niedziela, 13 grudnia 2015

Zamiast barszczu

Lubicie barszcz?
Nie pytam, czy jecie, bo to rozumie się samo przez się. Każdy przecież musi spróbować barszczu w Wigilię; przynajmniej w moich stronach. Wiem, że na południu jada się zupę grzybową lub rybną, albo jeszcze jakieś inne cuda... Ale na naszym stole, odkąd pamiętam, dwudziestego czwartego grudnia, zawsze stawał barszcz. Babcia robiła marynarski, lekko ostry; Mama troszkę oszukuje i nie nastawia zakwasu, ale barszczyk i tak smakuje wybornie. 

Szczerze mówiąc, ja przechodziłam różne etapy. Bywało, że sama wypijałam pół dzbanka; rok później brałam zaledwie dwa łyki. O co chodziło...? Nie mam pojęcia. Po prostu czasem miałam na niego ochotę, a czasem nie...
Teraz już się za barszczem stęskniłam. Od kilku lat spędzam Święta w Danii, a tu się barszczu nie jada... Już więc sobie wyobrażam jego smak i zapach, i aż mnie ciarki z podniecenia przechodzą. Mmm...

Jakoś nigdy nie pomyślałam o tym, żeby sobie samej barszcz ugotować. No nie wiem dlaczego... Ale z pewnością i do tego kiedyś dojrzeję. Póki co, gdy nachodzi mnie ochota na krwistoczerwoną zupę, sięgam po buraczkowe kremy. Eksperymentów było już kilka, ostatni zaliczam do jak najbardziej udanych. 
Przepis znalazłam na blogu Pod zielonym niebem, i od razu mi się spodobał. Dodatek jabłka jest wręcz tradycyjny; owoc ten doskonale łagodzi nieco ostry smak buraczków. Ale kasza jaglana...? Tego jeszcze nie próbowałam. Efekt był taki, jak się spodziewałam: zupa wyszła cudownie gęsta i sycąca, raczej łagodna, pyszna. No i ten kolor! Coś pięknego.

Dla tych, którzy postanowili w tym roku nie iść w kierunku tradycji, idealnie nada się na świąteczny stół. Dla tych, którzy sobie Wigilii bez barszczu nie wyobrażają, proponuję spróbować w każdy inny dzień roku. Nie rozczarujecie się!

Krem buraczkowo-jabłkowy z kaszą jaglaną


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 600 g buraczków
  • 2 marchewki
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżka oliwy
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka suszonego majeranku
  • sól
  • pieprz
  • 50 g kaszy jaglanej
  • 550 ml wody
  • 350 ml soku jabłkowego

dodatkowo:
  • 1 jabłko

Buraczki obrać, pokroić w ćwiartki, marchewki obrać, przekroić wzdłuż na pół.
Na balsze położyć duży arkusz folii aluminiowej. Ułożyć buraczki, marchewki i lekko zmiażdżone ząbki czosnku, polać oliwą, posypać solą i majerankiem. Zawinąć szczelnie w folię.

Piec w 180 st. C. przez 1,5 godziny.

W tym czasie kaszę zalać 350 ml wody, zagotować. Gotować pod przykryciem, aż kasza wchłonie całą wodę. Zmiksować blenderem na gładką masę.
Upieczone buraczki, marchewkę i wyłuskany czosnek dodać do kaszy. Zalać sokiem i pozostałą wodą, zmiskować na gładki krem. Doprawić do smaku solą i pieprzem.

Jabłko pokroić na plastry grubości 3-4 mm. Podsmażyć z obu stron na patelni grillowej, aż lekko zmiękną, ale nie będą się rozpadać.

Przed podaniem zupę podgrzać. Podawać z grillowanymi plastrami jabłek.

Smacznego!


Coraz bardziej udziela mi się świąteczna atmosfera. Dom już udekorowany, nawet choinka dumnie pręży się przy stole. Pachnie cynamonem, piernikiem i mandarynkami. 
Jak ja lubię ten czas!

piątek, 11 grudnia 2015

Poza sezonem: konfitura z czerwonych pomarańczy

Aż drżę z podekscytowania! Okazało się, że Wigilię i dzień przed będę miała wolne, co oznacza, że jedziemy na Święta do Polski! Dużo będzie wykrzykników w tym poście, ale co mi tam! W końcu nie co roku spędza się Boże Narodzenie z Rodziną...

Sprawa wyglądała tak, że zaplanowaliśmy to już w wakacje. Później dostałam praktyki i okazało się, że piekarnia jest otwarta w Wigilię i drugi dzień Świąt, a ja, jako najświeższa świeżynka pomyślałam, że nie mam nawet co marzyć o wolnym. Okazało się jednak, że szef jest wyrozumiały, i sam zaproponował kilka dni, żeby starczyło na podróż w te i z powrotem, i jeszcze na poczucie świątecznej atmosfery.
C. jest rozochocony jeszcze bardziej niż ja, bo to jego pierwsze polskie Święta. Będzie się działo!

Sezon na przetwory już dawno się skończył; niedługo rozpocznie się kolejny, kiedy to będziemy otwierać aromatyczne słoiczki i cieszyć się ich zapachami i smakami, wspominając minione lato i tęskniąc do kolejnego. U mnie zaczyna się to na przełomie lutego i marca, gdy jest szaro i buro, a wieczna chlapa nie oszczędzi żadnych butów przed przemoknięciem. 
Póki co jednak postanowiłam zamknąć w słoiczkach coś jeszcze. Pomarańcze! Przecież właśnie teraz są najlepsze! A już niedługo rozpocznie się sezon na moje ulubione: czerwone. Są nieco słodsze, ale przede wszystkim chodzi o ich niemal krwawą, niezwykle intensywną barwę. Uwielbiam je! 

Przepis podpatrzyłam u Małgosi, i nie zawiodłam się. Konfitura pachnie obłędnie, a dodatkowo na końcu języka zostawia odrobinę pieprznego smaku. Coś wspaniałego!
Moje pomarańcze, niestety, były słabo czerwone, ale jeśli znajdziecie prawdziwie krwiste, Wasze konfitury będą czarowały kolorem.

A jeśli nie możecie znaleźć akurat tej odmiany, zróbcie ze zwykłych. Też będzie pysznie!

Konfitura z czerwonych pomarańczy z różowym pieprzem


Składniki:
(na 4 słoiczki po 150 ml)
  • 2 kg czerwonych pomarańczy
  • 400 ml wody
  • 350 g cukru
  • 2 łyżki masła
  • 1 łyżka różowego pieprzu

Z połowy pomarańczy zetrzeć skórkę. Owoce wyfiletować, wycisnąć sok z resztek. Wszystkie błonki i pestki zawinąć w gazę lub włożyć do pończochy, zawiązać. Umieścić z pomarańczami i sokiem w misce, zalać wodą i wstawić na noc do lodówki.

Następnego dnia jak najdokładniej wycisnąć zawiniątko, wyrzucić. Pomarańcze przelać do garnka, dodać cukier i masło, zagotować. Na małej mocy palnika gotować 2-3 godziny, aż do osiągnięcia pożądanej konsystencji (im dłużej gotowana, tym gęstsza będzie konfitura). 

Pod koniec gotowania dodać utłuczony w moździerzu pieprz. Konfiturę przełożyć do wyparzonych słoiczków, zamknąć, ostudzić, ewentualnie zapasteryzować.

Smacznego!


Mojej używam namiętnie do naleśników, a także do ostatniego sernika dyniowo-pomarańczowego. Pasowała tam idealnie!

środa, 9 grudnia 2015

Kakaowe ciasteczko z orzeszkiem do świątecznej puszki

Zauważyłam u siebie bardzo niepokojący objaw. W cukierni pracuję niespełna dwa miesiące, a już zaczynam nabierać nawyków, które - o zgrozo! - przynoszę do domu. Po pierwsze sypię mąką na prawo i lewo, nie myśląc o tym, że ktoś (ja) będzie to musiał posprzątać. Codziennie wałkuję tyle kruchego ciasta, że w głowie się nie mieści, podsypując je hojnie mąką. Sięgam po nią całymi garściami, i to, że część ląduje na podłodze czy fruwa po okolicy, denerwując okularników, nie zaprząta mi specjalnie głowy. Wczoraj, wałkując ciasto na pierniczki w domu, tak właśnie uczyniłam... Po czym złapałam się za głowę; co ja wyrabiam...? 

Ale nie to było najgorsze. W pracy, gdy się czymś ubrudzę, a natychmiast potrzebuję czystej dłoni, po prostu wycieram ją w fartuch. I tak po tych ośmiu godzinach idzie do prania; czekolada, mąka, cukier puder czy lukier lądują więc na nim nieustannie. Wczoraj dokładnie omączoną dłoń wytarłam w czarne spodnie... Nowy, wyuczony odruch. 
Chyba powinnam w domu też nosić fartuch...
Tylko mam go tak codziennie prać...?

W każdym razie - zapełniłam ciasteczkami kolejne cztery puszki. Bardzo efektywny dzień. Oglądając piękne dekoracje na facebooku i innych blogach, mam ochotę upiec pierniczki idealne pod lukier królewski, ale obawiam się, że w tym roku nie znajdę czasu na długie godziny lukrowania... A szkoda, bo zawsze mnie taki cudeńka zachwycają, i ciągle obiecuję sobie, że będę więcej ćwiczyć.

Wracając do meritum - mam dla Was kolejny przepis na ciasteczka do świątecznych puszek. Nie typowe pierniczki, ale kruche, kakaowe ciastka z orzeszkami. Są urocze i pyszne! Kruchutkie, rozpływają się w ustach, a orzeszki przyjemnie chrupią.
Moje wyszły odrobinę za duże; polecam więc ukulać smuklejszy wałeczek i przygotować sobie nieco więcej orzeszków (w przepisie podałam odpowiednie proporcje; zastosujcie się do nich, a ciasteczka wyjdą idealne!). 

Przepis z gazetki Ciasta i desery, nr 4/2008. Zabawny był fakt, że dokładnie pamiętałam, jak te ciasteczka wyglądają, ale za nic nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie je widziałam! Przejrzałam więc kilka książek i kilkanaście gazet, zanim znalazłam właściwą. Ech...
Na szczęście się udało, i pyszne ciasteczka ucieszyły obdarowanych. A przecież o to właśnie chodzi, prawda...?

Kakaowe ciasteczka z orzechami


Składniki:
(na 40-50 sztuk)
  • 250 g miękkiego masła
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 250 g mąki pszennej
  • 75 g mąki kukurydzianej
  • 30 g kakao
  • 1 łyżeczka kardamonu
  • 1 łyżeczka cynamonu

dodatkowo:
  • 40-50 orzechów laskowych

Masło z cukrem i cukrem waniliowym utrzeć na puszystą, jasną masę. 
Mąki i kakao przesiać, wymieszać z przyprawami. Dodawać partiami do masy maślanej, miksując na najniższych obrotach miksera.

Z ciasta uformować wałeczek o średnicy 3 cm, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1 godzinę.

Po tym czasie kroić ciasto na plasterki o grubości 0,5-1 cm, układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zachowując odstępy. W każde ciasteczko wcisnąć orzech.

Piec w 180 st. C. przez 15 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

Też macie takie wrażenie, że jak nie dzieje się nic, to absolutnie i zupełnie nic, ale jak już zaczyna dziać się coś, to wszystko na raz...?

wtorek, 8 grudnia 2015

Sernik pomarańczowo-dyniowy / Z dynią

Dzisiejszy dzień wolny okazał się być bardzo męczący. Wstałam wcześnie, znalazłam inspirację na ciasto, które mam zamiar jutro zabrać jako wkupne do kawy oraz na obiad, którego przygotowanie nie zajmie mi zbyt wiele czasu. Następnie sporządziłam listę zakupów, i wyruszyłam na poszukiwania wszystkich niezbędnych do szczęścia, ciasta i obiadu, składników. Następnie wyspacerowałam Ptysię, która nie miała nastroju na zbyt długie wojaże, co specjalnie mnie nie zmartwiło, bo zamglony świat nie wydawał się zbyt przytulny, w przeciwieństwie do domku, gdzie czekała ciepła herbatka i zapalona świeca adwentowa.

Zaczęłam od zbadania efektów mojego wczorajszego eksperymentu: zdecydowanie rozczarowujące. Cóż, tylko ten się nie myli, kto nic nie robi. Już mam pomysł, jak to naprawić, i jak będę miała znów dzień wolny, z pewnością spróbuję ponownie. W optymistycznym nastroju polukrowałam pierniczki upieczone wczoraj i zabrałam się za wałkowanie i wykrawanie kolejnej partii. Gdy wyciągnęłam nie wiem już którą blachę z piekarnika, zmiksowałam ciasto cynamonowe. Teraz się piecze, a ja mam chwilę wytchnienia... Niezbyt długą, bo muszę upiec jeszcze wielką blachę drømmekage i przygotować obiad na czas (który nie mam pojęcia, kiedy nadejdzie, bo C. na moje pytanie o godzinę powrotu do domu odparł enigmatycznie: nie wiem). 

W każdym razie starczy mi czasu, żeby opowiedzieć Wam o kolejnym serniku. Ten nie krzyczy Boże Narodzenie, ale za sprawą intensywnego, pomarańczowego zapachu i koloru z pewnością pięknie by się na wigilijnym stole prezentował. Do jego przygotowania użyłam puree z dyni hokkaido, które ma bardzo żywy kolor. Do masy serowej dodałam sok i skórkę z pomarańczy, spód przygotowałam z domowej, dyniowo-pomarańczowej granoli, a wierzch udekorowałam zawijasami z dżemu z czerwonych pomarańczy. Wyszło bardzo aromatycznie, a barwa kusi ogromnie. Sernik wyszedł kremowy, dość ciężki i sycący; niestety: spód, na początku chrupiący, z czasem łapie wilgoć i mięknie. Sernik jednak nie traci na smaku: nadal ma się ochotę na więcej.

To jak, skusicie się...?

Sernik dyniowo-pomarańczowy na spodzie z granoli


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 175 g granoli dyniowo-pomarańczowej
  • 30 g masła
masa serowa:
  • 400 g serka kremowego
  • 2 jajka
  • 250 g puree z dyni
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok wyciśnięty z 1 pomarańczy
  • 65 g cukru
  • 150 ml śmietany kremówki (38%)
dodatkowo:
Masło rozpuścić i przestudzić. Wymieszać z granolą, ugnieść na dnie tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia.
Schłodzić w lodówce na czas przygotowania masy serowej.

Serek, jajka, mus z dyni, sok i skórkę z pomarańczy, cukier i kremówkę krótko zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. Przelać na schłodzony spód. Na wierzchu ułożyć kleksy z dżemu, wykałaczką zrobić esy-floresy.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 60 minut.
Wystudzić w piekarniku, a następnie schłodzić przez noc w lodówce.

Smacznego!

Przepis bierze udział w konkursie, gdzie do wygrania jest książka Doroty Świątkowskiej Moje wypieki. Wielki powrót.

Moje wypieki. Wielki powrót

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Zimowe babeczki

Nigdy bym nie pomyślała, że powiem kiedyś na głos: Jak miło było wstać tak późno w wolny dzień! o godzinie... Siódmej rano! Tak, tak, chyba powoli zaczynam się przyzwyczajać do pobudek o nieludzkich porach. gdy jedyne, co słychać, to przeraźliwy szum wiatru.
A dzisiaj, gdy zaczęłam mój spóźniony weekend, pogoda postanowiła nas porozpieszczać. Po trzech dniach niemal huraganów, gdy ogromna choinka w centrum przeleciała kilkadziesiąt metrów, z dachów spadły niezliczone dachówki, a wielkie drzewa straciły kilka ciężkich konarów, wiatr ustał, słońce, choć nieco zamglone, świeci niestrudzenie, a temperatura oscyluje w okolicach dziesięciu stopni. Spacer z Ptysią był prawdziwą przyjemnością; choć w parku wszystko podmokło, a gigantyczne kałuże grożą utopieniem nieostrożnym, małym pieskom, jest przyjemnie i ciężko uwierzyć, że wczoraj minęła już druga adwentowa niedziela.
Jednocześnie świętowaliśmy wczoraj Mikołajki, ulubiony dzień wszystkich grzecznych dzieci. W butach, skarpetkach i na parapetach można było znaleźć drobne upominki zostawione przez pomocników Świętego.

A Wy? Byliście w tym roku grzeczni...?

W Danii nie ma Mikołajek; jest za to inny radosny zwyczaj: podarunkami należy się obdarowywać w każdą adwentową niedzielę. Materialiści z pewnością teraz lekko pozazdroszczą. My w tym roku zrobiliśmy sobie jeden duży, adwentowy prezent: dwa komplety szklanek z podwójnymi ściankami, o których marzyłam od dawna, a które i C. bardzo się zawsze podobały. Teraz zastanawiam się, co by tutaj przygotować, żeby w nich ładnie wyglądało... Szczerze mówiąc, mam już kilka pomysłów, ale na razie ciii...

Dzisiaj mam dla Was urocze małe babeczki w zimowej wersji. Z dużą ilością suszonej żurawiny, pachnące masłem, miodem i cynamonem, z bajecznie pyszną, czekoladowo-miodową polewą. Ona nadaje im rewelacyjnego smaku, nie rezygnujcie z niej więc!
Oczywiście, zamiast małych babeczek, można upiec jedną większą. 

Przepis od niezawodnej Doroty.

Zimowe babeczki z miodem i żurawiną


Składniki:
(na 6 średniej wielkości babeczek)
  • 150 g miękkiego masła
  • 55 g jasnego brązowego cukru
  • 3 jajka
  • 90 g płynnego miodu
  • 65 g melasy
  • 65 ml mleka
  • 255 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 łyżezka sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 150 g suszonej żurawiny

polewa:
  • 1 łyżka wody
  • 65 g miodu
  • 60 g ciemnej czekolady (75%)

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać miód i melasę, cały czas miksując.
Mąkę przesiać, wymieszać z cynamonem, proszkiem i sodą. Partiami dodawać do ciasta na zmianę z mlekiem, miksując na najniższych obrotach miksera, tylko do połączenia składników. Na koniec dodać żurawinę, wymieszać łyżką.

Masę przełożyć do wysmarowanej masłem formy na babeczki.

Piec w 160 st. C. przez 25-35 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić.

Czekoladę posiekać. Miód z wodą zagotować, zalać czekoladę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Polewę przestudzić, gęstniejącą polać babeczki.
Odstawić do zastygnięcia polewy.

Smacznego!

Ja tymczasem zakasuję rękawy, i zabieram się za pieczenie pierniczków. Ostatnio nie mogę na nic znaleźć czasu, a wałkowanie i wykrawanie, choć szalenie relaksujące i przyjemne, jest też dość czasochłonne... Wolny dzień jest więc idealny na nadrobienie zaległości!

czwartek, 3 grudnia 2015

Sernik kasztanowo-krówkowy. Najlepszy!

W ciągu tygodnia, jak zwykle, brakuje mi czasu i chęci na pisanie długich postów. Generalnie, przesiadywanie przed laptopkiem zdecydowanie straciło na atrakcyjności ostatnimi czasy. Zamiast tego, wolę się umościć na kanapie z ciekawą powieścią, którąś z książek kulinarnych bądź świątecznymi wydaniami magazynów, które zdarza mi się kupować. Albo w ogóle bez niczego, najlepiej ze świątecznymi piosenkami w tle i zapaloną pierwszą świecą adwentową. Ptysia wciska mi nos pod pachę, nucę sobie cicho, żeby radio nie czuło się samotne, i po prostu delektuję się wolną chwilą. Nie mam ich ostatnio wiele, więc staram się je celebrować najlepiej, jak potrafię. 
Komputer poczeka...

Mimo wszystko, po zjedzeniu jednego kawałka tego sernika odczułam nieodpartą potrzebę natychmiastowego podzielenia się przepisem. Dlaczego? Bo jest to, bezsprzecznie, najlepszy sernik, jaki zdarzyło mi się jeść! Nie chwalę się i nie popadam w samozachwyt - to zupełnie obiektywna opinia, potwierdzona przez współkonsumentów. 

Krem kasztanowy z pewnością nie nadaje się do wyjadania łyżeczką ze słoiczka, bo jest po prostu za słodki. Ale w masie serowej nabiera zupełnie nowego charakteru; słodycz zostaje złagodzona, a na pierwszy plan wysuwa się delikatny, kasztanowy smak. Można już na tym poprzestać, ale ja proponuję ozdobić wierzch musem krówkowym - najprostszym, z trzech zaledwie składników. Jest słodziutki i leciutki jak chmurka, idealnie komponuje się z kremową masą serową.
Całość upiekłam na spodzie z ciasteczek oreo, a wierzch udekorowałam prostym, ale efektownym wzorkiem i kandyzowanymi kasztanami. Te możecie pominąć bez większej szkody dla smaku; są elementem ozdobno-szpanerskim; ciekawostką, którą być może ciężko kupić, a jestem też pewna, że nie wszystkich zauroczą. 

Co innego sernik. To sernikowe spełnienie najskrytszych marzeń: smak, konsystencja, delikatny karmelowy zapach. Nie można mu się oprzeć!

Może ktoś przygotuje taki na Święta albo Sylwestra...? Polecam Wam go ogromnie!

Sernik kasztanowo-krówkowy


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 18 cm)

spód:
  • 100 g ciasteczek oreo (z nadzieniem)
  • 45 g ciastek digestive
  • 25 g masła
masa serowa:
  • 300 g serka kremowego
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)
  • 2 jajka
  • 250 g kremu kasztanowego
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
mus krówkowy:
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 250 g masy kajmakowej z puszki
  • 3 listki żelatyny
dodatkowo:
  • 25 g masy kajmakowej z puszki
  • 4 kandyzowane kasztany
Masło rozpuścić, przestudzić.
Ciasteczka razem z kremem pokruszyć, dodać masło, wymieszać.
Masę ciasteczkową ugnieść na dnie tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 10-12 minut.
Przestudzić.

Serek, kremówkę, jajka, krem kasztanowy i ekstrakt zmiksować na gładką masę, tylko do połączenia składników. Przelać na podpieczony spód.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut, następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 50-60 minut, aż wierzch będzie ścięty.

Ciasto ostudzić w piekarniku, a następnie wstawić do lodówki.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kremówkę ubić na sztywno.
50 g kajmaku podgrzać, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać, aż żelatyna całkowicie się rozpuści. Dodać masę do pozostałego kajmaku, dokładnie wymieszać. Następnie partiami dodawać kremówkę, delikatnie mieszając łyżką.

Mus wyłożyć na sernik. 
Pozostały kajmak przełożyć do woreczka cukierniczego, odciąć końcówkę, tworząc mały otwór. Wycisnąć w równych odległościach równoległe paski na cieście. Następnie w poprzek przeciągać wykałaczką, raz w jedną, a raz w drugą stronę.

Schłodzić przez noc w lodówce.
Przed podaniem udekorować kandyzowanymi kasztanami.

Smacznego!


Pieję nad nim z zachwytu, ale nie bez powodu. 
Już nic więcej nie napiszę; idę spałaszować kolejny kawałek.

wtorek, 1 grudnia 2015

Liofilizowane jeżyny w ciasteczkach

Czy możecie uwierzyć, że pierwsza niedziela Adwentu już za nami...? Ten rok pędzi jak szalony, na mecie rozbije się z hukiem - jestem pewna. 

Zgodnie z tradycją, zeszły tydzień został spędzony na sprzątaniu. Wyrazy uznania dla C.; to on w tym roku wykonał lwią część pracy. Ja ciągle jestem nieogarnięta i zmęczona, sił na domowe prace brakuje mi nieustannie. Chłopak jednak stanął na wysokości zadania - pucował, szorował, odkurzał i zamiatał. Efekt tego był taki, że gdy w niedzielę wróciłam do domu, wszystko błyszczało, a na stole czekały rzędami ustawione świąteczne krasnale i inne dekoracje, czekające na odpowiednie zaaranżowanie. Gdy więc dzisiaj piszę te słowa, otaczają mnie Mikołaje, bałwanki, elfy, świeczuszki, dwa renifery (które były prezentem z okazji znalezienia praktyk) oraz świąteczne puszki (w części już zapełnione). I choć widok za oknem nijak Świąt na myśl nie przywodzi, ja zamiast herbaty piję kakao i uśmiecham się do siebie. 
To już czas!

W niedzielę pojechaliśmy też z wizytą do rodziców C. Zebrało się nieco szersze grono i w nierównym tempie, lekko fałszując, ale ciesząc się chwilą, śpiewaliśmy (no dobrze; oni śpiewali, a ja jadłam æbleskiver) świąteczne piosenki. Hyggelig, jak mawiają Duńczycy.

Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie zabrała ze sobą puszek pełnych ciastek. Furorę zrobiły łakocie z migdałami i... Liofilizowanymi jeżynami. Tak, tak, takie cuda.

Przepis znalazłam na stronie Kager til kaffen, i od razu mnie zaintrygował. Szukałam czegoś szybkiego i prostego, i te ciasteczka takie właśnie są. Składniki razem miksujemy, formujemy rulonik, chowamy do lodówki na czas, którego potrzebujemy na sprzątanie, kąpiel, wyjście z psem (niepotrzebne skreślić), a potem kroimy w plasterki i pieczmy. Betka! Jednak interesująco zaczyna się robić w momencie, gdy bliżej przyjrzymy się składnikom. Migdały są chrupiące, pyszne i świąteczne, ale to liofilizowane owoce są magicznym składnikiem. W oryginale autorka przepisu dodawała do ciasta orzechy lub owoce, ja postanowiłam połączyć je razem. Maliny zmieniłam na jeżyny nie z premedytacją, ale dlatego, że tych pierwszych zabrakło w szufladzie. Wyszło pysznie! Ciasteczka są chrupiące, lekko sypkie, z kwaśnymi nutami jeżyn. Coś wspaniałego!

I nawet brat C. wyjadał je z puszki, co zdecydowanie coś znaczy, bo według niego poza lukrecją słodycze mogłyby nie istnieć.

Ciasteczka z jeżynami i migdałami


Składniki:
(na 50 sztuk)
  • 150 g miękkiego masła
  • 185 g mąki pszennej
  • 60 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g płatków migdałowych
  • 2 łyżki liofilizowanych jeżyn

dodatkowo:
  • 2 łyżki cukru

Masło utrzeć z cukrem i cukrem waniliowym na puszystą, jasną masę. Partiami dodawać przesianą mąkę. Następnie dodać migdały i jeżyny, wymieszać dłońmi.

Z ciasta uformować wałeczek o średnicy 3 cm, obtoczyć w pozostałym cukrze. Zawinąć w folię spożywczą, schłodzić w lodówce przez 1 godzinę (można przez noc).

Schłodzone ciasto pokroić w plastry grubości 3-4 mm. Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w niewielkich odstępach.

Piec w 180 st. C. przez 10-13 minut.
Ostudzić.

Smacznego!

I tak, mi też pomysł z dodaniem liofilizowanych owoców do ciastek wydał się nieco dziwny... Ale spróbujcie sami; jestem pewna, że będziecie zachwyceni!