piątek, 10 marca 2017

Chleb dyniowy na poolish. Po raz drugi

Tak jak Wam ostatnio pisałam, na egzamin musiałam przygotować dwa rodzaje pieczywa: jasne i ciemne. Oba na zakwasie, albo przynajmniej na jakimś starterze. I muszę przyznać, że zadanie to spędzało mi sen z powiek. Ciasta bowiem to mój żywioł: uwielbiam obmyślać połączenia smaków, dekoracje i wszelkie możliwe detale, zmieniając koncepcję kilkanaście nawet razy, o ile czas pozwala. Z chlebem to zupełnie inna sprawa... Owszem, lubię od czasu do czasu pobawić się w domową piekarnię, przygotować na śniadanie pachnące bułeczki, ale... Taki poważny chleb to już dla mnie wyzwanie. Ciągle jeszcze nie dorobiłam się własnego zakwasu, od czasu do czasu przygotowuję jakieś tam zaczyny, ale bardziej na oko niż na poważnie. 
Co robić...?

W desperacji, czując się jak tygrys w klatce, wyszłam na spacer. Ciągle jeszcze leżał śnieg, choć słoneczna pogoda zupełnie przeczyła powrotowi zimy. Szłam wzdłuż strumienia, obserwując refleksy na wodzie i biegającego za ptakami psa na pobliskim polu. Wzięłam kilka głębokich oddechów, pozwoliłam myślom błądzić nieskrępowanie, nie licząc już nawet na cud. I kiedy zamiast frustracji poczułam w końcu radosną pustkę, nagle pojawił się zbawienny pomysł. Był nim ten chleb dyniowy, który już Wam na blogu prezentowałam trzy i pół roku temu. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat o nim pomyślałam, ale stwierdziłam, że będzie to doskonały przepis. Zaraz potem wymyśliłam temat: jesień. A potem poszło już gładko: kasztany, karmel, jarzębina, czekolada... Nie musiałam się nawet wysilać; zanim wróciłam do internatu, miałam już cały plan, wszytko pasowało do siebie idealnie. Oczywiście, przed egzaminem jeszcze kilka razy delikatnie koncepcję zmieniłam, to dodałam, tamto odjęłam, ale właśnie to popołudnie było decydujące. Ukierunkowało tok mich myśli; powiedziałabym nawet, że zdecydowało za mnie. I dobrze, bo egzamin w końcu zdałam. A chleb wywołał prawdziwą furorę! Już kiedy piekłam go po raz pierwszy, tydzień przed egzaminem, żeby przetestować przepis (przez ponad trzy lata zdążyłam już co nieco zapomnieć), trzy bochenki rozeszły się błyskawicznie, a prośby o recepturę, zadawane  początku nieśmiało, nie pozwoliły o sobie zapomnieć.
Cenzorzy również byli ukontentowani - ten kolor naprawdę robi wrażenie. Szczególnie, jeśli użyjecie dyni Hokkaido o intensywnie pomarańczowym miąższu, efekt będzie wyjątkowo widowiskowy.

Skoro przepis już się na blogu pojawił, po co dodaję go po raz kolejny...? Bo nieco go zmieniłam (lubię sobie powtarzać, że udoskonaliłam), szczególnie sposób pieczenia. Poza tym zamiast w formie, upiekłam go na blasze, dzięki czemu zyskał obłędnie chrupiącą skórkę i bardziej profesjonalny wygląd. Jeszcze jedną zaletą jest fakt, że naprawdę długo pozostaje świeży - po trzech dniach nadal był miękki i wilgotny.

Muszę przekonywać Was dalej, czy już daliście się skusić...?
A może zaserwujecie taki bochenek najbliższym na wielkanocne śniadanie...?

Chleb dyniowy na poolish II


Składniki:
(na 1 bochenek)

poolish:
  • 150 g mąki pszennej
  • 150 ml wody
  • 3 g drożdży

ciasto:
  • 3 g drożdży
  • 100 ml letniej wody
  • 350 g mąki pszennej
  • 3 łyżeczki soli
  • 200 g puree z dyni
  • 45 g pestek dyni

dodatkowo:
  • mąka pszenna

Drożdże na poolish rozpuścić w wodzie, dokładnie wymieszać z mąką. Odstawić w ciepłe miejsce na 4-5 godzin.

Po tym czasie pozostałe drożdże rozpuścić w wodzie. Dodać cały poolish i puree z dyni, na końcu wsypać mąkę. Wyrabiać przez około 6 minut na wolnych obrotach miksera, następnie zwiększyć prędkość i wyrabiać kolejne 6 minut. 3 minuty przed koniec dodać sól i pestki dyni.

Ciasto przełożyć do naoliwionej, plastikowej miski i zostawić do wyrośnięcia na 1 godzinę.
Po tym czasie ciasto złożyć, odstawić na kolejną godzinę.

Podłużny koszyk dokładnie obsypać mąką. 
Wyrośnięte ciasto przełożyć na oprószony mąką blat, delikatnie uformować bochenek, nie wybijając z ciasta zbyt dużo powietrza. Przełożyć ciasto do koszyka, złączeniem do góry.
Wstawić na noc do lodówki.

Następnego dnia wyjąć chleb z lodówki na 30 minut przed pieczeniem.

Piekarnik z blachą rozgrzać do temperatury 275 st. C. Wyjąć blachę, wyłożyć na nią chleb, odwracając koszyk i pozwalając ciastu swobodnie wypaść. Naciąć po skosie ostry nożem.

Chleb włożyć do piekarnika rozgrzanego do 275 st. C., natychmiast zmniejszyć temperaturę do 215 st. C. Parować przez 10 sekund lub wrzucić na dno piekarnika kilka kostek lodu.
Chleb piec 35-40 minut, po 20 minutach otworzyć piekarnik, wypuszczając parę.

Chleb wyłożyć na kratkę do całkowitego ostudzenia.

Smacznego!


Zostawiłam go też do wyrastania na noc w lodówce; wydaje mi się że dzięki temu ma jeszcze pełniejszy smak. Poza tym w ten sposób łatwo można go upiec na śniadanie - gwarantuję, że ten zapach największego śpiocha w mig z łóżka wyciągnie!

12 komentarzy:

  1. Wygląda bosko, chętnie zjadłabym kawałek np śniadanie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chleb na poolish raz piekłam,ale Twój z dynia jest obłędny! Nie dziwię się, że zrobił taką furorę!:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wygląda wyśmienicie! Istne arcydzieło :-) Palce lizać. Pozdrawiam i dziękuję

    OdpowiedzUsuń
  4. Na weekend jak znalazł :D
    Czy puree zapasteryzowane w słoiku się nada?

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie kuś mnie, miałam ograniczać pieczywo:P

    OdpowiedzUsuń
  6. Kolor chleba jest piękny :) skórka ciemna, aż ślinka cieknie. Lubię takie innowacyjne przepisy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wygląda wyśmienicie i ten kolor! Taki słoneczny :)

    OdpowiedzUsuń