wtorek, 13 grudnia 2011

Sposób na banany według Nigelli

Wczoraj mieliśmy w pracy Wigilijne spotkanie. Tradycją w Danii jest tak zwany Julefrokost, czyli świąteczna impreza - obiad, a później zabawa do białego rana. To jeszcze przed nami. Póki co spotkaliśmy się, żeby wymienić się prezentami. Każdy przynosi jakiś drobiazg, i kładzie go pod choinką. Później po kolei rzucamy kostką - kto wyrzuci szóstkę, może wybrać sobie paczuszkę. Zabawne, ale szczyt napięcia następuje później. Kiedy już pod choinką nie ma nic, staramy się wyrzucić jedynkę - wtedy możemy komuś ukraść prezent. I wtedy zaczyna się szaleństwo! Mówię Wam - zabawa jest przednia. Ja skończyłam bez paczuszki, ale K., która miała trzy, podzieliła się ze mną. W udziale przypadł mi mały ośnieżony domek z lampką w środku - uroczy! K. dostała między innymi puszkę tuńczyka. Z ciekawszych podarunków: mrożona kaczka, olej w spreju, pęto kiełbasy, gotowe blaty biszkoptowe, płyn do czyszczenia łazienek (jak znalazł przed Świętami!). Nasi kucharze wykazali się ułańską wręcz fantazją.
Posiedzieliśmy, pojedliśmy (ach, te mandarynki - już czas!), pośmialiśmy się, i w przyjemnej atmosferze udaliśmy się do domów. Ja do własnego tylko na moment - razem z Czarną (bez kradzionej kaczki) udałyśmy się do K. kontynuować tak przyjemnie rozpoczęte popołudnie, które nie wiadomo kiedy, zamieniło się w wieczór. Dzięki Dziewczyny!

Przy okazji chciałabym nadmienić, że jestem super ciocią - córeczka A. pozwoliła się prowadzić za rączkę bez żadnego sprzeciwu, a synek K. wgramolił mi się na kolana i puszczaliśmy bańki mydlane. Dzieci mnie lubią - sama nie wiem dlaczego. Ale muszę przyznać, że bardzo to miłe.

Co ja przyniosłam w prezencie? O tym innym razem (już niedługo). Dzisiaj na tapecie sernik - i to jaki! 
Zaczęło się od smętnie czerniejących w misce bananów, na które nikt już nie miał ochoty. Myślałam, co by tu z nimi zrobić. Chlebek bananowy...? Eee, jakoś nie miałam chęci. Koktajl...? Za dużo do picia na jeden raz. Wtedy przypomniałam sobie, że w Kuchni Nigelli widziałam kiedyś sernik bananowy. Czym prędzej zaczęłam wertować książkę - i tak! Jest. W dodatku z sosem toffi... Niewiele myśląc, zabrałam się za pieczenie. I uwierzcie - warto było! Sernik jest delikatny, wcale nie ciężki, choć kremowy. Słodki, ale tak w sam raz. Z odrobiną sosu smakuje wybornie! Jak kiedyś będziecie mieli zbyt dojrzałe banany - to jest pomysł idealny!

Bananowy sernik z sosem toffi od Nigelli


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 23 cm)

spód:
  • 125 g ciastek digestive
  • 55 g masła

masa serowa:
  • 700 g serka śmietankowego
  • 125 g jasnego brązowego cukru
  • 6 jajek
  • 4 dojrzałe banany
  • sok z 1 cytryny

sos toffi:
  • 125 ml złotego syropu
  • 50 g cukru
  • 100 g masła

Masło rozpuścić i przestudzić. Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z masłem.
Tortownicę wyłożyć folią aluminiową, na dnie ugnieść ciastka. 
Wstawić do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Banany obrać i rozgnieść widelcem na papkę. Skropić sokiem z cytryny.

Serek ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokłądnie miksując po każdym dodaniu. Dodać banany, zmiksować na gładką masę.

Piec 85-95 minut w 150 st. C.
Wystudzić w uchylonym piekarniku.
Schłodzić w lodówce przez noc.

Wszystkie składniki na sos umieścić w rondelku. Podgrzewać na średnim ogniu, aż cukier i masło się rozpuszczą. Wymieszać, żeby wszystkie skłądniki dobrze się połączyły. Gotować 2 minuty, zdjąć z ognia, wystudzić. 
Sernik podawać z sosem w temperaturze pokojowej.

Smacznego!

Poza tym D. zrobił mi wczoraj wspaniałą niespodziankę - obudziłam się obok niego po dziewiątej, a przecież na siódmą chodzi do pracy! Skubany, wziął wolne i nic nie powiedział. Dzięki temu mamy weekend po weekendzie - załatwiliśmy razem parę spraw, i cieszymy się swoim towarzystwem. Super!

piątek, 9 grudnia 2011

Zapach cynamonu

Mój dom pachniał wczoraj cynamonem. I to jak! Słodki zapach wkradł się w najtrudniej dostępne zakamarki i za zamknięte drzwi - drażnił nosy sprawiając, że ich właściciele nie mogli usiedzieć na miejscu. Ja zapaliłam świeczki, zrobiłam sobie gorącej herbaty z cytryną (najlepszej, choć podobno trującej) i usiadłam w fotelu, napawając się poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Rzeczonym było przedwczoraj zagniecione ciasto, które leżało w lodówce zamiast godziny - całą noc. Wszystko za sprawą NS, który wpadł znienacka -  bardzo to miła była wizyta oczywiście. A ciastu nic się nie stało. I dzisiaj dało z siebie wszystko - wałek nieznacznie mu pomógł. 

Kiedy zobaczyłam na stronie Zapach rozmarynu przepis na kruche, cynamonowe ciasteczka wiedziałam, że to jest to, czego mi potrzeba. Na myśl przyszły mi ciastka, które bardzo często kupowała moja Mama w pewnej znanej cukierni. Cieniutkie, bardzo kruche - ale nie kruszące się - mocno cynamonowe, obłędnie pachnące - po prostu raj! Nie żartuję - razem z Młodą byłyśmy w stanie pochłonąć niemal każdą ilość. Mama musiała nam je racjonować! (Choć sama jadła je z nie mniejszą przyjemnością.)
Te smakują inaczej. Nie wiem, jak opisać tą inność, bo są przecież cienkie, kruchutkie (lekko się kruszą), bardzo, bardzo cynamonowe, i pachną też wspaniale. Pyszności! Jednak inne...
Tak czy inaczej - mogę je polecić z pełną odpowiedzialnością. Efekt wart jest pracy, jaką trzeba w nie włożyć - ciasto jest dość lepkie i niezbyt dobrze się wałkuje - trzeba dość sporo podsypać mąką. Efekt jednak wynagradza cały trud!

W stosunku do oryginału dałam więcej cynamonu, odrobinę przyprawy do piernika (to chyba ten czas, że pasuje niemal do wszystkiego) i kakao - tamte ciasteczka miały piękny, złoto-brązowy kolor. 
Można wycinać dowolne kształty - u mnie, jak we wspomnieniach - serduszka.

Kruche serca cynamonowe


Składniki:
(na 45-55 sztuk)
  • 175 g miękkiego masła
  • 110 g cukru
  • 1 jajko
  • 255 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżki cynamonu
  • 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 2 łyżki kakao

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Wbić jajko, zmiksować. Partiami wsypywać przesianą mąkę wymieszaną z kakao i przyprawami. Kiedy składniki dobrze się połączą, uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Schłodzone ciasto rozwałkowywać - podsypując mąką - na grubość 1-2 mm, wycinać ciastka, układać na blasze wyłożónej papierem do pieczenia.

Piec 8-10 minut w 180 st. C.
Ostudzić.

Smacznego!


Kilka ciasteczek zjedliśmy, większość powędrowała do świątecznej puszki - mam zamiar dorzucić jeszcze kilka rodzajów. Wygląda na to, że liczba powigilijnych gości może wzrosnąć - co bardzo mnie cieszy! - ale oznacza też, że trzeba przygotować więcej smakołyków - szczególnie, że odwiedzi nas kilkoro maluchów, które słodkimi drobiazgami nie gardzą. A co może być lepsze od całej puszki kolorowych, różnokształtnych ciastek...?

czwartek, 8 grudnia 2011

Imbir z gruszką

We wtorek upiekłam też sernik. Kiedy zobaczyłam, jak dawno nie było u nas pieczonego sernika (półtora miesiąca!), złapałam się za głowę. No bo jak to tak? Tyle czasu...? A ja przecież tak lubię serniki (Panowie zresztą też). Nie mogłam tego tak zostawić. Idąc do kuchni, miałam w głowie plan - musiały być gruszki, bo ich zdatność do spożycia malała z każą chwilą, miód - bo do gruszek pasuje idealnie, imbir - żeby całość była przyjemne rozgrzewająca i szczypiąca w język, i oczywiście lekka nuta cytrusowa, która dopełnia smak. 
Nie wiem, czy gdzieś znalazłabym przepis, który by mnie usatysfakcjonował. Szczerze mówiąc - nawet nie szukałam. Po prostu poszłam do kuchni - i mieszałam. 

Efekt? Co najmniej zadowalający. Sernik jest z tych mocno mazistych, sycących, ale przy jedzeniu nie czuć jego ciężkości. Może to za sprawą słodkich, dojrzałych gruszek, które nadają ciastu przyjemnej wilgotności, są miękkie i delikatne. Następnym razem dałabym tylko nieco więcej imbiru - jak na mój gust, jego smak jest jednak nieco zbyt subtelny.

Sernik właściwie bardziej jesienny - jak aura za oknem. Ale myślę, że i na ten przedświąteczny czas będzie jak znalazł.

Miodowo-imbirowy sernik z gruszkami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

spód:
  • 115 g ciastek digestive
  • 60 g masła
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru

masa serowa:
  • 550 g serka kremowego
  • 150 g miodu
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 2,5cm kawałek świeżego imbiru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 150 ml śmietany kremówki
  • 4 jajka

dodatkowo:
  • 3 gruszki

Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z imbirem.
Masło rozpuścić i przestudzić. Wlać do ciastek i dokładnie wymieszać.

Formę wyłożyć folią aluminiową. DNo wylepić masą ciasteczkową, ugnieść łyżką.
Schłodzić w lodówce w czasie przygotowywania masy serowej.

Serek zmiskować z miodem, mąką, startym imbirem i sokiem z cytryny. Wlać kremówkę, ubić. Po jednym wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 

Gruszki obrać, pokroić w kostkę. Wyłożyć na ciasteczkowy spód, zalać masą serową - powierzchnię wyrównać łyżką.

Piec w 130 st. C. w kąpieli wodnej przez 1 godzinę 45 minut.
Wystudzić w uchylonym piekarniku.
Przed podaniem schłodzić w lodówce przez 3 godziny, a najlepiej całą noc.

Smacznego!

Sernik można upiec w nieco większej tortownicy - wyszedł bardzo wysoki. Podczas pieczenia pachniał bosko - od razu zrobiło się cieplej. Wczoraj wieczorem siedziałam w ulubionym fotelu z książką, gorącą herbatą i kawałkiem sernika właśnie - chwila oddechu przed kolejnymi ciężkimi dniami w pracy. Naprawdę - już nie mogę doczekać się Świąt!

środa, 7 grudnia 2011

Chleb. Domowy

Wczoraj miałam wyjątkowo - jak na mnie - aktywny dzień w kuchni. Poza prezentowanymi wczoraj bajaderkami przygotowałam jeszcze kilka innych smakołyków. I chleb. Bardzo dawno nie piekłam już chleba - jakoś nie miałam kiedy. Zaletą tego jest z pewnością długość przygotowania - niecałe trzy godziny, i możemy cieszyć się świeżym pieczywem. Przepis znalazłam w Bag brød - książce, którą niedawno nabyłam drogą kupna, a której opierałam się kilka miesięcy. Z racji tego, że nie piekę chleba i bułek zbyt często, wydawało mi się, że kolejna pozycja o tym traktująca jest mi absolutnie zbędna. I pewnie tak właśnie jest. Co nie zmienia faktu, że nie mogę się nią nacieszyć - piękne zdjęcia i proste przepisy naprawdę zachęcają do przygotowania jakiegoś pieczywa. Nie mam pojęcia, czy istnieje polskie tłumaczenie - wszystkim duńskojęzycznym z czystym sumieniem mogę tą książkę polecić.

Chleb, na który się zdecydowałam, jest, jak już wspomniałam, bardzo prosty i szybki w wykonaniu. Zrobiłam z połowy porcji - chlebki nie są duże, ale czterech raczej byśmy nie zjedli. Dodatek mąki graham sprawia, że chleb ma bardzo chrupiącą skórkę, nieco się kruszy, ale smakuje wybornie. Bez żadnych fiu-bździu, taki zwykły, prosty, neutralny w smaku. Za tym właśnie tęskniłam.

Domowy chleb pszenny


Składniki:
(na 2 nieduże bochenki)
  • 15 g świeżych drożdży
  • 500 ml letniego mleka
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 300 g mąki graham
  • 360 g mąki pszennej
  • 25 g masła

dodatkowo:
  • 4 łyżki letniej wody

Drożdże rozpuścić w kilku łyżkach mleka, wsypać cukier, wymieszać. Odstawić na 15 minut, żeby drożdże ruszyły.

Mąki przesiać (to, co zostanie na sitku z mąki graham wsypać do miski), wymieszać z solą. Wlać rozczyn i resztę mleka, zagnieść ciasto.
Masło rozpuścić i przestudzić, dodać do masy, wyrobić gładkie ciasto (może się delikatnie lepić). Odstawić na 60 minut, do podwojenia objętości.

Ciasto wyjąć z miski, jeszcze raz szybko wyrobić. Podzielić na dwie równe części, uformować z każdej okrągły bochenek. Odstawić do wyrośnięcia na 30 minut.

Wyrośnięte bochenki opędzlować wodą.

Piec w 220 st. C. przez 30-40 minut.
Ostudzić na kratce.

Smacznego!

Dzisiaj pogoda się zdecydowała - pada deszcz. Brrr... Spóźniona jesień...? Być może. Mam nadzieję, że zima jest bardziej punktualna.

wtorek, 6 grudnia 2011

Mikołajkowe ciastka z odzysku

Dzisiaj Mikołajki. Żeby tradycji stało się zadość, rano Panowie znaleźli słodkie drobiazgi. A ja dostałam smsa od Dużego - Ty pewnie nic nie dostałaś, bo niegrzeczna byłaś. Hmm... Cóż... Jednak dostałam - moje ulubione jabłka w karmelu, które sprzedają na straganach pod domem. Mniam! Dziękuję Mikołaju.

Ponieważ nie tylko Mikołaj lubi sprawiać słodkie niespodzianki, też postanowiłam coś przygotować. Miałam akurat kawałek ciasta, na które nikt wcześniej nie miał ochoty, w związku z tym wpadłam na pomysł, żeby zrobić bajaderki. Osobiście nie jadałam ich zbyt często, ale D. bardzo je lubi. Mi się kojarzą z zimowym popołudniem na PKSie, kiedy razem z D. czekaliśmy na autobus. Świat miał ten charakterystyczny kolor - mnóstwo śniegu i odbite od niego światło latarni. Z nieba powoli spadały płatki, wirowały i tańczyły, żeby roztopić się na czerwonych od mrozu policzkach. D. zaciągnął mnie do cukierni i kupił po olbrzymiej bajaderce. Ach, jak dobrze zjeść coś słodkiego w taki zimny czas! Później on wsiadał w autobus, ja pomachałam, i poszłam na tramwaj, cały czas czując w ustach posmak rumu.
Moje bajaderki zrobiłam bez przepisu - ot, wrzucałam to, co akurat mi pasowało. Są więc rodzynki, orzechy, czekolada z kremówką jako spoiwo, rum z nutą wanilii i pomarańczy wzbogacają smak i sprawiają, że chce się sięgnąć po kolejną. Czy smakują jak tamte z cukierni? Nie wiem. Nie pamiętam.
Ale D. mówi, że są lepsze.

Bajaderki


Składniki:
(na 16 sztuk po 35 g )
  • 250 g suchego ciasta (babka, biszkopt - bez owoców)
  • 40 g rodzynek
  • 40 g orzechów laskowych
  • 3 łyżki rumu
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżeczka ekstraktu z pomarańczy
  • 100 g mlecznej czekolady
  • 100 ml śmietany kremówki (38%)

Rodzynki namoczyć w gorącej wodzie, następnie dobrze odcisnąć.
Orzechy posiekać i podprażyć na suchej patelni.
Czekoladę z kremówką rozpuścić w kąpieli wodnej.
Ciasto pokruszyć, dodać rodzynki, orzechy, rum i ekstrakty. WYmieszać. Wlać czekoladę, połaczyć. Masa powinna być lekko lepka, bez problemu dająca się formować w kulki. Jeśli jest zbyt sucha - dolać kremówki lub trochę alkoholu, jeśli zbyt mokra - wkruszyć ciasto lub 2-3 herbatniki.

Z masy formować kulki po 35 g - mniejsze lub większe - układać w papilotkach do minimuffinek. 
Schłodzić w lodówce przed podaniem.

Smacznego!

Tak naprawdę bajaderki to improwizacja - kawałek suchego ciasta - a reszta to to, co podpowiedzą nam kubki smakowe. Rodzynki, orzechy, migdały, suszona żurawina, czekolada, kakao, masło, śmietana - co kto lubi. Koniecznie jednak musi się znaleźć w składzie rum - bez niego nawet najpyszniejszych kulek nie nazwałabym bajaderkami.

Tymczasem dzisiaj pogoda nie może się zdecydować - raz pada deszcz, raz śnieg, a za chwilę świeci słońce. My siedzimy w domu, pieczemy pierniki, chleby i napawamy się przedświątecznym ciepłem. Nic mi więcej do szczęścia nie trzeba...

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Większa sprawa - tort

Cicho ostatnio na blogu... Do wczorajszego muffinkowania zmobilizowały mnie Dziewczyny (i nasz wspaniały Rodzynek), za co jestem im ogromnie wdzięczna. Czas już najwyższy zabrać się za świąteczne wypieki! Przez niemalże wiosenną pogodę w ogóle nie czuję, że to już grudzień! A to już pora, żeby w domu zapachniało cynamonem, imbirem i pomarańczą. W natłoku codziennych zajęć przegapiłam czas na zagniatanie ciasta na leżakujące pierniki. Na szczęście znalazłam kilka przepisów, które poratują mnie w tej sytuacji. Będą pierniczki miękkie od razu, korzenne kruche ciasteczka i... Sama nie wiem, co jeszcze. Dziś przeglądam książki i gazety w poszukiwaniu inspiracji, powoli tworzę listę świątecznych przysmaków. Pierwsza Wigilia z dala od Domu - trochę mi smutno, ale szukam dobrych stron. Wszystko będzie tak, jak chcę - śliczna choinka, na stole tylko to, co lubię, prezenty, dużo świeczek, kolorowy bałwanek i cała gama zapachów które sprawią, że będziemy bliżej Domu. Ale na to wszystko jeszcze będzie czas...

Póki co opowiem, co ostatnimi czasy skutecznie odciągnęło mnie od kuchni. Nie publikowałam, bo tak naprawdę - nie miałam czego. Nie piekłam, niemal nie gotowałam, żywiliśmy się kanapkami i błyskawicznymi obiadami z zamrażarki (ukłony dla Mamy D., która zaopatruje nas w zapasy na ciężkie chwile). Moją uwagę skupiły na sobie (niekoniecznie w wymienionej kolejności): praca (świąteczne przyjęcia nie dają nam chwili wytchnienia - mnóstwo gości, i jeszcze więcej bałaganu), szkoła (miałam egzamin, przed którym denerwowałam się panicznie, ale na szczęście się udało - krok na przód w stronę płynnego - a przynajmniej komunikatywnego - posługiwania się językiem duńskim) oraz tort. Tort nie byle jaki, bo na 85 urodziny Augusta. Poprosił mnie o niego Kuzyn Chłopaków - jadł kilka moich wypieków i uznał, że poradzę sobie z zadaniem lepiej niż cukiernia. Chciał tortu wyjątkowego - na wyjątkową przecież okazję. August jest jednym z podopiecznych M., którego miałam przyjemność poznać, i którą to znajomość bardzo sobie chwalę. Choć nie mówi ani słowa po angielsku, jest zawsze bardzo miły i wmusza w nas niebywałe ilości jedzenia. To właśnie za sprawą Augusta miałam okazję spróbować prawdziwie duńskiej kuchni. W jego wykonaniu - naprawdę pysznej! 
Tak więc miałam lekkiego stresa, tort przygotowywałam trzy dni, a efekty... Nie mnie oceniać. Ale sądzę, że głównemu zainteresowanemu przypadły do gustu.

Tort to kakaowy biszkopt, który zawsze przygotowuję z tego samego przepisu. Masa to lekko zmodyfikowana propozycja z Ciast i deserów nr 1/2011. Krem pod polewę czekoladową znalazłam na stronie Kasi, a kokardę wykonałam według instrukcji z książki Niezwykłe ciasta czekoladowe, 20 przepisów na wyjątkowe okazje Toma Phillipsa (w której to książki użycie, szczerze mówiąc, nie wierzyłam - są tam cuda wydające się być zdecydowanie poza moim zasięgiem). Całość jest bardzo home made, ale mam nadzieję, że też o to chodziło. D. stwierdził, że to pierwszy tort, który naprawdę wygląda jak tort. Jedyny problem, jaki z nim miałam, to to, że nie chciał się zmieścić do pudełka - wyszedł za wysoki... Ogólnie wygląda dość reprezentacyjnie - czego zdecydowanie nie oddaje robione w biegu zdjęcie. Nie jadłam, ale poszczególne części - szczególnie krem ajerkoniakowy, mocno alkoholowy, bez dodatków był obłędny. Myślę, że całość też się nieźle komponuje. 
Jeśli macie czas i chęci - polecam. Satysfakcja gwarantowana.

Kakaowy tort z kremem ajerkoniakowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

biszkopt:
  • 10 jajek
  • 400 g cukru
  • 180 g mąki pszennej
  • 90 g mąki ziemniaczanej
  • 50 g kakao

krem ajerkoniakowy:
  • 250 g serka mascarpone
  • 75 g cukru
  • 200 ml ajerkoniaku
  • 3 łyżeczki żelatyny
  • 2 łyżki zimnej wody
  • 75 ml gorącej wody
  • 500 ml śmietany kremówki (38%)

nasączenie:
  • sok z 1/2 cytryny
  • 4 łyżki zimnej wody

krem maślany:
  • 200 g miękkiego masła
  • 135 g cukru pudru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 2 łyżki kakao
  • 3 łyżki mleka

polewa czekoladowa:
  • 200 g ciemnej czekolady (50%)
  • 80 ml śmietany kremówki (38%)
  • 45 g masła
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego

dekoracja:
  • czekoladowa kokarda
  • 1/5 łyżeczki złotego barwnika w proszku

Biszkopt:
Białka ubić na sztywną pianę. Partiami dodawać cukier, nie przerywając miksowania. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Na końcu partiami wsypywać przesianą mąkę z kakao, miksując na najniższych obrotach.
Spód tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia lub folią aluminiową. 
Masę wylać do formy.

Piec w 170 st. C. 70-80 minut, do tzw. suchego patyczka.
Upieczony biszkopt zrzucić na ziemię (w formie) z wysokości 60 cm, po czym wystudzić w uchylonym piekarniku.

Krem:
Mascarpone utrzeć z cukrem na puszystą masę. Wlać ajerkoniak, zmiksować. Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie, następnie zalać ciepłą, mieszać aż do całkowitego rozpuszczenia. Ostudzić. 
Wlać żelatynę wąskim strumieniem do masy ajerkoniakowej, cały czas miksując. Schłodzić w lodówce przez 10-15 minut, aż nieco stężeje.
Kremówkę ubić na sztywno. Dodać do masy, wymieszać na gładko.

Biszkopt przeciąć na trzy części, ściąć ewentualną górkę.

Pierwszy blat położyć na talerzu, skropić sokiem z cytryny wymieszanym z wodą. WYłożyć 1/2 kremu, przykryć drugim blatem, docisnąć. Ciasto nasączyć, wyłożyć resztę kremu, przycisnąć trzecim blatem. 

Wstawić do lodówki na 2-3 godziny, aż krem stężeje i wszytsko ładnie się scali.

Masło utrzeć na puszystą, jasną masę. Wsypać przesiany cukier puder z cukrem waniliowym, ucierać, aż całkowicie się rozpuszczą. 
Kakao dokłądnie wymieszać z mlekiem, żeby nie było grudek. Wlać do masy maślanej, zmiksować, żeby skłądniki dobrze się połaczyły.
Kremem maślanym posmarować wierzch i brzegi tortu, wygładzić powierzchnię. Schłodzić w lodówce przez 2-3 godziny, aż krem zastygnie, a masło stwardnieje.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej z cukrem waniliowym, masłem i kremówką. Masę przestudzić, a następnie posmarować nią wierzch i boki tortu posmarować masą czekoladową, wyrównać. Wierzch, zanim czekolada zastygnie, posypać złotym barwnikiem.
Schłodzić w lodówce przez 2-3 godziny, żeby masa zastygła.

Na wierzch przykleić kokardę odrobiną rozpuszczinej czekolady.

Smacznego!

Przepisu na kokardę nie podaję - muszę się z nią zmierzyć jeszcze kilka razy, żeby odpowiednio wszystko dopracować, i móc udzielić wskazówek ułatwiających całą zabawę. Ja miałam w czekoladzie wszystko - blat, podłogę i siebie. Nie było łatwo, a i efekt nie jest do końca taki, jakbym sobie życzyła. Jakikolwiek cukiernik by mnie wyśmiał. Ale jak na pierwszy raz - jestem z siebie zadowolona. Mam nadzieję, że Jubilat był również.

A tillykke oznacza, w wolnym tłumaczeniu M., wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
A tak naprawdę - po prostu szczęścia.

niedziela, 4 grudnia 2011

Muffinkowo w większym gronie

Bardzo się cieszę - dziś znów załapałam się na wspólne pieczenie w zacnym gronie. Tym razem obiektem naszego zainteresowania stały się muffiny wszelakie, przy czym głównym ich zadaniem było smakowanie dzieciom. Ja dzieci pod ręką żadnych nie mam, w związku z czym przetestowałam je na Bracie (który dzisiaj do nas wrócił), D. i Najlepszym Sąsiedzie. Zjedli. Smakowało. Choć. D. wyciągał cytryny i dawał je mi do zjedzenia. 
O samych muffinkach mogę powiedzieć, że są pyszne. Delikatne i mięciutkie, odpowiednio wilgotne, słodkie od miodu z wyraźną, kwaśną nutą w postaci plasterka cytryny (który można pominąć, jeśli ktoś nie lubi tak ekstremalnych rozwiązań). Robiłam je już któryś raz, a dopiero dziś udało mi się je sfotografować. Jedne z najszybciej znikających muffinek u nas w domu! Nie mam pojęcia, w czym tkwi ich sekret - ale moje serce podbiły błyskawicznie. Myślę, że ciekawym pomysłem byłoby wykorzystanie pomarańczy zamiast cytryny - będą słodsze, i być może dzieciom bardziej przypadłyby do gustu. Moim zdaniem, na aktualną porę roku takie muffinki są świetne - miód i cytryna to rewelacyjne połączenie smakowe (a i witamina C się przyda...). 
Przepis znalazłam w Den store dessert & bagebog.
Polecam serdecznie - są naprawdę rewelacyjne. Są też świetną bazą do modyfikacji - ja robiłam je na przykład z truskawkami i jogurtem truskawkowym, i też był pyszne.

Za wspólne pieczenie serdecznie dziękuję - Maggie, Shinju, Peli, Dobromile, Pluskotce, Emmie, Michałowi, Ani, Chantel oraz Pannie Malwinnie - bardzo mi się idea takiej zabawy podoba i mam nadzieję, że niedługo znów spotkamy się w wirtualnej kuchni.

Muffiny cytrynowe na jogurcie


Składniki:
(na 12 sztuk)

suche:
  • 225 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka kardamonu

mokre:
  • 120 g płynnego miodu
  • 1 jajko
  • 300 ml jogurtu naturalnego
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 70 ml oleju

dodatkowo:
  • 6 cienkich plasterków cytryny

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać z solą i kardamonem.
W drugiej misce ubić jajko z miodem. Dodać jogurt i skórkę cytrynową, wymieszać. Wlać olej, połączyć.
Wlać masę jogurtową do mąki, wymieszać tylko do połączenia składników.
Masę przelać do formy wyłożonej papilotkami. 
W każdą muffinkę wcisnąć połowę plasterka cytryny (skórką do góry).

Piec w 180 st. C. przez 25-30 minut.
Wystudzić na kratce.

Smacznego!


Dzisiaj rano patrzyłam przez okno w wielkim zadziwieniu - nagle, po wczorajszej niemal wiośnie, padał śnieg! Co prawda z deszczem, i nie zostawił po sobie żadnych śladów, ale to już zawsze coś. W końcu to już grudzień! Rok temu o tej porze śnieg był wszędzie, ogromne zaspy niemal uniemożliwiały wyjechanie z domu, pomalowane mrozem szyby skrzyły się w ostrych promieniach zimowego słońca, policzki był czerwone po kilku minutach spędzonych na dworzu - zima w pełni! I, szczerze mówiąc, troszkę już za tym tęsknię - w końcu białe Święta to najpiękniejsze z możliwych. 
Też czekacie na śnieg...?