wtorek, 12 marca 2013

Zupa z niezwykłym makaronem

Ostatnio znów udało mi się oczarować C. zupą. Okazuje się, że zdecydowanie woli takie, w których coś sobie pływa... Krem zje, ale to jednak nie jego bajka... Nie, żebym gotując obiad dla siebie, jakoś specjalnie interesowała się jego upodobaniami... Zazwyczaj bowiem zupy pojawiają się na stole, gdy C. pracuje popołudniami, a ja odczuwam nieodpartą potrzebę zjedzenia czegoś bardziej treściwego niż tost czy kawałek ciasta. Tym razem naszło mnie na cukinię, którą kupiłam bez zastanowienia. Dopiero siedząc przed laptopem zaczęłam się zastanawiać, w co właściwie mogłabym tą cukinię przemienić... Na blogu Alba znalazłam bardzo ładnie wyglądają zupę, z makaronem i właśnie taką do pogryzienia. Z kolei na Szybkim gotowaniu zobaczyłam makaron z cukinii, który oczarował mnie od razu. Było, nie było, postanowiłam te dwa pomysły połączyć. I muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę!
Zupa wyszła naprawdę bardzo smaczna, C. nie mógł się nachwalić. Kremowa za sprawą miksowania połowy cukinii, z kawałkami ziemniaków i makaronem, które z kolei zadowoliły C. A cukiniowy makaron jest po prostu pyszny - bardzo delikatny - trzeba cały czas mieć na niego oko, żeby się nie rozgotował. Całość jest sycąca i naprawdę pyszna. Idealna na te ostatnie mroźne dni!

Zupa z cukinii z makaronem


Składniki:
(na 4 porcje)
  • 550 g cukinii
  • 200 g ziemniaków
  • 1 cebula
  • 1 l bulionu
  • 100 g makaronu garganelli
  • 2 łyżki masła
  • 100 ml mleka (3,2%)
  • sól
  • pieprz

Cebulę pokroić w kosteczkę, podsmażyć w garnku na maśle. Dodać pokrojone w kostkę ziemniaki, zalać bulionem. Jedną cukinię pokroić w kostkę, dodać do zupy. Gotować, aż warzywa zmiękną. 
Odcedzić cukinię, zmiksować na gładko z mlekiem. Do zupy wrzucić makaron i gotować 10-12 minut, aż zmięknie. Zdjąć z ognia, wymieszać ze zmiksowaną cukinią. Doprawić do smaku solą i pieprzem.

Drugą cukinię przekroić wzdłuż na 4 części. Obieraczką do warzyw kroić cienkie paski - cukiniowy makaron. Zagotować w garnku wodę, gotować cukiniowe paseczki 2-3 minuty, pilnując, żeby się nie rozpadły.

Zupę podawać z cukiniowym makaronem.

Smacznego!


Co do pogody - nadal mrozi, ale przynajmniej jest słonecznie i w miarę przyjemnie. Gdybym tylko nie musiała skrobać auta o piątej rano, to bym chyba zupełnie nie narzekała...
A jeśli chodzi o pączki, to cóż... Po wielu trudach i ogromnych bólach - w końcu się udały. I wyszły naprawdę smaczne, pączkowe. Obawiam się jednak, że wkład pracy jest niewspółmierny do otrzymanych efektów... Ale o tym już następnym razem.

poniedziałek, 11 marca 2013

W stylu bydgoskim

Uff... W końcu troszkę odpoczęłam. Leniwy weekend to było dokładnie to, o czym marzyłam i czego potrzebowałam. Po tylu dniach pracy przydała się chwila wolnego na złapanie oddechu. Niestety - pogoda bardzo mnie rozczarowała. Od piątku wiał co najmniej szalony wiatr, który sprawiał, że nawet Ptysia uciekała do domu po kilkunastu minutach. A żeby było jeszcze weselej, wczoraj spadł śnieg. I to nie, że sobie poprószył mimochodem i stopniał przy pierwszych promieniach porannego słońca; zamiast tego znów przymroziło i dziś z porannego spaceru Tina wracała niesiona na rękach przez C., bo jej pytki zaczęły zamarzać... W związku z tym stwierdziłam, że jest to wymarzona wręcz pogoda na zweryfikowanie przydatności przepisu, z którego ostatnio nie wyszły mi pączki. Dam mu jeszcze jedną szansę - możliwe, że to ja zrobiłam coś nie tak... O wynikach dam Wam znać w najbliższych dniach, a dzisiaj będzie też słodko, choć zdecydowanie nie pączkowo. 

Otóż miałam mały zapas białek (o tym, po czym mi zostały, też niedługo opowiem), i stwierdziłam, że trzeba coś z nich w końcu przygotować. A że akurat zaczynał się weekend... No przecież, że musi być ciacho! 
Myślałam, muszę przyznać, raczej długo. Nie chciałam zwykłej bezy, za często ją przygotowuję i nieco już mi się przejadła... Nie mam jednak doświadczenia z pieczeniem innych ciast na samych białkach, a z moim niezbyt pozytywnym nastawieniem bałam się, że coś może nie wyjść. I wtedy mnie oświeciło!
Nie wiem - może za sprawą urodzin mojej Mamy, które przypadały ósmego (wszystkiego najlepszego Kochana!), a może tęsknoty za domem... Dość, że nagle w mojej głowie pojawił się obraz wyjątkowego tortu bezowego - dacquoise (czyt.: dakłas - na co sama bym w życiu nie wpadła...). Jest to ukochany tort mojej Mamy, który często kupowała w bydgoskiej cukierni Adama Sowy. I choć nie przepada ona za mdlącymi słodkościami, to ciacho wybitnie przypadło jej do gustu. Reszta domowników, ze mną na czele, podziela jej pogląd - torcik jest wyjątkowy. Słodka beza z chrupiącymi orzeszkami, a do tego świetnie ją uzupełniający krem kawowy. Ze względu na ten krem właśnie zdecydowałam się skorzystać z przepisu Liski - na innych blogach krem był karmelowy - kuszący, ale to jednak nie to... I choć kremy maślane nie są moimi ulubionymi, postanowiłam zaryzykować. I muszę przyznać, że się opłaciło, torcik bowiem wyszedł boski. Piekielnie słodki, to prawda, ale smak jest nieziemski. Najlepiej podawać go ze świeżymi owocami (u nas soczyste gruszki), które nieco złagodzą cały ten cukier. Mimo to uważam, że przepis jest bardzo udany i godny polecenia - beza z dodatkiem daktyli, suszonych śliwek i orzechów włoskich smakuje wprost obłędnie! Tego trzeba po prostu spróbować.

Dacquoise - torcik bezowy z kremem kawowym


Składniki:
(na ciasto o średnicy 20-22 cm)

beza:
  • 4 białka
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 180 g cukru
  • 1 łyżka kakao
  • 1 łyżeczka octu jabłkowego
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • 40 g suszonych daktyli
  • 40 g suszonych śliwek kalifornijskich
  • 40 g orzechów włoskich

krem:
  • 120 g miękkiego masła
  • 80 g cukru pudru
  • 2 łyżki Amaretto
  • 3 łyżki mocnej, zimnej kawy

dodatkowo:
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 50 g daktyli
  • 25 g orzechów włoskich

Białka ubić z solą na sztywną pianę. Pod koniec ubijania partiami wsypywać cukier. Dodać kakao, mąkę i ocet, zmiksować. Wsypać drobno posiekane daktyle, śliwki i orzechy, dokładnie, ale delikatnie wymieszać łyżką.

Na papierze do pieczenia narysować dwa okręgi o średnicy 20 cm. Równomiernie wyłożyć masę bezową. 

Podpiec w 180 st. C. przez 5 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 140 st. C. i piec jeszcze 40-60 minut. 
Uważać, żeby beza się zbytnio nie przyrumieniła. 

Upieczone bezy dobrze wystudzić w uchylonym piekarniku.

Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą, jasną masę. Powoli wlać Amaretto i kawę, cały czas miksując.

Na talerzu lub paterze ułożyć jeden krążek bezy do góry nogami, posmarować kremem, przykryć drugim krążkiem, delikatnie docisnąć.
Wierzch oprószyć przesianym cukrem pudrem, udekorować daktylami i orzechami.
Przechowywać w lodówce.

Smacznego!


I znów nie jestem pewna, do jakiej kategorii zaliczyć to ciasto...? A co tam, niech będzie, że tort. Na wielką imprezę do roli głównej się nie nada, ale na imieniny dla kilku bliskich osób będzie w sam raz. Szczególnie w towarzystwie mocnej, czarnej kawy, mmm... Pyszności!

środa, 6 marca 2013

Carroll, ach! Opowiadania

Na tą książkę czekałam od chwili, kiedy dowiedziałam się, że zostanie wydana. Uwielbiam powieści Carrolla, który nie wydał nic od 2007 roku. Byłam więc niezwykle podekscytowana, naprawdę. Emocje sięgały zenitu. Kiedy więc w końcu, po kilku miesiącach, trafiła w moje ręce, zaczęłam czytać od razu. I tak jak usiadłam, wstałam ze trzy razy z kanapy, żeby pójść do łazienki i zrobić sobie herbaty, mruknęłam coś do C. (prawdopodobnie, żeby mi nie przeszkadzał - nie jestem pewna, w jakim języku), po czym z zadowoleniem odłożyłam książkę na kolana, zakładkę zostawiając w dłoni. Naprawdę chciało mi się czytać, wciągnęłam się bez reszty. I choć w kwestii powieści i opowiadań Carrolla jestem niezwykle subiektywna, to mimo przeczytania Kobiety, która wyszła za chmurę od deski do deski, przy jednym podejściu, nie byłam aż tak zachwycona, jak się tego spodziewałam...

Po pierwsze - zdecydowanie wolę jego powieści niż opowiadania. Tam ma czas, żeby powoli rozwijać historię, wciągać mnie, uwodzić, pomału odkrywać przede mną fragmenty układanki. Zdradza tajemnice nie od razu, lecz stopniowo, potęgując napięcie. Jednocześnie chcę już skończyć, żeby dowiedzieć się, o co właściwie chodzi, a z drugiej pragnę, żeby opowieść ciągnęła się w nieskończoność. Zawsze zaskakuje mnie zakończeniem. Ma niesamowitą fantazję, która, mam wrażenie, udziela się i mi.


Kobieta, która wyszła za chmurę to zbiór opowiadań, w których mieszają się elementy zupełnie zwyczajne z fantastycznymi. W tytułowym bohaterka znalazła partnera przez biuro matrymonialne, i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jej przyszły mąż jest... Kosmitą. Najbardziej podobało mi się Pół kroku od furii - opowieść o współczesnej alchemiczce, która zdradziła swój sekret nieodpowiedniemu człowiekowi i musiała w wątpliwy moralnie sposób ratować swoje życie. Dom na wyżynie to historia młodego mężczyzny, zwykłego aż do bólu, którego nagle zaczynają fascynować rusztowania. Kiedy znika, aby zamieszkać na jednym z nich, jego żona niemal odchodzi od zmysłów. Harris przeszedł już jednak na zupełnie inny poziom, z którego nie ma powrotu... W Skradzionym kościele z kolei poznajemy młode małżeństwo. Akurat wybierają się na jej pierwsze spotkanie z jego rodzicami. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nie żyją oni już od kilku ładnych lat...

Opowiadania wciągają, zaskakują, każą patrzeć na elementy otaczającej nas rzeczywistości z zupełnie innej perspektywy. Dla mnie jednak zbyt krótkie, żeby naprawdę poruszyć. Oczywiście, że warto po nie sięgnąć - Carroll kreuje bowiem światy, o których nawet filozofom się nie śniło...

Kobieta, która wyszła za chmurę
Jonathan Carroll
Dom Wydawniczy Rebis
Poznań, 2012

wtorek, 5 marca 2013

Fascynująca gra w szachy

Jak tylko napisałam wczorajszego posta, ciesząc się z dzisiejszego dnia wolnego, dostałam wiadomość, że byłoby cudownie, jeśli mogłabym przyjść do pracy. Cudownie jak dla kogo... Pełna optymizmu poszłam wcześniej spać, C. obudził mnie na zaledwie kwadrans, więc kiedy potrząsnął mną chwilę po siódmej rano, byłam już całkiem wyspana i przytomna. Mimo wszystko nie o takiej pobudce marzyłam... A C. spanikowany - siódma jest, spóźniłaś się! 
Co, ja...? Nie... No przecież mówiłam, że dzisiaj na dziewiątą... 
On się uspokoił, odwrócił na drugi bok i zasnął w przeciągu trzech sekund, ja zaczęłam się niecierpliwie wiercić. Słonko świeciło już jasno, Ptysia usiadła mi na brzuchu i patrzyła wyczekująco, czy się ruszę, czy jednak nie... Ruszyłam się. Znalazłam nawet czas na narysowanie kresek, czego normalnie nie robię. 
W pracy byłam pełna energii i nawet teraz nie czuję się senna, choć poziom żywotności powoli się obniża... Chciałam zrobić pudding czekoladowy, ale okazało się, że potrzebna jest kremówka, której oczywiście w domu brak. A do sklepu iść mi się nie chce, bo od razu pryśnie czar popołudniowego słońca - wydaje się, że to już wiosna, ale zimno jednak...

Dlatego dzisiaj nie będzie o jedzeniu, a o książce. Naprawdę ciekawej. Opowiadającej prawdziwą historię. No dobrze... Prawdziwą tylko w pewnym stopniu. Ale czym stałby się pisarz, gdyby odebrano mu prawo do fantazji...?
Szachista Roberta Löhra to opowieść o niesamowitym wynalazku - myślącej maszynie. Choć dla nas komputery, które potrafią na swój specyficzny, zaprogramowany przez człowieka sposób, myśleć, są codziennością, w roku 1770 grający w szachy Turek Kempelena wywołał całe mnóstwo przeróżnych emocji. Od podziwu i zachwytów, przez zainteresowanie tajemnicą maszyny, aż po irytację, zazdrość, a nawet nienawiść. Okazuje się jednak, że Kempelen wcale nie był geniuszem, a tylko niezwykle sprytnym oszustem...

To jest prawdziwa część historii - Kempelen jest postacią historyczną, wynalazł maszynę grającą w szachy, którą oczarował cały dwór Marii Teresy i największe miasta Europy. Prawdą jest również fakt, że całość była mistyfikacją - za skomplikowanym mechanizmem ukrywał się człowiek, który sterował poruszeniami Turka. Nie wiadomo jednak, jak wyglądały relacje Kempelena z jego graczem, żoną, pracownikami, ile prywatnie wywołał emocji - i tu właśnie wkracza autor. Szachista to historia karła ukrytego w skrzyni maszyny, genialnego szachisty, który godzi się na oszustwo, gdyż jego nędzny żywot nie pozwala na odmowę. Kiedy ginie pewna młoda kobieta, Tibor, szantażowany przez pracodawcę, mimo moralnego zwątpienia, nadal gra. Do poważnych problemów dochodzi, kiedy jeden z głównych przeciwników Kempelena wietrzy oszustwo i za wszelką cenę chce wykraść pilnie strzeżoną tajemnicę.

Książka jest fascynująca - historia bardzo szybko wciąga, z zainteresowaniem śledziłam losy Tibora, jego przyjaciół i wrogów. Jeśli lubicie osiemnastowieczne romanse, z pewnością przypadnie Wam do gustu.

Szachista
Robert Löhr
Wydawnictwo Dolnośląskie
Wrocław, 2007

poniedziałek, 4 marca 2013

Pieczenie dla dzieci - ciasteczka. I dylematy śpiocha

Mam problem. Poważny. Ostatnio skala problemu rośnie dramatycznie, żeby nie rzec - wręcz drastycznie... Otóż, jestem postawiona pod ścianą, i mam dwie opcje - żyć, czy spać...? Oto jest pytanie! Że niby ździebko zbyt enigmatyczne...? No, już tłumaczę przecież...
Pracuję średnio dużo (w porównaniu do polskich standardów raczej mniej niż więcej), czasem naprawdę ciężko, nie obijam się prawie wcale. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że cztery - pięć razy w tygodniu muszę wstawać przed piątą, bladym świtem... Choć właściwie to już się nie mogę doczekać, kiedy będę mogła bladym świtem wstawać, bo póki co witają mnie nieprzeniknione ciemności, mróz i skrobanie szyb w aucie. Kiedy po ośmiu wyczerpujących godzinach wracam do domu, najczęściej nie chce mi się nic. A nawet jeśli mi się chce, to szybko podcina mi skrzydła świadomość pobudki dnia następnego. I właśnie tu pojawia się dylemat: spać, czy żyć...? Bo jeśli już wkulam się do ciepłego łóżeczka, przytulę do Ptysi, to mogę zapomnieć o zrobieniu nie tylko czegokolwiek pożytecznego, ale również przyjemnego - nie posprzątam, nie zrobię prania, nie umyję naczyń, ale też nie obejrzę trzech zaległych odcinków ulubionego serialu, nie upiekę ciasta, ciasteczek ani nawet nie przygotuję banalnego budyniu, nie poczytam... A wreszcie ominie mnie tych kilka chwil, które mogę spędzić z C. inaczej, niż śpiąc. Z drugiej strony wiem, że jeśli się zawezmę, i jednak coś zrobię, to mimo, że będę miała frajdę i satysfakcję, kolejną przeczytaną powieść na koncie albo pączuszka do kawki, to następnego dnia będę śpiąca, a więc irytować mnie będzie absolutnie wszystko, łącznie z tymi osobami i rzeczami, które normalnie działają na mnie bardzo pozytywnie. No i powiedzcie mi - co mam robić...? Tak źle, i tak niedobrze. Doby nie rozciągnę, jedyne, co mi pozostaje, to spać szybciej, jak nakazuje Tatuś. Umiecie? Podzielcie się tajemną wiedzą, proszę...

Wywnętrzenia powyższe spowodowane zostały wydarzeniami sobotnimi i niedzielnymi. Otóż w sobotę, po pracy, udałam się do koleżanki w celu upiększenia (misja zakończona powodzeniem - nowy kolor włosów odjął mi pięć lat); przy okazji pogadałyśmy, pośmiałyśmy się, dziecię średnie przykleiło mi się do nogi, jak chciałam wychodzić, i chyba obie uznałyśmy popołudnie za bardzo udane. Wróciłam do domu, wzięłam prysznic, wyspacerowałam psę, poczytałam godzinkę i pojechałam po C. do pracy (w sobotę autobusy jeżdżą co dwie i pół godziny - no przecież nikt nie ma takich zasobów cierpliwości!). W rezultacie w łóżku wylądowałam w okolicach wpół do pierwszej, co, przy sprzyjających wiatrach, oznaczało ni mniej, ni więcej, tylko lekko ponad cztery godziny spania przed kolejnym pracowitym, ciężkim dniem. W niedzielę więc warczałam na Bogu ducha winną Zuzkę, prychałam i posyłałam mordercze spojrzenia bez konkretnych przyczyn. Nie lubię taka być. Ale nie potrafiłam nad tym zapanować! 
Widzicie więc - jestem w potrzebie. Macie sposoby na dokonywanie właściwego wyboru lub neutralizowanie skutków decyzji podjętych źle...? 

Po tym zdecydowanie przydługim wstępie chciałabym się z Wami podzielić przepisem na ciasteczka, żeby osłodzić nieco te moje narzekania. Jadąc do Agi zawsze zabieram ze sobą jakieś domowe łakocie - jej dzieci naprawdę to doceniają. A mi aż serce rośnie! Tym razem ciasteczka rozeszły się błyskawicznie, jeszcze zanim zdążyłam wyjść. Musiały być dobre.
Przepis znalazłam w duńskiej książce Småkager. Kræs for slikmunde. I tu zaczęły się schody... Jednym ze składników bowiem był tajemniczy sukat. Hmm... Pierwsza pomoc w postaci Google Translate nic nie dała, w dodatku poddała w wątpliwość kompetencje autorów - bo czyż normalnym jest, aby do słodkich ciasteczek dodawać skarpetki...? No chyba nie... Nic to. Udałam się do instancji wyższej, czyli słownika. Tu również zero wsparcia - szukane słowo nie istnieje... Napisałam smsa do C. Ten udał się do Pana K., który radośnie obwieścił, że nie potrafi powiedzieć dokładnie, co to, ale dodaje się to do ciast i ciasteczek! Hmpf... Dodałam suszoną żurawinę. Dopiero dwa dni później, po żmudnych poszukiwaniach dowiedziałam się, że to kandyzowana skórka cytrusowa... I tak nie miałam.

Zmieniłam więc odrobinę skład bakalii, ale tak naprawdę można dodać wszystko, co się lubi, lecz nie w większych ilościach, niż w przepisie, bo ciasteczka będą się rozpadać (coś o tym wiem, niestety...). Wychodzą malutkie - w sam raz na raz. Idealne dla dzieci. W słodkim cukrze pudrze, z lekko wyczuwalną cynamonową nutą. Podczas pieczenia idealnie zachowują kształt, nie rozjeżdżają się na boki, trzeba je więc sporo spłaszczyć - inaczej będziemy mieli kuleczki. Nie rumienią się zbytnio, ale już taki ich urok. Pyszne są. I śliczne. I w ogóle bardzo z nich dumna jestem. Mówię Wam - spróbujcie koniecznie!
I nie myślcie, że 45 sztuk do dużo - znikną, zanim się obejrzycie!

Cynamonowe ciasteczka z bakaliami


Składniki:
(na 45 sztuk)
  • 100 g miękkiego masła
  • 60 g cukru
  • 2 żółtka
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 225 g mąki pszennej
  • 50 ml mleka
  • 50 g rodzynek
  • 50 g suszonych moreli
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 50 g płatków migdałowych

dodatkowo:
  • 2 łyżki cukru pudru

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wsypać cynamon, zmiksować. Na zmianę dodawać przesianą mąkę i wlewać mleko, przy czym ostatnią partię powinna stanowić mąka. Na końcu wsypać bakalie, dokładnie wymieszać łyżką.

Z ciasta uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny. 
Po tym czasie z ciasta formować kulki wielkości orzecha włoskiego, dość mocno spłaszczać i układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w 180 st. C. przez 15-20 minut.
Ostudzić na kratce.

Przed podaniem posypać ciasteczka przesianym cukrem pudrem.

Smacznego!

Jak już napisałam tego długaśnego (nawet jak na mnie) posta, od razu jakoś lepiej mi się zrobiło. Jutro wolne, więc dylematów brak, a do następnych może już znajdę jakieś rozwiązanie...?

sobota, 2 marca 2013

Zguba i przedwyjazdowy torcik

Najbardziej irytujące pytanie świata: kiedy mówisz, że zgubiłeś telefon, i po raz setny słyszysz: Ale gdzie...? Hmm... Jakbym wiedziała, gdzie, to bym go podniosła, i nie byłby zgubiony, prawda...?
Ja wiem, że to z troski, i jestem wdzięczna za okazanie zainteresowania, ale... Cóż, nie wiem, gdzie go zgubiłam. Rozpłynął się nie wiadomo kiedy. Co oznacza - zero kontaktu. Co, muszę przyznać, ma też swoje plusy... Ale o nich może innym razem.

Dzisiaj będzie jeszcze jeden zaległy przepis, sprzed wyjazdu do Polski. Powstał, bo nagle naszła mnie ogromna ochota na tort. Znaczy się - na biszkopt z kremem. Zrobiłam taki w wersji mini - żebyśmy zdążyli zjeść przed wyjazdem. Ale wyszedł naprawdę bardzo smaczny, i spokojnie, przygotowany z większych proporcji, sprawdziłby się jako pełnowymiarowy tort, na przykład urodzinowy. 

Najpierw chciałam zrobić torcik tiramisu, ale okazało się, że w sklepie nie było mascarpone. Kupiłam więc zwykły serek kremowy, który też bardzo lubię, ale plany niestety legły w gruzach - bez mascarpone bowiem tiramisu nie istnieje. Hmpf... I co teraz...? Ochota na kawę mi nie przeszła... Puściłam więc wodze fantazji, i zaczęłam działać intuicyjnie. Najpierw upiekłam mocno kakaowy biszkopt z dodatkiem kawy. Przez dużą ilość kakao wyszedł nieco cięższy niż standardowy, ale pyszny. Krem przygotowałam najprostszy z możliwych, lekko słodki, bardzo delikatny miks kremówki z serkiem. Tuż przed wyłożeniem na biszkopt przypomniałam sobie o żurawinie w słoiczku - doszłam do wniosku, że ożywi całość. Dodatkowo ciasto nasączyłam sporą ilością kawy zmieszanej z likierem kawowym - i muszę powiedzieć, że całość wyszła naprawdę smakowita. Wilgotna, ale nie ciężka. Smak kawy jest dość wyraźny, krem nadaje lekkości, kwaśna żurawina sprawia, że całość nie jest muląca. Nie wygląda może najpiękniej - nie miałam czasu na wymyślne dekoracje, na użytek domowy taka z kawowych ziarenek sprawdziła się idealnie. Polecam serdecznie - w wersji mini lub maksi, do wyboru.

Torcik kawowy z żurawiną


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 20 cm)

biszkopt:
  • 3 jajka
  • 120 g cukru
  • 70 g mąki pszennej
  • 20 g mąki ziemniaczanej
  • 15 g ciemnego kakao
  • 1 łyżeczka kawy sypanej

nasączenie:
  • 50 ml mocnej kawy
  • 25 ml likieru kawowego

krem:
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 200 g serka kremowego
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 2 łyżeczki cukru pudru

dodatkowo:
  • 125 g żurawiny ze słoika

dekoracja:
  • ziarenka kawowe z czekolady

Białka ubić na sztywną pianę. Pod koniec partiami dodawać cukier. Po jednym dodawać żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Mąki przesiać do osobnej miski, wymieszać z kakao i kawą. Po łyżce dodawać do masy jajecznej, miksując na najniższych obrotach.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia. Masę wyłożyć do tortownicy, delikatnie wyrównać wierzch.

Piec 25-35 minut w 160 st. C.

Upieczony biszkopt wyjąć z piekarnika, zrzucić z wysokości 60 cm (w formie) na podłogę, wstawić z powrotem do lekko uchylonego piekarnika, wystudzić.
Brzegi biszkoptu odkroić nożem od formy, wyjąć ciasto, ewentualnie skroić wierzch, żeby wyrównać powierzchnię. Przekroić w poziomie na pół.

Wymieszać kawę z likierem, nasączyć blaty.

Kremówkę zmiksować na sztywno z cukrem pudrem i waniliowym. Dodać serek, dokładnie wymieszać.

Na talerzu ułożyć jeden blat biszkoptu, wyłożyć żurawinę. Na to nałożyć nieco mniej niż połowę kremu, przykryć drugim blatem. Kremem obłożyć wierzch i boki tortu, udekorować ziarenkami kawowymi.

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Ostatnio nie mam czasu - posty piszę dosłownie w kilka minut, piekę bardzo mało (ach, jak mi tęskno do spokojnego wyrabiania ciasta drożdżowego!), na znajome blogi praktycznie nie zaglądam, i bardzo mi tego brakuje. Za to spotykam się trochę więcej ze znajomymi, nadrabiam czytelnicze zaległości (znów, póki co, jestem o książkę do przodu) i muszę powiedzieć, że taka odmiana jest całkiem przyjemna.

piątek, 1 marca 2013

Kolacja w Toruniu

Nie pisuję o restauracjach. Głównie dlatego, że bywam niezbyt często, a jeśli już, to w miejscu mojego zamieszkania, więc nie sądzę, żeby moje recenzje przydały się komukolwiek (jeśli jednak wybieracie się do Horsens w Danii - dajcie znać, bo mogę polecić naprawdę przyjemne miejsca). Tym razem jednak będąc w Polsce wybraliśmy się na kolację, i muszę przyznać, że miejsce, które wybraliśmy, zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie. W związku z tym oraz z faktem, że Toruń jest miastem turystycznym, doszłam do wniosku, że opis restauracji właśnie w tym mieście może komuś pomóc.

Długo zastanawiałam się, którą restaurację wybrać. Wieki w Toruniu nie byłam, nie mam więc rozeznania, co aktualnie jest na topie. Zostało mi podrzuconych kilka propozycji na forum Miksera, i w końcu zdecydowałam się zaufać Paulinie, która poleciła No. 9. Nie zawiodłam się.

Do restauracji przyszliśmy tuż przed 22 - tak, wiem, nie jest to pora na obiad. Nic nie poradzę, że dopiero wtedy daliśmy radę wykulać się z hotelu... Wystrój zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie - fotele idealne do picia kawy w towarzystwie przyjaciółki, całość w stonowanych, przyjemnych kolorach. Z okien widok na ulicę Szeroką - o tej porze pełną młodzieży udającej się na imprezy. Naprawdę przyjemne, klimatyczne miejsce.
Pan kelner przyjaźnie mnie zaskoczył stwierdzeniem, że kuchnia nadal otwarta, a ja nie muszę spieszyć się z wyborem. Dostałam również bez problemu menu w języku angielskim, co z racji na C. i jego nieznajomość polskiego znacznie ułatwiło nam wybór dań. W związku z późną godziną zdecydowaliśmy się na makarony - C. rurki z kurczakiem, ja wstążki z łososiem i cukinią. Do tego wino - on czerwone, ja białe (nie mam pojęcia, jakie - przepraszam). Dania były gorące, nie czekaliśmy długo. A mi szczęka opadła, kiedy okazało się, że moje tagliatelle są... Czarne! Widziałam takie na zdjęciach, ale nigdy nie miałam okazji spróbować. Smakują jak zwykły makaron, ale wyglądają niesamowicie, świetnie pasują do różowego łososia. 
Mi danie bardzo smakowało, C. narzekał, że niedosolone (ale nie jestem pewna, czy to miarodajne, gdyż on soli zdecydowanie więcej niż ja). Wino natomiast chwalił niesamowicie, mi moje smakowało, choć okazało się zbyt wytrawne - wolę słodsze. Nie jest to jednak wina wina, tylko naszego wyboru. 
Obsługa sprawna, pan kelner bardzo sympatyczny, choć mimo, że przy zamówieniu zaznaczyliśmy, co dla kogo, uparcie wszystko mylił. 
Ceny - jak dla mnie w porządku, ale ja jestem przyzwyczajona do duńskiego cennika. Za kolację z winem zapłaciłam niecałe 80 złotych, gdzie makarony kosztowały nieco ponad 20. Dania mięsne i rybne między 40 a 50, na desery nie zwróciłam uwagi. Sądzę jednak, że stosunek jakości do cen jest odpowiedni.

Podsumowując - miejsce jak najbardziej godne polecenia. Przyjemne, klimatyczne, z dobrym jedzeniem. Jeśli będę miała okazję, wrócę z przyjemnością, żeby spróbować innych rzeczy i tych ślicznych ciast z wystawy.
Restauracja jest nowa - otwarta w grudniu zeszłego roku. Mam nadzieję, że będzie trzymać poziom i uda jej się przetrwać.

Restauracja No. 9
ul. Szeroka 9
Toruń