sobota, 24 grudnia 2011

Wesołych Świąt

Dziś Wigilia. Jestem już w Domu, z Rodzicami i Młodą, niedługo pojedziemy do Babć i będziemy świętować jak co roku. Bardzo się cieszę, że udało nam się wyrwać chociaż na te parę dni (dosłownie) - Święta w gronie rodzinnym są jednak najlepszą możliwą opcją.

Wam również chciałabym życzyć wesołych, spokojnych, rodzinnych Świąt, spędzonych w ciepłej, przyjaznej atmosferze. Żeby było dokładnie takie, jakie sobie wymarzyliście.

Wesołych Świąt Kochani!


A na zdjęciu moja duńska choineczka - uwielbiam ją.

wtorek, 20 grudnia 2011

Cynamonowe gwiazdki w dwóch kuchniach

To póki co ostatnia nasza wspólna propozycja na te Święta. Rok temu widziałam te gwiazdki u Dorotuś, teraz Maggie mi o nich przypomniała. Wyglądają uroczo, pachną cynamonem i migdałami. Naprawdę świątecznie robi się w domu, kiedy tak rozkoszne zapachy wydobywają się z piekarnika. 
Kilka słów o samych ciasteczkach. Zimtsterne, czyli cynamonowe gwiazdki, to niemiecki przysmak. Z pewnością przepisów jest mnóstwo, a każda pani domu ma swój - najlepszy. Ten, który podaję poniżej, jest naprawdę niezły. Minusem z pewnością jest lepkość ciasta - zagniotłam je wczoraj wieczorem, piekłam dziś w okolicach siódmej rano. Bliska byłam rzucenia wszystkiego, kiedy kolejne gwiazdki z wielkim oporem opuszczały foremkę. Z dobrych rad: wałkować między dwoma arkuszami papieru do pieczenia, wycinać foremką zanurzą w zimnej wodzie - zdecydowanie ułatwia to pracę. 

Ciasteczka są smaczne, choć bardzo słodkie. Dla mnie aż za bardzo. Zamiast mleka do glazury dodałabym łyżkę soku z cytryny - choć pewnie nieco kłóci się to z niemiecką tradycją. Wyszło mi ich mniej niż Dorocie i Maggie - wszystko zależy od wielkości użytej foremki. Ja nie wyobrażam sobie mniejszej... Pod koniec, w desperacji, zaczęłam lepić kuleczki i je spłaszczać - na smak wpływu to nie ma, ale na zdrowie psychiczne człowieka przed ostatnimi godzinami w pracy - jak najbardziej. 

Tak czy inaczej - polecam. Pachną bosko, a smakują też nieźle - o ile lubicie słodkości ekstremalne. I muszę przyznać, że im więcej jem, tym bardziej mi smakują... Kto wie - może już jutro będę ich fanką...?

Zimtsterne


Składniki:
(na 25-30 sztuk)
  • 300 g zmielonych migdałów
  • 100 g cukru pudru
  • 50 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 2 białka

glazura:
  • 1 białko
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 200 g cukru pudru
  • 1 łyżka mleka

Mąkę przesiać z cukrem pudrem, wymieszać z cynamonem i migdałami. Białko lekko ubić, wsypać suche składniki i zagnieść ciasto - będzie bardzo lepkie. Włożyć do lodówki na przynajmniej godziny, można na całą noc.

Schłodzone ciasto rozwałkować pomiędzy dwoma arkuszami papieru do pieczenia na grubość 1 cm. Wycinać gwiazdki (foremkę można zanurzyć w zimnej wodzie - ciasto nie będzie się tak bardzo kleiło), układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Glazura:
Białko z solą ubić na sztywno. Partiami wsypywać przesiany cukier puder, cały czas miksując. Na koniec dodać mleko, zmiksować.

Łyżeczką lub pędzelkiem nakładać glazurę na ciastka.

Piec 10-12 minut w 170 st. C. na najniższym poziomie w piekarniku (glazura powinna pozostać biała).
Wystudzić.

Smacznego!


Jak wspomniałam wyżej - w tym roku pracować skończyłam. Przez dwa najbliższe dni, zanim pojedziemy do Polski, poza sprzątnięciem mieszkania mam zamiar się chociaż trochę polenić - w końcu od tego są Święta, prawda...?

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Trufle razy dwa

Ufff... Jak dobrze, że już poniedziałek. Tak, tak, wiem - brzmi to co najmniej dziwnie. Ale w weekend po pierwsze pracowałam, po drugie miałam Julefrokost, czyli duńskie Christmas party. Idea jest świetna. I muszę przyznać, że bardzo mi się podobało. Jako kierownica nie piłam - poza malutkim łykiem wina od mojej Szefowej, która z wrodzonym sobie wdziękiem przekonywała mnie, że jedna lampka przecież nie zaszkodzi. 
Cóż - pijany świat z perspektywy trzeźwego człowieka jest naprawdę zabawny. Nasz hotel jest częścią grupy, w której skład wchodzą jeszcze dwa przybytki. I muszę z zadowoleniem przyznać, że choć nie było nas zbyt wielu, wiedliśmy prym w zabawie. Inni najpierw niepewnie spoglądali w kierunku naszych stolików, jednak po którymś z rzędu zagłuszającym wszystko skøl, przestali zwracać uwagę. Tańczyłam (Christian tak mną obracał na parkiecie, że kompletnie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje), śmiałam się (naprawdę bardzo dużo), rozmawiałam (ludzie po alkoholu robią się niezwykle wylewni) i bawiłam świetnie. I choć dziś rano obudziłam się niemalże z kacem, jestem zadowolona i w przyszłym roku powtórzę to z przyjemnością. 
Na szczęście - dopiero w przyszłym roku.

Ale przejdźmy do rzeczy bardziej interesujących, czyli świątecznych słodkości.
Razem z Maggie upiekłyśmy nie tylko słodkie pierniczki z witrażykami. U  Usagi Maggie zobaczyła kokosowe trufle, którym nie mogła się oprzeć. Ja do kokosa jestem nastawiona dość neutralnie, ale moi Panowie uwielbiają. W związku z tym pomyślałam, że sprawię im nimi frajdę. Nie myliłam się! Gdyby mogli, zjedliby wszystkie - a, niestety, nie mogli. Bo właśnie te trufelki powędrowały ze mną jako prezent na pracową Wigilię. Nie mam pojęcia, w czyje ręce w końcu trafiły, ale mam nadzieję, że smakowały tak samo, jak nam. A muszę przyznać, że moje nastawienie do kokosu po spróbowaniu tych drobiazgów zdecydowanie się poprawiło. Słodziutkie, ale nie mdłe za sprawą alkoholu - następnym razem dałabym nieco więcej. Nie miałam likieru kokosowego, ale biały rum sprawdził się znakomicie. Jakoś tak pasuje mi do kokosu... 
Smak mleka w proszku jest dość mocno wyczuwalny - nam to odpowiada. A ciemna czekolada świetnie równoważy słodkość białej. Ogólnie - polecam serdecznie. Do pojedzenia, na Święta czy jako prezent - wyglądają uroczo, i z pewnością każdy ucieszy się z takiego drobiazgu.

Chciałabym Ci Maggie podziękować - za wspólne pieczenie, które zawsze jest ogromnym źródłem radości i satysfakcji, i za kartkę świąteczną, którą zrobiłaś mi ogromną niespodziankę. Jest cudna! Bardzo, bardzo dziękuję.

Trufle kokosowe


Składniki:
(na 15-18 sztuk)
  • 50 ml śmietany kremówki (38%)
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 50 g białej czekolady
  • 1 łyżka białego rumu
  • 70 g mleka w proszku
  • 100 g wiórków kokosowych

dodatkowo:
  • 50 g ciemnej czekolady (50%)
  • 1 łyżka masła

Kremówkę z cukrem pudrem zagotować w rondelku. Zdjąć z ognia, wrzucić połamaną na mniejsze kawałki białą czekoladę, odstawić na 5 minut. Wymieszać na gładką masę. Wlać rum, połączyć. Przesiać mleko w proszku, dokładnie wymieszać. Partiami wsypywać wiórki kokosowe, wymieszać. Masa powinna być gęsta i lepka.

Uformować kwadrat lub prostokąt o wysokości 1,5 cm. Ułożyć na płaskim talerzu wyłożonym papierem do pieczenia, schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny. Ostrym nożem pokroić na niewielkie prostokąty.

Ciemną czekoladę rozpuścić z masłem w kąpieli wodnej. 
Zanurzać końce trufli w czekoladzie, odłożyć na papier do pieczenia do zastygnięcia (można wstawić do lodówki).

Przechowywać w lodówce.

Smacznego!


Dzisiaj, w ramach nicnierobienia, ubrałam choinkę - jest cudna! Ale chyba każdy tak właśnie myśli o swojej choince... Panowie wczoraj wieczorem przytargali ją do domu, ustawili we względnym pionie, a ja dziś dokończyłam. W tym roku nawet ma czubek! Jak tylko uda mi się znaleźć przedłużacz, żeby podłączyć lampki, pokażę Wam zdjęcia - jestem z niej naprawdę dumna.

niedziela, 18 grudnia 2011

Pierniczenie na cztery ręce

Ostatnio z Maggie wpadłyśmy na pomysł wspólnego pierniczenia. Zauroczyły nas pierniczki z witrażykami z bloga Moje wypieki. Żadna z nas jeszcze takich nie robiła, a wyglądają po prostu bosko! Kiedy tylko Maggie mi je pokazała wiedziałam, że też w tym roku takie cudeńka zawisną u mnie na choince. Z tym wiszeniem jeszcze może być różnie - nie wiem, czy to wina landrynek, których użyłam, ale moje witrażyki zaczęły się topić... Stąd te plamki na gwiazdce i aniołku. Może było im za ciepło w puszce w kuchni...? Nie mam pojęcia. Póki co przełożyłam je w chłodniejsze miejsce, i zobaczymy.

Jeśli witrażyki mają się udać, trzeba do każdej dziurki wsypać sporą ilość pokruszonych landrynek - górka mile widziana. Inaczej będą zbyt cienkie, i mogą się nie odkleić dobrze od papieru, albo nie wypełnić całego otworu. Nie można też piec ich za długo, bo zaczną bąbelkować, i nie będą wyglądały już tak efektownie. 

W sumie, to nie jestem pewna, czy moje maleństwa zawisną na choince - zrobiłam za małe dziurki, i po upieczeniu są zupełnie tycie, albo nie ma ich wcale... Zbyt czasochłonne wydaje mi się kombinowanie. Dlatego uprzedzam - dziurki na wstążkę powinny być spore, inaczej czeka Was bardzo żmudna praca...

Poza tymi drobnymi niedogodnościami, pierniczki są super! Nie bardzo twarde, choć leżakowanie, chociażby tygodniowe, dobrze im robi. Trochę rosną w piekarniku, więc nie należy rozwałkowywać ich zbyt grubo. Ciasto jest świetne - idealnie się wałkuje i wcale nie klei - nie podsypywałam mąką ani trochę. Zmieniłam jednak nieco oryginalny przepis - po dodaniu jednego jajka ciasto nijak nie chciało się zagnieść. Po dodaniu drugiego - było zdecydowanie zbyt lepkie. Kiedy dosypałam trochę mąki - stało się idealne. Nie mam pojęcia, czy jakoś wpłynęło to na smak czy twardość - naszym zdaniem są super.
Moich nie lukrowałam - po pierwsze, z czystego lenistwa, po drugie, nie przepadam za lukrowanymi pierniczkami. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi wersja w czekoladzie... Kto wie, może jeszcze uda mi się takie również zrobić.

Pierniczki z witrażykami


Składniki:
(na 55-65 sztuk)
  • 470 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 20 g przyprawy do piernika
  • 1 łyżka kakao
  • 75 g cukru pudru
  • 90 g miodu
  • 70 g miękkiego masła
  • 2 jajka

dodatkowo:
  • 300 g landrynek

Mąkę, sodę, kakao i cukier puder przesiać do miski. Wsypać przyprawę do piernika, dokładnie wymieszać. Dodać masło i miód, wbić jajka i zagnieść gładkie ciasto.

Rozwałkować na grubość 3-4 mm, wykrawać ciasteczka z otworami. Układać na blasze wyłożnej papierem do pieczenia. Wykałaczką robić dziurki (jeśli pierniczki mają zawisnąć na choince), do otworów wsypywać pokruszone landrynki (najlepiej wkładać je do mocnego, plastikowego worka - każdy kolor osobno - i rozbić tłuczkiem) z górką.

Piec w 180 st. C. przez 10 minut.
Wystudzić i schować do szczelnej puszki.

Zaraz po upieczeniu pierniczki są miękkie, później twardnieją, a po leżakowaniu znów miękną (żeby przyspieszyć ten proces, do puszki, w której leżą pierniczki, można włożyć kawałek jabłka).

Smacznego!

Mam nadzieję, że na zdjęciu widać, jak bajecznie wyglądają, kiedy się je podświetli. Sądzę, że na choinkę są idealne! 

Tymczasem dowiedziałam się, że z moich świątecznych planów nici. Z jednej strony bardzo się cieszę - okazało się, że moi Panowie mają wolne i jednak jedziemy do domu! Co prawda tylko na cztery dni (z czego prawie dwa to podróż), ale i tak się cieszę. Z drugiej strony trochę mi szkoda - miałam ogromne plany dotyczące naszej pierwszej Wigilii tutaj. Mam nadzieję, że Święta będą udane, i nie mogę doczekać się spotkania z Rodziną - stęskniłam się już troszkę za nimi...

czwartek, 15 grudnia 2011

Sposób na smętne jabłka

Miałam w domu jabłka. Na początku były jędrne i soczyście zielone - moje ulubione. Później powoli skórka zaczęła im się marszczyć, zmiękły i straciły nieco na chrupkości. Kolor im jakoś przybladł, i nikt już nie miał na nie ochoty. Mimo ostatnio permanentnego braku czasu (bynajmniej nie z powodu zabiegania przedświątecznego), sięgnęłam na półkę po pozycje o jabłkach traktujące. W końcu w gazetce Pieczenie jest proste nr 4/2008 znalazłam niezwykle interesujący przepis. Nie mam pojęcia, ile ma wspólnego z Hiszpanią, i czy jakakolwiek Hiszpanka piekła kiedyś ciasto według podobnego przepisu. 
Pokrojone w kostkę jabłka zanurzone w kakaowym cieście, z dodatkiem aromatycznego cynamonu i chrupiących orzechów, a całość zwieńczona odrobiną białej czekolady. Czyż nie brzmi kusząco...? Dla mnie zabrzmiało, więc czym prędzej ruszyłam do kuchni. Przygotowanie nie jest trudne, więc raz dwa ciasto było w piekarniku. Po 40 przepisowych minutach patyczek wbity w środek był suchy - dla pewności piekłam jeszcze 5. Smak ciasta przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Rum jest dość mocno wyczuwalny (całe 125 mililitrów!) i nadaje całości specyficznego aromatu. Niezwykle wilgotne dzięki ogromnej ilości jabłek - ledwo udało mi się je wymieszać z ciastem - ale nie zakalcowate. Wyborne! Smakowało wszystkim, i zniknęło w ciągu jednego popołudnia! Polecam - naprawdę warte spróbowania. A podczas pieczenia po domu rozchodzi się taki jakby świąteczny zapach...

Wczoraj też piekłam z Czarną biszkopt. Zazwyczaj, kiedy coś robię w kuchni, lubię być sama. Moi Panowie to szanują i nie wchodzą mi wtedy w drogę - nagradzani są efektami mojej pracy. Czarna jednak stwierdziła, że chce pobyć ze mną w kuchni - więc się zgodziłam. Choć wykazała się drobnymi lukami w wiedzy podstawowej (jak wsypiesz od razu całą mąkę, to opadnie; nie otwieraj piekarnika! Opadnie!), to i tak poszło nam całkiem nieźle, a biszkopt jest ogromny i puszysty. Po południu będziemy zmieniać go w tort - mam nadzieję, że z tak samo dobrymi efektami.

Póki co - szarlotka być może hiszpańska.

Szarlotka hiszpańska


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)
  • 200 g miękkiego masła
  • 150 g cukru
  • 4 jajka
  • 200 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 łyżki kakao
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 4 jabłka
  • 125 ml ciemnego rumu
  • 80 g orzechów laskowych

dodatkowo:
  • 80 g białej czekolady
  • 2 łyżki śmietany kremówki (38%)

Mąkę przesiać do miski z proszkiem do pieczenia i kakao, wsypać cynamon i wymieszać.
Jabłka obrać, wykroić gniazda nasiennie i pokroić w kostkę. Zalać połową rumu.
Orzechy posiekać.

W większej misce utrzeć masło z cukrem na puszystą masę. Po jednym wbijać jajka, dokłądnie miksując po każdym dodaniu. Partiami wsypywać mąkę, ucierając na najniższych obrotach miksera. Wlać resztę rumu, połączyć. Wsypać orzechy i jabłka razem z rumem, w którym się moczyły. Dokłądnie wymieszać łyżką.

Masę przełożyć do tortownicy wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą. Wyrównać powierzchnię łyżką.

Piec w 180 st. C. 40-45 minut, aż do suchego patyczka.
Ostudzić w formie.

Czekoladę z kremówką rozpuścić w kąpieli wodnej. Szprycą lub łyżeczką ozdobić wierzch ciasta.

Smacznego!

W poniedziałek i wtorek prąd robił nam psikusy - najpierw wysiadł na półtorej godziny, później na niecałe trzy. Na szczęście wczoraj, podczas pieczenia, wykazał się zrozumieniem i powagą, i pozwolił biszkoptowi ładnie urosnąć bez niespodzianek. 
Minusem braku prądu okazał się brak ciepłej wody, plusem - popołudniowa drzemka, bardzo przyjemna i relaksująca. Mimo wszystko mam nadzieję, że podobne sytuacje będą jak najrzadsze.

wtorek, 13 grudnia 2011

Sposób na banany według Nigelli

Wczoraj mieliśmy w pracy Wigilijne spotkanie. Tradycją w Danii jest tak zwany Julefrokost, czyli świąteczna impreza - obiad, a później zabawa do białego rana. To jeszcze przed nami. Póki co spotkaliśmy się, żeby wymienić się prezentami. Każdy przynosi jakiś drobiazg, i kładzie go pod choinką. Później po kolei rzucamy kostką - kto wyrzuci szóstkę, może wybrać sobie paczuszkę. Zabawne, ale szczyt napięcia następuje później. Kiedy już pod choinką nie ma nic, staramy się wyrzucić jedynkę - wtedy możemy komuś ukraść prezent. I wtedy zaczyna się szaleństwo! Mówię Wam - zabawa jest przednia. Ja skończyłam bez paczuszki, ale K., która miała trzy, podzieliła się ze mną. W udziale przypadł mi mały ośnieżony domek z lampką w środku - uroczy! K. dostała między innymi puszkę tuńczyka. Z ciekawszych podarunków: mrożona kaczka, olej w spreju, pęto kiełbasy, gotowe blaty biszkoptowe, płyn do czyszczenia łazienek (jak znalazł przed Świętami!). Nasi kucharze wykazali się ułańską wręcz fantazją.
Posiedzieliśmy, pojedliśmy (ach, te mandarynki - już czas!), pośmialiśmy się, i w przyjemnej atmosferze udaliśmy się do domów. Ja do własnego tylko na moment - razem z Czarną (bez kradzionej kaczki) udałyśmy się do K. kontynuować tak przyjemnie rozpoczęte popołudnie, które nie wiadomo kiedy, zamieniło się w wieczór. Dzięki Dziewczyny!

Przy okazji chciałabym nadmienić, że jestem super ciocią - córeczka A. pozwoliła się prowadzić za rączkę bez żadnego sprzeciwu, a synek K. wgramolił mi się na kolana i puszczaliśmy bańki mydlane. Dzieci mnie lubią - sama nie wiem dlaczego. Ale muszę przyznać, że bardzo to miłe.

Co ja przyniosłam w prezencie? O tym innym razem (już niedługo). Dzisiaj na tapecie sernik - i to jaki! 
Zaczęło się od smętnie czerniejących w misce bananów, na które nikt już nie miał ochoty. Myślałam, co by tu z nimi zrobić. Chlebek bananowy...? Eee, jakoś nie miałam chęci. Koktajl...? Za dużo do picia na jeden raz. Wtedy przypomniałam sobie, że w Kuchni Nigelli widziałam kiedyś sernik bananowy. Czym prędzej zaczęłam wertować książkę - i tak! Jest. W dodatku z sosem toffi... Niewiele myśląc, zabrałam się za pieczenie. I uwierzcie - warto było! Sernik jest delikatny, wcale nie ciężki, choć kremowy. Słodki, ale tak w sam raz. Z odrobiną sosu smakuje wybornie! Jak kiedyś będziecie mieli zbyt dojrzałe banany - to jest pomysł idealny!

Bananowy sernik z sosem toffi od Nigelli


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 23 cm)

spód:
  • 125 g ciastek digestive
  • 55 g masła

masa serowa:
  • 700 g serka śmietankowego
  • 125 g jasnego brązowego cukru
  • 6 jajek
  • 4 dojrzałe banany
  • sok z 1 cytryny

sos toffi:
  • 125 ml złotego syropu
  • 50 g cukru
  • 100 g masła

Masło rozpuścić i przestudzić. Ciastka dokładnie pokruszyć, wymieszać z masłem.
Tortownicę wyłożyć folią aluminiową, na dnie ugnieść ciastka. 
Wstawić do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Banany obrać i rozgnieść widelcem na papkę. Skropić sokiem z cytryny.

Serek ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Po jednym wbijać jajka, dokłądnie miksując po każdym dodaniu. Dodać banany, zmiksować na gładką masę.

Piec 85-95 minut w 150 st. C.
Wystudzić w uchylonym piekarniku.
Schłodzić w lodówce przez noc.

Wszystkie składniki na sos umieścić w rondelku. Podgrzewać na średnim ogniu, aż cukier i masło się rozpuszczą. Wymieszać, żeby wszystkie skłądniki dobrze się połączyły. Gotować 2 minuty, zdjąć z ognia, wystudzić. 
Sernik podawać z sosem w temperaturze pokojowej.

Smacznego!

Poza tym D. zrobił mi wczoraj wspaniałą niespodziankę - obudziłam się obok niego po dziewiątej, a przecież na siódmą chodzi do pracy! Skubany, wziął wolne i nic nie powiedział. Dzięki temu mamy weekend po weekendzie - załatwiliśmy razem parę spraw, i cieszymy się swoim towarzystwem. Super!

piątek, 9 grudnia 2011

Zapach cynamonu

Mój dom pachniał wczoraj cynamonem. I to jak! Słodki zapach wkradł się w najtrudniej dostępne zakamarki i za zamknięte drzwi - drażnił nosy sprawiając, że ich właściciele nie mogli usiedzieć na miejscu. Ja zapaliłam świeczki, zrobiłam sobie gorącej herbaty z cytryną (najlepszej, choć podobno trującej) i usiadłam w fotelu, napawając się poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Rzeczonym było przedwczoraj zagniecione ciasto, które leżało w lodówce zamiast godziny - całą noc. Wszystko za sprawą NS, który wpadł znienacka -  bardzo to miła była wizyta oczywiście. A ciastu nic się nie stało. I dzisiaj dało z siebie wszystko - wałek nieznacznie mu pomógł. 

Kiedy zobaczyłam na stronie Zapach rozmarynu przepis na kruche, cynamonowe ciasteczka wiedziałam, że to jest to, czego mi potrzeba. Na myśl przyszły mi ciastka, które bardzo często kupowała moja Mama w pewnej znanej cukierni. Cieniutkie, bardzo kruche - ale nie kruszące się - mocno cynamonowe, obłędnie pachnące - po prostu raj! Nie żartuję - razem z Młodą byłyśmy w stanie pochłonąć niemal każdą ilość. Mama musiała nam je racjonować! (Choć sama jadła je z nie mniejszą przyjemnością.)
Te smakują inaczej. Nie wiem, jak opisać tą inność, bo są przecież cienkie, kruchutkie (lekko się kruszą), bardzo, bardzo cynamonowe, i pachną też wspaniale. Pyszności! Jednak inne...
Tak czy inaczej - mogę je polecić z pełną odpowiedzialnością. Efekt wart jest pracy, jaką trzeba w nie włożyć - ciasto jest dość lepkie i niezbyt dobrze się wałkuje - trzeba dość sporo podsypać mąką. Efekt jednak wynagradza cały trud!

W stosunku do oryginału dałam więcej cynamonu, odrobinę przyprawy do piernika (to chyba ten czas, że pasuje niemal do wszystkiego) i kakao - tamte ciasteczka miały piękny, złoto-brązowy kolor. 
Można wycinać dowolne kształty - u mnie, jak we wspomnieniach - serduszka.

Kruche serca cynamonowe


Składniki:
(na 45-55 sztuk)
  • 175 g miękkiego masła
  • 110 g cukru
  • 1 jajko
  • 255 g mąki pszennej
  • 1,5 łyżki cynamonu
  • 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 2 łyżki kakao

Masło utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Wbić jajko, zmiksować. Partiami wsypywać przesianą mąkę wymieszaną z kakao i przyprawami. Kiedy składniki dobrze się połączą, uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2 godziny.

Schłodzone ciasto rozwałkowywać - podsypując mąką - na grubość 1-2 mm, wycinać ciastka, układać na blasze wyłożónej papierem do pieczenia.

Piec 8-10 minut w 180 st. C.
Ostudzić.

Smacznego!


Kilka ciasteczek zjedliśmy, większość powędrowała do świątecznej puszki - mam zamiar dorzucić jeszcze kilka rodzajów. Wygląda na to, że liczba powigilijnych gości może wzrosnąć - co bardzo mnie cieszy! - ale oznacza też, że trzeba przygotować więcej smakołyków - szczególnie, że odwiedzi nas kilkoro maluchów, które słodkimi drobiazgami nie gardzą. A co może być lepsze od całej puszki kolorowych, różnokształtnych ciastek...?