnie. Dziewczyna jest oddana Starkowi i stara się mu pomóc ze wszystkim, nawet, kiedy musi włożyć mu dłoń niemal do serca. Praktycznie znikąd pojawia się też Nick Fury, który chce zwerbować Iron Mana do tajemniczego projektu - ale o tym dowiecie się sami, oglądając film. Jeśli lubicie tego typu produkcje, naprawdę warto.

Całość wspiera genialna muzyka Black Sabbath - i choćby dla nich warto spędzić wieczór z Iron Manem.

Iron man
2008
reżyseria: Jon Favreau
scenariusz: Hawk Ostby, Mark Fergus
Tony Stark: Robert Downey Jr.
Jim Rhodes: Terrence Howard
Pepper Potts: Gwyneth Paltrow
Obadiah Stane: Jeff Bridges

Iron man 2
2010
reżyseria: Jon Favreau
scenariusz: Justin Theroux
Tony Stark: Robert Downey Jr.
Jim Rhodes: Don Cheadle
Pepper Potts: Gwyneth Paltrow
Natasha Romanoff: Scarlett Johansson
Ivan Vanko: Mickey Rourke

środa, 2 listopada 2011

Czekolada. I wspomnienia

Miało być filmowo, wiem, wiem... Ale tak sobie pomyślałam, że skoro już upiekłam coś naprawdę pysznego, to Wam o tym napiszę. A film poczeka... Do jutra może.

Otóż ostatnio wymyśliłam, że mam chęć na brownie. Nie wiem, co mnie wzięło, ale poczułam tak ogromną ochotę, że nie mogłam z nią walczyć. I już. A jak brownie, to tylko Nigella. Jej wypieki to marzenie każdego - szczególnie ludzi na wiecznej diecie, którzy nigdy nie będą mogli pozwolić sobie na choćby kawałeczek. Ja na szczęście diety omijam szerokim łukiem i żyję z lekką nadwagą, mając się całkiem nieźle. Zajrzałam do Kuchni - ach, jaka to wspaniała książka! - i w mgnieniu oka znalazłam to, czego było mi trzeba. Pełne czekolady i kakao, szybkie w przygotowaniu, słodkie, lepkie... To jest to! Od siebie dodałam śliwki, na które również miałam ogromną ochotę, i zmniejszyłam ilość cukru o jedną trzecią, bo jednak co za dużo, to niezdrowo (cóż za paradoks...). 
Ciasto wyszło takie, jak się spodziewałam - miękkie, ciepłe jeszcze półpłynne w środku, bardzo, bardzo czekoladowe, ciężkie, zaspokajające pragnienie słodkiego na dłuższy czas. Czyli dokładnie to, o co chodziło! Mówię Wam - to brownie jest absolutnie genialne! Na jesienne smutki jak znalazł.

Brownie ze śliwkami od Nigelli




Składniki:
(na formę 25x25 cm)
  • 150 g masła
  • 200 g jasnego brązowego cukru
  • 75 g gorzkiego kakao
  • 150 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 4 jajka
  • 75 g ciemnej czekolady (49%)
  • 75 g mlecznej czekolady (35%)
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

dodatkowo:
  • 300 g śliwek

Mąkę przesiać z sodą i kakao, dokłądnie wymieszać z solą.
W garnku rozpuścić masło, wsypać cukier i mieszać drewnianą łyżką aż do rozpuszczenia.
Wsypać mąkę z kakao, dokładnie wymieszać, zdjąć z ognia.
W misce ubić jajka z ekstraktem na puszystą masę, wymieszać z masą kakaową. 
Czekoladę posiekać, wmieszać do masy.

Formę wysmarować cienko masłem i wyłożyć papierem do pieczenia. 
Wyłożyć masę, wyrównać powierzchnię łyżką.

Śliwki pokroić w ćwiartki, usunąć pestki, poukładać na cieście, delikatnie w nie wciskając.

Piec w 190 st. C. przez 25 minut. Patyczek wbity w ciasto powinien być lepki.
Podawać ciepłe lub wystudzone. 

Smacznego!

Wczoraj pierwszy listopada. Dzień zadumy i wspomnień. Ja zawsze myślę o jednej osobie - bardzo dla mnie ważnej, która mimo, że odeszła już dość dawno, ciągle jest żywa we wspomnieniach. Najlepszy Przyjaciel, jakiego miałam. Najwspanialsza niańka, jaka mogła mi się trafić. Najcudowniejszy kompan zabaw wszelakich. Człowiek, który nie musiał mówić, że mnie kocha, bo po prostu to wiedziałam. Zawsze cierpliwy i pełen zrozumienia. Zawsze - po prostu dobry. I wiem, że, gdziekolwiek jest, jest przy mnie. Mój Dziadek. Żałuję tylko jednego - że nie byłeś tutaj ze mną dłużej.

A ciasto...? Pewnie by Ci smakowało, zawsze byłeś łasuchem.

wtorek, 1 listopada 2011

Sherlock Holmes

Z tych kilku filmów, które obejrzałam, zdecydowanie Sherlock Holmes zrobił na mnie największe wrażenie. Po pierwsze Robert Downey Jr. w roli głównej sprawdził się kapitalnie. Jego Sherlock był wnikliwym geniuszem, lekko zwariowanym, niekonwencjonalnym, potrafiącym znaleźć wyjście z każdej opresji i znającym odpowiedź na każde pytanie. Bez stymulacji, jaką były dla niego kolejne sprawy, popadał w obłęd, zupełnie niechcący uprzykrzając życie swojemu najlepszemu przyjacielowi, Watsonowi. Jude Law świetnie wykreował postać doktora - poważny, twardo stąpający po ziemi, odpowiedzialny i... Zakochany, a jednocześnie oddany pracy i Sherlockowi. Bardzo przyjemnie patrzyło się na ten duet, a ich słowne potyczki rozbawiały do łez. 



W wyreżyserowanym przez Ritchiego filmie Sherlock ma do rozwiązania wyjątkowo trudną zagadkę. Jeden z lordów, po odkryciu jego czarnoksięskich praktyk, zostaje skazany na śmierć przez powieszenie. Jednak po egzekucji i pogrzebie zmartwychwstaje i dość stanowczo próbuje przejąć władzę. Za pomocą czarnej magii (a przynajmniej tak wszyscy sądzą) podporządkowuje sobie tajne zgromadzenie lordów. Następnie wkracza do senatu. Czy Sherlockowi uda się rozwiązać tą mroczną tajemnicę? 
W grę wplątana jest również niejaka Irene Adler - piękna złodziejka, którą Holmes darzy wyjątkowym uczuciem. Jak słusznie zauważa Watson - jako jedyna potrafi wywieść go w pole, czym kompletnie zawróciła w głowie detektywowi. Jej rola jest niejasna - niby pomaga naszym bohaterom, ma jednak pewną misję, której zleceniodawcą jest... Pewien mężczyzna, którego tożsamości Sherlock nie potrafi rozgryźć. Jak się to wszystko skończy? Po czyjej stronie stanie Irene? Czy Watson w końcu się ożeni i wyprowadzi od Holmesa? Na pytania znajdziecie odpowiedź w tym rewelacyjnym filmie.

Tak, wyrażam się w samych superlatywach, ale ten film jak najbardziej na nie zasługuje. To majstersztyk w swojej klasie - dowcipny, lekki, wciągający; zagadka, wątki poboczne równie interesujące co główny i niebanalni bohaterowie składają się na rewelacyjną całość. Zdecydowanie - warto obejrzeć.

A ja nie mogę się doczekać drugiej części - ponoć ma trafić w grudniu do kin. Kto wie, czy nie dane będzie mi się wybrać...

Sherlock Holmes
2009
reżyseria: Guy Ritchie
scenariusz: Michael Robert Johnson, Simon Kinberg
Sherlock Holmes: Robert Downey Jr.
dr John Watson: Jude Law
Irene Adler: Rachel McAdams
lord Blackwood: Mark Strong

poniedziałek, 31 października 2011

I jeszcze jedne muffiny...

Coś się ostatnio wytrawnie na blogu zrobiło. Cóż... Póki co to ostatni taki przepis, jaki mam w zanadrzu, teraz zrobi się... Wbrew pozorom nie słodko, ale filmowo - widziałam ostatnio całkiem sporo, lepszych i gorszych, z czego mam zamiar podzielić się z Wami wrażeniami z tych pierwszych właśnie (na drugie szkoda czasu...). Póki co, na dobry początek, powiem tylko, że znów miałam weekend z jednym aktorem, który wykreował świetne postacie - dowcipne, z dystansem do siebie i świata, mistrzów ciętej riposty po prostu. To nie mogło nie zadziałać! 

Póki co - muffinki. Tym razem w wersji klasycznej rozmiarowo, jak już napisałam - wytrawne. Jedliśmy je już dawno, ale jakoś nie miałam kiedy podzielić się przepisem. Któregoś wieczora zachciało nam się ciepłej kolacji - wiadomo, muffiny na taką okazję są najlepsze. Choć inspirowałam się przepisem z 1 mix, 100 muffns, tak naprawdę wrzuciłam do nich, co akurat było pod ręką. Efekt - jak zwykle - zadowalający. To przecież nie może się nie udać! Puchate, miękkie, z wyraźnym smakiem oliwek. Czego chcieć więcej w zimny, jesienny wieczór? Chyba tylko gorącej herbaty...

Muffiny z oliwkami i suszonymi pomidorami



Składniki:
(na 12 sztuk)

suche:
  • 340 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2/3 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka czarnego pieprzu
  • 100 g zielonych oliwek
  • 50 g suszonych pomidorów z zalewy

mokre:
  • 2 jajka
  • 250 ml mleka
  • 70 ml oleju od pomidorów

dodatkowo:
  • 40 g żółtego sera

Mąkę przesiać do miski z proszkiem do pieczenia, wymieszać z solą i pieprzem. Pomidory pokroić w kosteczkę, oliwki w plasterki. Wmieszać do mąki.

Jajka roztrzepać z mlekiem i olejem. 
Wlać do suchych składników, wymieszać tylko do połączenia.
Masę przełożyć do formy na muffiny (wyłożónej papilotkami lub silikonowej). Na wierzch równomiernie zetrzeć ser.

Piec 25-30 minut w 200 st. C.
Podawać ciepłe.

Smacznego!

Dziś wiele się dzieje. Jestem odcięta od własnej sypialni, bo urzęduje w niej dwóch Panów... Panowie są bardzo mili, i wymieniają mi okno. Ciekawe, kiedy skończą, i jaki będzie efekt. Lubiłam moje stare okno... Choć patrzyłam przez nie zaledwie przez miesiąc. Jutro czy pojutrze wymienią w salonie (gdzie się biedna podzieję z komputerem...?), a potem... Potem to nie wiem, bo Panowie też nie wiedzą. Remonty to jednak upierdliwa sprawa...

sobota, 29 października 2011

Kilka słów o nie do końca świętych


Uwielbiam oglądać filmy! Zresztą - kto nie lubi...? A jak film jest dobry, albo nawet świetny, to już w ogóle jestem w siódmym niebie. W poprzedni weekend zdarzyło mi się obejrzeć film zdecydowanie z górnej półki, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Choć nie najwnowszy, bo z 1999 roku, to jednak ma w sobie coś, co nawet po tylu latach wciska w fotel (lub kanapę) i nie pozwala odejść sprzed ekranu.

Mowa o Świętych z Bostonu. Wydaje mi się, że większość ludzi ten film widziała, a przynajmniej co nieco słyszała. Swego czasu był całkiem głośny, choć mnie dziwnie ominął. Widziałam fragmenty, ale całośći jakoś nie miałam okazji. Więc kiedy Brat oświadczył, że oglądamy, byłam jak najbardziej pozytywnie nastawiona.



Film opowiada historię dwóch braci, którzy niechcący wpątują się w dość dziwną i bardzo niebezpieczną historię. MacManusowie, typowi Irlandczycy, wiele czasu spędzają z kumplami w ulubionym barze. Kiedy pewnego wieczoru przychodzą trzej niezbyt kulturalni goście, chcący zamknąć bar tu i teraz, nasi bohaterowie nie tylko stawiają opór, ale robią im kilka nieprzyjemnych dowcipów (kto chciałby, żeby podpalić mu tyłek...?). Niedługo później wyżej wymienieni odwiedzają braci w ich mieszkaniu i chcą się zemścić. Zdesperowani MacManusowie zabijają napastników, po czym zgłaszają się na policję. Traf chce, że zajmuje się nimi Paul Smecker - policjant z powołania, próbujący rozwikłać tajemnicze morderstwo. MacManusowie zostają puszczeni wolno, a w ich głowach narodził się plan. Skoro udało się raz, może uda się kolejny...? Postanawiają zabijać przestępców, którzy zatruwają życie uczciwym Bostończykom. Jak skończy się ten proceder? Po czyjej stronie stanie policja i społeczeństwo? Co na to mafia, której bossowie zaczęli ginąć jeden po drugim? Uwierzcie mi - to wciąga.

Nasi Irlandczycy to bardzo wyraziste postaci, ciekawe, wiedzące, czego chcą. Rozumują prosto i logicznie, nie komplikują spraw. Robią to, co robią, bo uważają to za słuszne. I tyle.
Razem z nimi do kolejnych akcji wkracza Rocco - Włoch, który stoi na krawędzi szaleństwa. Od najmłodszych lat pracował dla mafii, wie o nich więcej, niż oni sami. I nagle postanawia się z nimi rozprawić! Co z tego wyniknie...?
Smecker to policjant z krwi i kości. Doskonale potrafi odtworzyć bieg wydarzeń, nie potrafi jednak rozgryźć sprawców. Szuka ich zaciekle, wysilając wszystkie zmysły i poświęcając każdą wolną chwilę. Czy jego starania przyniosą oczekiwany skutek? Złapie Irlandczyków, czy mu się wywiną?

Rocco i Smecker to postacie zgarane genialnie - tak wyraziste i nietuzinkowe, że nie można przestać na nich patrzeć. Zupełnie inni, ale to właśnie oni sprawiają, że film ma tak niesamowity klimat. Duffy naprawdę wiele osiągnął. Bardzo jestem ciekawa, czy druga część jest równie dobra. Mam nadzieję, że wkrótce się przekonam.

Święci z Bostonu
1999
reżyseria: Troy Duffy
scenariusz: Troy Duffy
Conner MacManus: Sean Patrick Flanery
Murphy MacManus: Norman Reedus
Rocco: David Della Rocco
Paul Smecker: Willem Dafoe

piątek, 28 października 2011

Dynia, jabłko, trochę boczku...

Już jakiś czas temu, kiedy tylko zobaczyłam w gazecie Pieczenie jest proste nr 4/2008 przepis na tą zapiekankę wiedziałam, że prędzej czy później ją przygotuję. Później o niej zapomniałam (taka kolej rzeczy i wielu, wielu przepisów...), żeby ostatnio nagle, nie wiadomo skąd, przyszła mi do głowy. Nie pamiętałam zupełnie, że do nadzienia dodaje się dynię, a było to o tyle miłym zaskoczeniem, że akurat mamy na nią sezon. Niewiele myśląc dokupiłam, co trzeba., i zabrałam się do dzieła.

Jedynym mankamentem przygotowań był fakt, że mi się blender wykopyrtnął, przy czym ochlapał gorącym musem z dyni nie tylko szafkę, ekspres do kawy, blat kuchenny, mój sweter i spodnie, ale też dłoń. I wiecie co...? Bolało... Na szczęście dwadzieścia minut trzymania ręki pod strumieniem zimnej wody pomogło, zapobiegło bąblom i ogólnie uratowało sytuację. Nawet zaczerwienie zeszło dość szybko, i jedząc, już o nim nie pamiętałam. A jadło się, oj, jadło... Wyszła boska! 

Ciasto francuskie na spodzie smakuje świetnie, i choć kusiło mnie, żeby zastąpić je kruchym, w końcu zdecydowałam się na oryginał z przepisu. Sądzę, że dobre, maślane kruche też by dobrze pasowało. Może następnym razem... Ale francuskie jest świetne - delikatne i rozpływające się w ustach. Do tego mus - niezbyt pikantny (Panowie nie lubią), ale nie mdły. Wierzch to cudownie soczyste kawałki jabłek, oraz cebula z kiełbasą i boczkiem, dodające całości charakteru. Wszystko do siebie pasuje, gra idealnie - poezja! Oczywiście, jeśli ktoś lub takie niecodzienne połączenia... Tradycjonalistom może nie przypaść do gustu. Ze swojej strony jednak szczerze polecam - naprawdę wyjątkowo smakuje!

Pikantna tarta dyniowa z jabłkami



Składniki:
(na formę do tarty o średnicy 28 cm)

spód:
  • 300 g ciasta francuskiego

masa dyniowa:
  • 600 g miąższu dyni
  • 120 g marchwi
  • 15 g masła
  • 1 czerwona papryczka chilli
  • 2 żabki czosnku
  • 1 łyżeczka curry
  • 2cm kawałek imbiru
  • 1 łyżka złotego syropu
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka pieprzu
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 100 g kwaśnej śmietany
  • 4 jajka

dodatkowo:
  • 2 jabłka
  • sok z 1/2 cytryny
  • 50 g kiełbasy pepperoni
  • 65 g wędzonego boczku
  • 1 cebula
  • 10 g masła

Marchewkę obrać, pokroić w średniej wielkośći kostkę razem z dynią.
Papryczkę przekroić na pół, usunąć pestki, drobno pokroić. Czosnek posiekać. Imbir obrać.
Na głębszej patelni roztopić masło, wrzucić czosnek i papryczkę. Kiedy czosnek się zarumieni, zetrzeć imbir na tarce o drobnych oczkach, następnie dodać dynię z marchewką. Smażyć 1-2 minuty, następnie dusić pod przykryciem 6-7 minut.

Dynię zmiksować na gładką masę ze złotym syropem, doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową, dodać śmietanę, dokładnie wymieszać i ostudzić.

Na patelni podsmażyć boczek, zdjąć, potem pepperoni, zdjąć, wyłożyć masło, rozpuścić, zeszklić cebulę. Wszystko przestudzić.

Ciasto francuskie rozwałkować na wielkość formy, wyłożyć, dokłądnie dociskając brzegi. Gęsto ponakłuwać widelcem i schłodzić w lodówce przez 20 minut.

Schłodzone ciasto podpiec przez 10 minut w 200 st. C. 

Poczekać, aż opadnie, wyłożyć dynię.

Zapiec w 180 st. C. przez 25 minut.

W tym czasie obrać jabłka, wydrążyć pestki bez rozkrawania i pokroić w plastry z dziurką w środku. Skropić sokie z cytryny.

Na wierzch wyłożyć jabłka, poukładać kiełbasę, posypać cebulą i boczkiem.

Piec w 180 st. C. 20-25 minut.
Podawać ciepłe lub ostudzone. 

Smacznego!

Danie idealne na szarą, pochmurną jesień. Wszędzie mnóstwo szeleszczących liści - szkoda, że coraz częściej mokrych... Rano ciemno, wieczorem ciemno... Brrr! Chyba znowu potrzeba mi czekolady...